Reklama

Lektury pobożne

Lektury pobożne

26.10.2003
Czyta się kilka minut
Pionier ekumenii

“W obozie Sachsenhausen, koło Oranienburga, przebywałem w gronie wielu kapłanów katolickich, moich zaś współwyznawców ewangelickich było kilkudziesięciu, a wszystkich nas duchownych było kilkuset. Mieliśmy świadomość, że każdy dzień może być dniem ostatnim. (...) Gestapo pozwoliło katolikom w naszym obozie odprawić Mszę św. z powodu przyjazdu królowej włoskiej. Celebrował ją ks. prałat Paweł Prabucki (...) My, ewangeliccy księża, zdecydowaliśmy się na przystąpienie do Komunii świętej, w poczuciu, że może to być ostatnia w naszym życiu Eucharystia. Wówczas mój umysł i serce pojęły, że jeżeli jest możliwa zgoda, jedność i łączność pod naciskiem wroga, w obliczu śmierci, to jest ona także możliwa w czasie pokoju, na wolności, w Ojczyźnie. W tej świętej godzinie złożyłem obietnicę Bogu, że odtąd - jeśli mi życie daruje i wyprowadzi z obozu - poświęcę się (...) sprawie Kościoła powszechnego i zjednoczenia rozbitego i podzielonego chrześcijaństwa. Bóg wysłuchał mnie...".

Tak opowiada o początku swej drogi ekumenicznej biskup Zygmunt Michelis, wieloletni proboszcz parafii ewangelicko-augsburskiej św. Trójcy w Warszawie, współzałożyciel i pierwszy prezes Polskiej Rady Ekumenicznej, zmarły w 1977 roku w wieku lat 87. Książkę o nim, zawierającą także jego teksty, opracowały s. Regina Witt, diakonisa ewangelicka, i s. Joanna Lossow, franciszkanka służebnica Krzyża. Obok rozdziałów napisanych przez obie zakonnice mamy teksty ks. Michała Czajkowskiego i Janusza Poniewierskiego.

Pracę nad książką autorki rozpoczęły w 1997 roku. Choroby obu zakonnic, potem śmierć siostry Reginy (1998 r.), niemal całkowita utrata wzroku przez siostrę Joannę, trudności materialne nie sprzyjały szybkiemu ukończeniu dzieła. Ale chyba nie tylko to. Autorki założyły - to widać - że książka ma być przygotowana naprawdę lege artis. Czytelnik ma poczucie bezpieczeństwa, nic tam nie zostało “puszczone". Mimo że - jak zastrzega s. Lossow - książka nie prezentuje wszystkich ważnych ekumenicznych wydarzeń z życia ks. Michelisa, to i tak znakomicie pokazuje początki ekumenizmu w Polsce, entuzjazm tamtych lat i tamtego czasu.

Lekturę kazań ks. Michelisa, które zajmują połowę książki, polecam wszystkim zainteresowanym ekumenizmem. Nie zestarzały się, bo dotyczą niestarzejących się nigdy spraw najważniejszych. Książka jest mi także bliska z racji osobistych. Jako kilkunastoletni chłopak, w latach 40. (zeszłego stulecia) mieszkałem w Chylicach przy tej samej ulicy (Długiej), przy której znajduje się “Tabita" - ewangelicki ośrodek założony przez ks. Michelisa. Po raz pierwszy w życiu o ekumenizmie usłyszałem właśnie wtedy, od siostry diakonisy Stanisławy z “Tabity", która przychodziła robić zastrzyki mojej matce. Pamiętam, jak z wielką delikatnością i smutkiem mówiła, że w ekumenicznym ruchu wciąż brakuje naszego Kościoła. Książka o ks. Michelisie opisuje kolejny etap (jeszcze zresztą przed Soborem), w którym Kościół katolicki w Polsce wszedł na te tereny. Książka - dokument? Tak, oraz świadectwo pionierskiego entuzjazmu, a jednocześnie książka o ważnych sprawach chrześcijaństwa i Kościoła, ciekawa i pisana z taką prostotą, z jaką piszą mędrcy.

“Sługa Słowa Bożego i jedności chrześcijan - ks. Zygmunt Michelis", Warszawa 2003.

