Cisza i śpiew. Światło i ciemność. Powtarzane co roku gesty i słowa, z których każde ma swoje znaczenie. Tajemnica, która odsłania się krok po kroku.
Wielki Czwartek – pamięć ostatniego spotkania
Tego dnia Jezus po raz pierwszy od szabatu nie poszedł na noc do Betanii, ale został w Jerozolimie. Dla wielu pielgrzymów Betania była ostatnim przystankiem w drodze na Paschę. Wielu z nich słyszało już o Jezusie i Jego cudach. Wielu spodziewało się, że to obiecywany mesjasz: król, który wreszcie uwolni ich z rzymskiej niewoli. Entuzjazm Palmowej Niedzieli jeszcze nie opadał. Tłum niechętnie porzuca emocje. Czekał w napięciu, aż król, którego triumfalnie wprowadził do Jerozolimy, dokończy swojego dzieła.
Można przypuszczać, że właśnie teraz, w czwartek, Jezus po raz pierwszy od wielu dni usłyszał ciszę. Pozostał sam ze swymi uczniami, uciekając od tłumu. Chciał spotkać się tylko z nimi, zjeść kolację, która mogła być ostatnią. Wydarzenie, które my świętujemy przy dźwięku organów, było w istocie intymnym spotkaniem z najbliższymi. Niemal w sekrecie, w ukryciu – powodowanym nie strachem, ale miłością. Spotkaniem tych, którzy przeżyli ze sobą wiele, a którzy muszą się zmierzyć z nową, straszliwą rzeczywistością. Ale przedtem chcą jeszcze przez chwilę pobyć razem. Było więc pożegnaniem, które przychodzi w odpowiednim czasie, zanim rozegra się dramat. Powiedzeniem, że nawet jeśli Mnie wśród was już nie będzie, nie bójcie się, będę nadal. Tylko czyńcie to na Moją pamiątkę. Było testamentem.
Nie wszyscy byli tego świadomi. W zasadzie wiedzieli o tym tylko oni: Jezus i Judasz. Ale i w pozostałych to spotkanie musiało pozostawić ślad. Tak jak wspominamy naszych bliskich – ich ostatnie słowa, ostatnie wrażenie: „a taki był jeszcze wczoraj radosny”. Pewnie tysiące razy wracali do tamtej atmosfery, rozważali każde słowo, każdy gest. Dlatego tak dobrze je zapamiętali.
Jak wynika z ewangelicznych opisów, podczas Ostatniej Wieczerzy zachowany był schemat wieczerzy paschalnej. Ale ten nie miał nic z formalizmu, nie był jedynie wzniosłym rytuałem. Tak mocno wrósł w żydowską tożsamość i rodzinę.
Trudno to wszystko wyłuskać z wielkoczwartkowej liturgii, podniosłej i ozdobionej życzeniami dla księdza. Z uporem szukam w niej właśnie tego: pamięci ostatniego spotkania, gdy mamy jeszcze dla siebie czas i nie potrzebujemy niczego więcej. Tylko być razem. Wtedy dopiero widać, co znaczą słowa, że Eucharystia to Miłość.
Ogrójec – noc wielkiej samotności
Jeśli w ten sposób spojrzymy na Ostatnią Wieczerzę, to i Ogrójec zyska nową perspektywę. Getsemani to nie tylko lęk i krwawy pot. Ale też wielka samotność.
Uczniowie poszli do ogrodu Getsemani z Jezusem, żeby się wyspać. Tak po prostu. Do Jerozolimy na Paschę przychodziły tłumy, nie dla każdego był dach nad głową. Noc była ciepła, spanie pod gołym niebem nie stanowiło problemu.
Tylko Jezus nie poszedł spać. Odszedł na bok, żeby się modlić. Ale wiedząc, co Go czeka, nie chciał być sam. W trudnych chwilach chcemy mieć przy sobie bliskich, choćby tylko po to, by nas trzymali za rękę. Dlatego zabrał ze sobą na modlitwę Piotra, Jakuba i Jana. Tyle że oni, zmęczeni wydarzeniami tygodnia, również zasnęli.
Czy sen może być zdradą? Opuszczeniem tego, który zaufał i prosił o pomoc? Stojąc przed perspektywą cierpienia i śmierci, Jezus odkrywa, że dalej musi iść sam. Że ludzie, którzy byli przy Nim przez lata, dalej już nie dadzą rady.
