Majówka

Takich miejsc nie ma wiele.
Czyta się kilka minut

Tych, do których tęsknisz, ale boisz się wrócić, bo nie masz pewności, czy po latach ten wielki las, który był dla ciebie jak prastara puszcza, nie okaże się wątłym zagajnikiem, a wezbrana Amazonka, która przepływała gdzieś w pobliżu, to zwykły strumyk, który łatwo przekroczysz jednym większym susem.

Czasem jednak – np. w okolicach majówki – zew przeszłości cię przyzywa i pakujesz do auta dzieci, bo nagle koniecznie pragniesz pokazać im te okolice, które kształtowały cię kiedyś, w których kolekcjonowałaś swoje dziecięce odznaczenia – blizny na nogach, przecięte wargi, z których długo płynęła krew, obcięte przez siebie samą krzywo włosy, poparzone pieczonymi w ognisku ziemniakami palce, odmrożone ręce po zbyt długiej zabawie na mrozie.

W końcu więc i ja przyjechałam po raz pierwszy po wielu latach do Porąbki, gdzie – jako cherlawe dziecko z aglomeracji śląskiej – byłam uparcie wywożona przez dziadków i rodziców, by oddychać czystym beskidzkim powietrzem. Góra Żar, pod której zboczem stał nasz dom, była jak zwykle otoczona maleńkimi kolorowymi punkcikami – paralotnie latały dziś częściej niż wtedy, gdy byłam dzieckiem i gdy wchodziliśmy na jej płaski szczyt, na którym wybudowano zbiornik elektrowni szczytowej. Miliony litrów wody zawieszone nad naszą głową budziły lęki i uruchamiały wyobraźnię – a jeśli kiedyś pęknie?

Zostawiłam samochód i ruszyłam spacerem w stronę Soły. Płynęła od nas prosto w kierunku Kęt, a potem Oświęcimia. To ta sama rzeka, która 70 lat temu stanowiła dla uciekających z obozu Auschwitz barierę nie do pokonania.

Soła jest oszałamiająco piękna, choć może tylko ja kocham ją tą bezwarunkową miłością dziecka, które po raz pierwszy właśnie w jej łagodnym nurcie płynęło samo, bez pomocy ramion ojca czy dziadka, zachłystując się szczęściem, wołając zaskoczone do siedzących na wielkim głazie, z którego skakano na główkę: „Patrzcie na mnie. Ja płynę!”.

Idąc w górę nurtu, dotarłam do kolejnej starej elektrowni wodnej, tyle ich tu było, jakby nasza droga Porąbka była światową stolicą elektryczności. Istnienie tej budowli zawsze budziło mój nieracjonalny lęk. Przejście przez zaporę stanowiło wyzwanie, jakby prąd, wytwarzany z pędzącej wody, przechodził również przez nas, idących w dziecięcych bucikach, stawiających małe kroki za rodzicami. Jeśli ktoś nas podniósł na odpowiednią wysokość i przytrzymał mocno za nogi, mogliśmy zwiesić się z betonowych barier zapory i patrzeć w dół – z jednej strony na zdechłe ryby i śmieci, które przypływały pod nią, tworząc brązowo-srebrne plamy na Jeziorze Międzybrodzkim, z drugiej na spektakularne elementy zapory, które wyglądały jak wielkie zjeżdżalnie, po których zawsze płynęła woda. Tamta wizyta w krainie mojego dzieciństwa przyniosła wiele wspomnień i wzruszeń, obudziła stare tęsknoty, przypomniała nigdy niezrealizowane plany, złamane po wielokroć serce, moje i chłopców spędzających tu wakacje, wywołała wizje dawnych przyjaźni, zwierząt, które żyły tu z nami, ludzi, którzy już dawno odeszli.

Przywiodła do mnie jednak również zaskakujące dla mnie samej wyraźne widmo czającej się za rogiem dziecięcej śmierci. Mojej. Tej przez utopienie, potrącenie, upadek z wysokości, wilcze jagody, kruchy lód na jeziorze. Czy to nie cud, że jednak żyję? Przecież przez całe lato wieczorami, mając nie więcej niż osiem lat, chodziłam z chłopcami z pobliskich domów nad Sołę, do której codziennie o dwudziestej spuszczano wodę z jeziora. Gdy była jeszcze płytka, przechodziliśmy wpław, trzymając się za ręce, na małą wyspę z kamieni, czekając w podnieceniu na ostrzegawcze wycie syren. Widzieliśmy czasem, jak na ich dźwięk wędkarze posłusznie wychodzili z rzeki. My jednak zostawaliśmy – pięcioro dzieciaków wierzących w swoją nieśmiertelność. Wyspa tonęła, zalewana powoli, a my wspinaliśmy się na jej szczyt, zastanawiając się, czy zaleje nas do kolan, czy może uda się wrócić do domu z suchymi nogawkami.

Od tamtej pory – czasów, gdy byłam wyłącznie żywa – minęło wiele lat i jak wszyscy zaraziłam się strachem przed śmiercią. Zobaczyłam ją więc teraz wyraźnie w tych wszystkich malowniczych miejscach, które stanowiły dla mnie kiedyś esencję życia. I zrozumiałam, że ja już też zarażam strachem przed śmiercią, nie słuchając słów Korczaka, że aby dać dziecku prawo do życia, należy dać mu prawo do śmierci. Bo przecież moje blizny na kolanach, mokre ubranie, gdy Soła zalewała wyspę, moje krzyki strachu, gdy chłopcy zostawili mnie samą w ciemnym lesie i nie znałam drogi do domu, wymioty po piwie, które wypiłam dziadkowi ukradkiem – wszystko to było świadectwem życia, przyznanym mi przez prawo do śmierci. Mnie dziś na to prawo nie stać. ©

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 18-19/2018