Droga oczyszczenia

Twórczość Hansa Ursa von Balthasara (1905-1988) szwajcarskiego teologa, którego Jan Paweł II w 1988 roku mianował kardynałem (godności nie zdążył przyjąć), obejmuje mnóstwo tomów i tytułów. Krakowskie wydawnictwo jezuitów (von Balthasar zresztą był jezuitą, ale w 1950 r. wystąpił z zakonu i założył wspólnotę św. Jana) wydało ostatnio trzy jego prace: “O zadaniach filozofii katolickiej w czasach współczesnych", “Miejsce chrześcijanina w świecie" (dwa wykłady, wydane razem z wykładem ks. Luigiego Giussaniego wygłoszonym w tym samym cyklu dla członków “Comunione e Liberazione") oraz młodzieńczą książkę von Balthasara “Serce świata", którą z króciutkim wstępem wznowił on po pięćdziesięciu latach, w roku 1988 - roku swojej śmierci.

Wszystkie są godne uwagi. Pierwsza rekonstruuje początki chrześcijańskiej filozofii, budowanej z materiału dostarczonego przez filozofów starożytnych i dochodzi do problemu trudnej konfrontacji filozofii katolickiej z filozofią współczesną, druga zmaga się z nieufnością świata wobec Kościoła, nieufnością, która wzrosła, nie zmalała, po Soborze Watykańskim II. Tu chcę zająć się trzecią, napisaną najdawniej i zupełnie inaczej niż tamte dwie rozprawki, podczas lata spędzonego w rodzinnych stronach, nad jeziorem, poetyckim stylem (“czy jest jeszcze w stanie do kogoś przemówić?" - pyta stary teolog). Myślę, że jest w stanie.

Książki tej nie sposób streścić ani zdefiniować. Jest to przeraźliwie uczciwy rozrachunek z sobą i Bogiem człowieka wierzącego, który ma dość poruszania się po powierzchni. “Jestem taki jak inni, może nawet lepszy od niektórych. To się pokaże na Sądzie: nie będzie mi można zarzucić nic specjalnie obciążającego. Doprawdy, miałem dobre chęci... Solidnie się starałem (...) Właśnie, żeby nie zapomnieć: wypełniałem swoje obowiązki jako człowiek religijny. Jestem praktykującym chrześcijaninem, dobrym katolikiem, w niedzielę zawsze chodziłem do kościoła, urządzałem Wielkanoc, płaciłem podatek kościelny, dawałem jałmużnę, pilnowałem modlitwy rano i wieczór. Często i ważnie się spowiadałem. Odprawiłem dziewięć pierwszych piątków (które dają uznane przez Kościół zabezpieczenie, gdy chodzi o Boga). W każdą niedzielę przystępowałem do komunii. Codziennie przystępowałem do komunii. Ja to, ja owo... Religią zbudowałem mur oddzielający mnie od Boga. Moje praktyki sprawiły, że zamknąłem uszy na Jego głos. To wszystko, co mogło być autentycznym życiem, zmieniło się niepostrzeżenie w mechanizm nawyków, w którym moja dusza wygodnie się poczuła".

W tym napiętym rytmie, przez ponad 150 stronic, młody ksiądz Hans Urs z lat trzydziestych prowadzi czytelnika drogami oczyszczeń ku światłu. By w finalnym akordzie “płytka otchłań człowieczego buntu utonęła w oceanie miłosierdzia. Spokojnie, w majestatycznym rytmie uderzeń, włada światem serce Boga". Książki tej nie da się czytać obojętnie.

Hans Urs von Balthasar, “Serce świata". Przekład: Urszula Poprawska. Kraków 2003, Wydawnictwo WAM.

Błogosławieni rodzice

Zauważyłem, że beatyfikacja małżonków Luigiego i Marii Quattrocchi nie wzbudziło oczekiwanego entuzjazmu. Biografie, a bardziej jeszcze korespondencja nowych błogosławionych jakoś nie wszystkim trafiały do przekonania. Być może biografowie mimowolnie starali się wyeksponować to, co ich zdaniem wyrażało - jak to się określa w postępowaniu kanonicznym - “heroiczność cnót" tych ludzi, a więc jednak ich nadzwyczajność. “Rozdzielenie łoża małżeńskiego" powodowało pewną konsternację.

Włoski dziennikarz Luciano Moia wpadł na prosty pomysł. Jeszcze przed beatyfikacją (21 października 2001 r.) porozmawiał o mających być wyniesionymi na ołtarze rodzicach z ich dziećmi. Te bezpretensjonalne opowieści o rodzinnych perypetiach naprawdę przybliżyły mi błogosławionych państwa Quattrocchi i, co więcej, upewniły, że ja (i z pewnością nie tylko ja) o moich własnych rodzicach spokojnie mogę myśleć jako o świętych.

I jedno zastrzeżenie: tłumaczka chyba nie znająca Rzymu popełniła kilka zabawnych błędów, np. św. Prudenziana to chyba jednak św. Pudenziana, a ambasadorzy przy Stolicy Apostolskiej w czasie wojny raczej nie zbiegali “na Santa Marta", ale chronili się w Watykanie i mieszkali w istniejącym tam do dziś pensjonacie “Ospizio Santa Marta". Wspominam o tym, by wydawcy pomyśleli o wysyłaniu tłumaczy do miejsc, w których się rozgrywają przekładane przez nich książki.