Ciekawe, że w polskiej tradycji zwykliśmy czuwać długo przy grobie Jezusa. Czasem całą noc. Czuwania „w ciemnicy”, w Wielki Czwartek, są krótsze, mniej zauważalne, niczym kolejny gest do odhaczenia. Jezus skazany jest na samotność.
Wielki Piątek i wielka pustka
Liturgia Wielkiego Piątku jest inna. Nie chodzi przecież o przejście po śladach jerozolimskich wydarzeń. Droga Krzyżowa odprawiana jest zwykle w czasie, gdy ludzie są jeszcze w pracy. Godzina śmierci Jezusa nie różni się niczym od innych popołudniowych godzin.
W wieczornej liturgii jest tylko krzyż i pustka po Tym, który umarł. Zastanawiające, dlaczego Kościół nie zauważa w liturgii wyraźniej samej śmierci Jezusa. Jest tylko krótkie przyklęknięcie po słowach w Ewangelii: „oddał ducha”. Nic więcej.
Nie ma odpowiedzi i wyjaśnień. Nie ma poruszającego, ostatniego spojrzenia w oczy Boga. Nie ma Eucharystii.
Wielki Piątek w liturgii to obraz świata, jaki mógłby być, gdyby Boga nie było. Długie modlitwy zanoszone za całą ludzkość, ale czy ktoś je usłyszy? Pusty ołtarz, puste tabernakulum. Do kogo mówimy? Jak rozmawiać z kimś, kto nie żyje? Grób, z którym nie wiadomo, co robić. Czy w ogóle jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, że jest śmierć, a po niej już nic? Adoracja krzyża, bo nie można adorować martwego Boga.
Jako chrześcijanie, nie potrafimy wejść do końca w dramat Wielkiego Piątku. Przecież wiemy, jak skończy się ta historia. Wierzymy, że Jezus żyje – pustka, milczenie i pytanie o sens są więc tylko na chwilę i symbolicznie. Tamtego roku dramat Wielkiego Piątku wydarzył się naprawdę. Przerażeni uczniowie rozproszyli się po Jerozolimie. Nie mieli nadziei, nie czekali na niedzielę, kolorując w międzyczasie jajka i prasując świąteczne koszule. Wpadli w pustkę na kilka strasznych dni. Dla nich wszystko się skończyło.
Trudno nie myśleć o tym przy Grobie Pańskim.
A gdyby jednak nie wstał? Gdzie byśmy dziś byli? Gdzie bylibyśmy, gdyby zmartwychwstanie nie wydarzyło się naprawdę?
Liturgia sobotniej nocy
Kilku prostych ludzi rozeszło się z Jerozolimy powtarzając, że Jezus powstał z martwych, a oni są tego świadkami. Inni poszli za nimi. Zaczęli się zbierać we wspólnoty, z których z czasem wyrosła duchowość i religia, ale też sztuka, nauka, literatura, architektura. Zmartwychwstanie zmieniło świat w wymiarze, którego na co dzień sobie nie uświadamiamy. Są nim przesiąknięci nawet ci, którzy w nie nie wierzą. Bo nie trzeba wierzyć, że Jezus powstał z martwych, by żyć owocami, choćby pośrednimi, tamtego wydarzenia.
Dla chrześcijan te owoce są nieporównanie większe. Wierzymy, że przez zmartwychwstanie Bóg otworzył nam drzwi do wieczności. Skończyło się umieranie „na zawsze”. Śmierć dla nas, tak jak dla Jezusa, jest tylko etapem do przejścia.
W liturgii Wielkiej Soboty – Wigilii Paschalnej – opowieść o przejściu staje się jeszcze głębsza. W całym roku liturgicznym nie znajdziemy drugiej takiej syntezy historii zbawienia: od stworzenia świata i pierwszego grzechu, przez cierpliwe wychodzenie Boga w stronę człowieka – prośby, próby, obietnice, kolejne szanse. Można ją czytać genealogiczne, jak rodzinną historię. Ze świadomością, że stąd jesteśmy, że to wszystko jest nasze. Można przyznać z dumą, że nasze słowa i myśli, nasza krew i wiara – są z nich, dzięki nim, z nimi.
Wigilia Paschalna zakorzenia nas najpierw w historii – daje tożsamość, pokazuje, że wyrastając z jednego korzenia, wszyscy jesteśmy braćmi. Dopiero potem rozlegają się dzwony. Dopiero potem jesteśmy gotowi usłyszeć, że Chrystus zmartwychwstał: za każdego i za każdą z nas. Dla całego stworzenia.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















