Dawno nie miałam tak silnego poczucia, że największa dla literatury nagroda „wróciła do domu”. Oto nagrodzono prozę nieustraszoną zarówno w swojej skrajności, jak i humanizmie. W pójściu za pewną wizją do końca. Literaturę w dodatku z tego miejsca na mapie świata, które tak często jako pierwsze sygnalizowało zmiany znaczące dla reszty Europy Środkowo-Wschodniej.
O czym pisze Krasznahorkai
László Krasznahorkai jest autorem literatury totalnej, jak i wpisującej się w ważną dla współczesności filozofię doceniania mniejszości. Urodzony w 1954 r. w prowincjonalnej węgierskiej Gyuli pisarz jest bowiem nieprzekupnym obrońcą ludzi znajdujących się zawsze najniżej drabiny społecznej: pokrzywdzonych, bezbronnych, sponiewieranych, nie mających nic.
W tym sensie temat jego literatury jest nieprzemijający: to nierówna walka słabych i silnych, skazana na porażkę, jak zresztą wszystko w tym głęboko naznaczonym egzystencjalizmem świecie. To rzeczywistość pesymizmu absolutnego, w którym wszystkie ludzkie nadzieje i plany skazane są na niepowodzenie.
Tyle że u Krasznahorkaiego nie ma miejsca na żadne proste oceny moralne. Choć zło jest tu głęboko namacalne, to jedyna karta przetargowa tych, którzy zazwyczaj nie posiadają nic. Krasznahorkai rozpoznał koszmar niewielkiej wspólnoty, której wsobność, nietolerancja i wścibstwo prowadzi w końcu do zbrodni, dezintegracji i faszyzmu.
„Szatańskie tango” i „Potępienie”
Dla mnie osobiście jest to powrót do pewnej wizji literatury, a nawet życia, która odpowiada dawniejszym, bardziej niewinnym czasom. To lata zerowe na polskim rynku wydawniczym, na który Krasznahorkaiego wprowadziła Beata Stasińska w swojej serii W.A.B. „Don Kichot i Sancho Pansa”, co oczywiście nie odbyłoby się bez umiejętności wybitnej tłumaczki Elżbiety Sobolewskiej, jak dotąd autorki wszystkich jego przekładów na polski.
Jako weterance branży prasowo-recenzenckiej z dwudziestoletnim stażem wydaje mi się dziś niebywałe, że poznałam i przeprowadziłam wywiad z autorem tego pokroju w jakimś małym hoteliku czy kawiarni w centrum Warszawy bez zbędnych ceregieli. Mimo swojego statusu w światowej literaturze Krasznahorkai był wtedy tylko jednym z wielu wielkich, którzy regularnie jeździli do Polski.
Znałam przyszłego noblistę głównie dzięki twórczości Béli Tarra, z którym Krasznahorkai współpracował nad filmami od co najmniej 1987 r., czyli „Potępienia”. W 2004 r. wyszło „Szatańskie tango”, tłumaczenie najsłynniejszej jego powieści, sfilmowanej potem przez Tarra w dość skrajnej, prawie 8-godzinnej formie. Te skrajności – z jednej strony apokaliptyczny język meandrujących, nigdy nie kończących się zdań, a z drugiej związki z seksowną awangardą (fanką Tarra i Krasznahorkaiego była m.in. Susan Sontag) – sprawiły, że Węgier stał się dla mnie postacią legendarną.
„Melancholia sprzeciwu”: traktat o moralności
A jednak, pewnego zamglonego październikowego poranka w 2007 r., 18 lat temu, podążałam na wywiad z tym tajemniczym autorem, który rzecz jasna nie mówił ani słowa po angielsku i musiał patrzeć na zestresowaną 23-latkę z pewnym zaskoczeniem. Po drugiej stronie stolika siedział mężczyzna wyglądający trochę jak starszy Jezus z ikony, a trochę wagabunda, z długimi włosami roztrzepanymi wokół mistycznej łysiny na czubku głowy. Miał wtedy tylko 53 lata. Niestety, w wyniku wielu przeprowadzek straciłam dużą część archiwum (stosunek do archiwizacji pism drukowanych był wtedy dość nonszalancki), więc nie mam możliwości sprawdzić, o czym dokładnie rozmawialiśmy.
Ukazywała się wtedy „Melancholia sprzeciwu”, wspaniały traktat o moralności i opowieść o małym miasteczku, w którym triumfują zawiść, hipokryzja i donosicielstwo. Nasza rozmowa musiała zatem krążyć wokół metafor komunizmu oraz po prostu jego życia, które Krasznahorkai spędził początkowo pracując na prowincji. To tam napatrzył się na ludzkie zachowania w zamkniętej społeczności. Ciągle je potem odtwarzał.
Nawet wiele lat później wspominałam ten wywiad jako jeden z tych, z których jestem dumna najbardziej. A spotkałam potem Michela Houellebecqua, Annie Ernaux, Dubravkę Ugresić i wielu innych. Około dwóch miesięcy temu przypomniałam sobie o naszym spotkaniu, obejrzałam jeszcze raz ulubione „Potępienie” – film o koszmarze prowincji i marności ludzkich pragnień. Wróciłam też do ulubionej „Melancholii sprzeciwu” i próbowałam za wszelką cenę odtworzyć najdrobniejsze szczegóły naszego spotkania. Jak László trzymał filiżankę z kawą, jak uważnie na mnie patrzył swoimi wielkimi oczami, jak był ubrany (na czarno, w garnitur).
„Hersht 07769”: listy do Angeli Merkel
Był niezwykle skromny, nie wydzielał absolutnie żadnej pychy, częstej przecież u pisarzy. Wsłuchiwał się uważnie w to, co miałam do powiedzenia, bez względu na to, czy było to mądre. Rozpoznawałam doskonale tę wrażliwość z kart jego powieści, w których nie chodzi o epatowanie czytelnika brakiem nadziei. Krasznahorkai ofiarowuje nam rozpoznanie uniwersalnej sytuacji, w której się znajdujemy, bliskie precyzji Kafki (jego rodzinna Gyula nawet ma swój „zamek” na wzgórzu) i rozpaczy Bernharda, a także zawierającej humor ich obu.
Jest pisarzem, który – skupiając się na rzekomo niewielkim wycinku ludzkości – jak nikt potrafi pokazać naszą środkowoeuropejską specyfikę, pychę, niezdolność do samorefleksji i zacietrzewienie prowadzące do tragedii. Jego najnowsza powieść „Hersht 07769” składa się z listów, jakie młody bezrobotny mężczyzna z Niemiec Wschodnich, zagrożony wciągnięciem do neofaszystów, pisze do Angeli Merkel.
Po wielu latach tułaczki w wynajmowanych mieszkaniach Niemiec, Francji i Włoch, ku mojemu zdziwieniu autor znalazł schronienie w Trieście, mieście Jamesa Joyce’a i Italo Svevo, tyglu kulturowym na uboczu całego zgiełku tego świata.
Z obrzeży widać więcej.
Autorka jest krytyczką, eseistką i dziennikarką. Publikuje w polskich i brytyjskich czasopismach.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.