Luciano Moia, “Błogosławieni Rodzice. Luigi i Maria Beltrame Quattocchi we wspomnieniach ich dzieci". Przeł. Elwira Buszewicz. Kraków 2002, Wydawnictwo eSPe.

W barze na “Titanicu"

Jakoby oparta na wspomnieniach ocalałego barmana rekonstrukcja ostatnich rozmów grupy pasażerów “Titanica" jest nawiązaniem do tradycji różnych “Wieczorów nad Lemanem", książek zaledwie markujących akcję po to, by bohaterom dać warunki do rozmowy. Oczywiście barman jest także wymyślony przez autora. Barman ratuje się, płynąc na... kontrabasie. Konstrukcja książki polega na zgromadzeniu przy barze tonącego już statku postaci reprezentujących różne filozoficzno-życiowe nastawienia: przedsiębiorcę, salonowca-gentlemana, żonę przedsiębiorcy - nabożną młodą damę piękną, wrażliwą i inteligentną, kleryka, który wchodzi w rolę księdza itd.

Zdumiewa, jak niełatwo ludziom nawet w obliczu nadchodzącej nagle i nieodwracalnie śmierci wyjść poza obowiązujące w ich normalnym świecie nawyki myślowe, które okazują się coraz bardziej groteskowe, w miarę jak statek coraz bardziej się pochyla. Oporne borykanie się z krańcową sytuacją tych wszystkich postaci bynajmniej nie jest zabawne, może jednak skłonić czytelnika do wyobrażenia sobie siebie samego w barze tonącego “Titanica".

Philippe de Baleine, “Ostatnia rozmowa na Titanicu", tłum. Aleksandra Frej. Warszawa 2003, Wydawnictwo Księży Marianów.

Jak mówić dzieciom o Bogu?

“Bombowa Biblia - Przedpotopowe początki" to książka, która zbulwersowała wiele osób. Komiksowe streszczenie fragmentu Historii Świętej wzbudziło niepokój, a nawet protesty. Pomijam stronę estetyczną przedsięwzięcia, jak np. skalę smrodu w arce Noego, język niby młodzieżowy, ale, jak się okazuje, nie za bardzo trafiający do przekonania dzieciom. Humor nie dorasta do przygód Mikołajka, może jednak kogoś to śmieszy. Na pewno należało się zastanowić nad doborem wyrazów i nie wkładać w usta bawiącego się z Adamem ślimaka okrzyku “o rany!" - te słowa jednak coś znaczą i wykrzykiwanie ich dzisiaj świadczy o co najmniej głębokim religijnym roztargnieniu. Ale w raju?...

W książeczce powiedziano (słusznie), że “Biblia ma właściwie dwa tematy. Boga i ludzi". Z tym dość daleko idącym uproszczeniem można się od biedy zgodzić. Z traktowaniem pierwszego z nich - nie. Szczęśliwie w komiksowych obrazkach Pana Boga nie skarykaturowano. Kim jest Bóg “Bombowej Biblii"? Może komuś się będzie chciało opracować to zagadnienie dokładniej po ukazaniu się dalszych zeszytów. Po jednorazowej lekturze obraz ten jawi się ponuro. Jest demiurgiem, nie musi się niczym specjalnie męczyć, wszystko właściwie zależy od jego fantazji. Dowiadujemy się o Nim bardzo mało. Księga Rodzaju, która, jak wiadomo, jest niejako przypowieścią, mitem zawierającym wpisane weń prawdy wiary, jest potraktowana jak opowiadanie historyczne i wtedy Bóg właściwie niemal znika. Komiksowa konwencja narzuca swoje prawa i treść biblijnego przekazu ustępuje miejsca obrazkowej fabułce.

Kiedyś Biblię mogli czytać tylko dorośli, dzisiaj także dzieci, ale w specjalnie dla nich przerobionej wersji. Może jednak zamiast traktować dzieci jak przygłupów - trochę poczekać, aż dorosną do czytania Biblii.

Andy Robb, “Bombowa Biblia - Przedpotopowe początki". Przeł. Michał Romanek. Kraków 2003, Wydawnictwo Znak.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Urodził się 25 lipca 1934 r. w Warszawie. Gdy miał osiemnaście lat, wstąpił do Zgromadzenia Księży Marianów. Po kilku latach otrzymał święcenia kapłańskie. Studiował filozofię na Katolickim...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]