Miała się odbyć akcja, że oto twórcy kultury, pisarze, muzycy i kto tam jeszcze powinni napisać list do polityków, żeby się nareszcie ogarnęli i pomyśleli o narodzie oraz ojczyźnie. Bo jak na razie to się nie zanosi i nic tylko plują sobie nawzajem do zupy, leją się łopatkami w piaskownicy, aż wstyd patrzeć.
Rzeczywiście wstyd jest, ale zawsze można sobie zrobić przerwę w oglądaniu. Ale z drugiej strony, pomyślałem sobie, że fajnie by było na żywo wziąć udział w czymś w rodzaju „Zaporożcy piszą list do sułtana” Ilji Riepina. Oto siedzimy sobie w jakimś porządnym i modnym lokalu, np. przy placu Zbawiciela albo w Krakowie na Kazimierzu, siedzi, powiedzmy, Stefan Chwin z Krystyną Lars, siedzi Masłowska sceptycznie z Witkowskim, Miko Trzaska i Krzysztof Penderecki siedzą, Lonik Tarasewicz z Walił przyjechał i z Mirkiem Bałką się rozsiedli, Smarzowski z Jakubikiem dyskretnie piwko pociągają, obok Varga yerba mate ostentacyjnie grzmoci, Waglewscy we trzech się trzymają. Świetlicki sam siedzi. Młódź artystyczna i literacka, żeńska i męska nieco z tyłu się trzyma, ale lokal jednak spory i wszyscy się mieszczą, rachunek otwarty, więc macchiato i prosecco skolko ugodno.
W końcu Stefan Chwin wyjmuje złotego pelikana, bo przecież do sułtana czy, Boże broń, polityka nie będziemy wysyłać jakichś niepoważnych e-maili. Sprawa jest wagi narodowej oraz państwowej. „Dyktujcie”, mówi. Młódź popatruje na starszych, starsi w skupieniu postukują w blaty stolików. Cisza jednak wypełnia porządny i modny lokal na Zbawiciela albo na Kazimierzu. „No dobrze”, wzdycha w końcu właściciel złotego pelikana, a Krystyna Lars mówi: „Zacznij, Stefan, bo przecież sam widzisz…”. Złota stalówka zbliża się wolno do białej kartki i pisarz wolno wypowiada słowa: „Proponuję zacząć następująco: »Wy, politycy, diabły tureckie, bracia samego diabła i Lucyfera sekretarze. Jacy z was politycy, jeśli nie umiecie gołą dupą jeża zabić«”. Mistrz Penderecki siwą brodę gładzi i nieco zbity z tropu wyraża wątpliwość: „Trochę za mocne może…”. Na to Krystyna Lars: „Jakie tam za mocne! Za słabe jeszcze. Stefan, daj im popalić!”. „Niech inni może teraz”, odpowiada uprzejmie Stefan Chwin. „Kucharze wy babilońscy i kołodzieje macedońscy”, odzywa się Masłowska i opuszcza wzrok, a złota stalówka bezszelestnie sunie po papierze, by zastygnąć wyczekująco po ostatniej sylabie. Ośmieleni, porwawszy się z miejsc i wznosząc naczynia z prosecco i macchiato, zaczęli dyktować jeden przez drugiego: „świńskie pastuchy Wielkiego i Małego Egiptu”, „świnie armeńskie!”, „kobyle zady!”, „psy rzeźnickie!”. I tak się rozochocili, że Lonik Tarasewicz aż dłoń musiał podnieść, by dopuścili go do głosu i swoje pozwolili powiedzieć: „szatańskiego węża potomki i ch… zgięte”. Stefan Chwin aprobująco pokiwał głową: „Tak, wykropkujemy”. Na co Krystyna Lars ze zdumieniem uniosła szlachetny profil: „Co tu jest do kropkowania, Stefan? Morsem chcesz im nadawać?”. Stefan wyraziście trzykroć dotknął jednak arkusza i rozejrzał się wokół. „Kto chce zakończenie podyktować?”, zapytał. Świetlicki milcząco pokręcił głową i niezapalonym papierosem wskazał na Jakubika: „Ja jestem za delikatny”, mruknął pod nosem, żeby nikt go nie usłyszał. Jakubik wstał, podparł się pod boki, nabrał powietrza i na jednym oddechu wypowiedział frazę: „Teraz kończymy, daty nie znamy, bo kalendarza nie mamy, miesiąc na niebie, rok w księgach zapisany, dzień taki jak u was, za co możecie nas w dupę pocałować!”. Mistrz Penderecki dwoma palcami wykonał gest, jakby trzymał w nich pałeczkę i kończył partyturę. Waglewscy unieśli trzy kciuki, a Witkowski już stał obok Stefana Chwina i pytał, czy może się podpisać jego złotym pelikanem. Miko pochylił się na bok i szeptem powiedział do Smarzola: „Ja nie wiem właściwie, dlaczego nie zacząłeś od tego?”.
„Nie, proszę pana – usłyszałem w słuchawce. – Piszemy oddzielnie. Pan Miko pisze, pan Penderecki, pani Masłowska. To ma być taki prywatny, osobisty list, że nasza ojczyzna wymaga troski wybrańców narodu, a nie żeby się okładali i sobie pluli, jak pan zauważył”.
Zwolniłem trochę, bo akurat jechałem. „Nie zrozumieją prywatnego listu”, powiedziałem. „Ten ich szef na przykład. On tylko gazety czyta i biografie wielkich mężów”. „Dlatego puścimy to w gazecie”, powiedział głos w słuchawce. „Jest w tym jakaś wewnętrzna sprzeczność”, powiedziałem zrezygnowany. „Poza tym, wie pan, jeśli oni czytają tak, jak mówią, to i tak nic nie zrozumieją”. Usłyszałem ciche westchnienie. ©
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















