Prawdziwą areną dziejów świata jest biblioteka” – przekonywała na kartach jednego z esejów. A potem, swoim zwyczajem, zabrała czytelników w fascynującą podróż po uniwersum starych woluminów, wyblakłych map i zaginionych lądów. Powiecie pewnie, że to przebrzmiała pieśń, pięknoduchostwo, a z tą biblioteką to już na pewno lekka przesada.
Cóż, takie podejście rzeczywiście może dziś dziwić, możemy chrząkać i powątpiewać, wskazując Donbas, Kijów czy Gazę jako miejsca, gdzie dzieją się rzeczy nieporównywalnie ważniejsze niż przy zakurzonym stole w czytelni kartograficznej. A jednak jest taki świat, w którym przytoczone zdanie wydaje się w najoczywistszy sposób prawdziwe. To świat książek jego autorki – Judith Schalansky.
W esejach i powieściach niemieckiej intelektualistki znajdziemy to, czego najbardziej nam dziś potrzeba – spojrzenia z dziejowego dystansu na nieuchronną zmienność i ulotność rzeczy, zjawisk czy projektów politycznych. Obok ćwiczeń z przemijania jej teksty oferują szansę na przećwiczenie czytelniczej i życiowej uważności. Bo tych książek nie sposób czytać w pośpiechu, bez przerw na oglądanie dzieł sztuki, o których mowa, bez sięgania do internetowej encyklopedii, a najlepiej – jak autorka – do papierowych woluminów.
Schalansky jest zbieraczką, podróżniczką bez celu, z którą warto się zgubić. Fascynuje się śladami przeszłości i kruchością materii niczym barokowa poetka, a jednocześnie – śladem romantyczek – odrzuca nowoczesne formy spychania żałoby w kąt, sprowadzanie wszystkiego do hormonów czy teorii ewolucji.
Schalansky: póki istnieje pamięć
Urodziła się na początku lat 80. w NRD-owskim Greifswaldzie. Dorastając w niewielkim, odciętym od świata miasteczku, nauczyła się wyszukiwać rzeczy w nieoczywisty sposób ciekawe. I przywykła do podróżowania palcem po mapie. Uznany za najpiękniejszą niemiecką książkę roku 2009 „Atlas wysp odległych” (wyd. polskie 2024) to literacka podróż po najbardziej odludnych miejscach. Schalansky nie rusza się z biblioteki, a jednocześnie wędruje po Wyspie Rudolfa czy Wyspie Samotności.
Dane geograficzne sąsiadują tu z lokalnym kolorytem – zaczyna się od faktów, a potem narratorka puszcza wodze fantazji, opowiada historie, które przydarzyły się gdzieś w strefie niczyjej, pomiędzy państwami i kontynentami. To proza relaksująca, pozwalająca na spotkanie z mitem, oddech od współczesności i – być może – powrót do pasji z dzieciństwa.
Obok fascynacji opuszczonymi miejscami znakiem rozpoznawczym prozy Schalansky jest zainteresowanie tym, co odeszło, odchodzi lub istnieje tylko jako ślad dawnej wielkości. Z tej pasji wzięła się chyba najbardziej oryginalna książka niemieckiej pisarki, czyli zbiór esejów pt. „Spis paru strat” (wyd. polskie 2022). „Różnica między obecnością a nieobecnością może mieć marginalne znaczenie, póki istnieje pamięć” – czytamy w pierwszym, wstępnym rozdziale. Każdy kolejny jest próbą przywrócenia pamięci o innym, nieistniejącym już przedmiocie, gatunku zwierząt czy budynku.
Znajdziemy tu opowieść o tygrysie kaspijskim, który przerażał starożytnych Rzymian, zniszczonej willi dawnego kandydata na papieża i – oczywiście – zatopionej wyspie. Wszystko to składa się na bezpretensjonalny traktat o żałobie, w którym niezgoda na nowoczesne rugowanie śmierci z pola widzenia miesza się z oskarżeniem wobec kolonizatorskich zapędów człowieka Zachodu. Nie – zdaje się mówić autorka – nie przetrwało to, co najbardziej wartościowe. I nie, zwykle nie nieśliśmy ze sobą tylko postępu.
Z tymi, nazbyt „wywrotowymi” tezami nie zgodziłaby się zapewne główna bohaterka jedynej wydanej w Polsce powieści Schalansky. „Szyja żyrafy” (2024) to nasycona wielopoziomową ironią opowieść o Inge Lohman – zbliżającej się do emerytury nauczycielce biologii z podupadłego gimnazjum im. Karola Darwina.
Autorka obdarza tę postać podobnymi do swoich zainteresowaniami, lecz zdecydowanie odmienną wrażliwością. Lohman to staroświecka erudytka, wielbicielka nauk ścisłych i porządku – najlepiej takiego, jaki rodził się gdzieś u progu XX w. na gruncie teorii ewolucji. Ciekawe, że ta zjadliwa satyra pozostawia nas jednocześnie z dużą dozą empatii dla tęskniącej za prostym światem bohaterki.
Może źródłem tej empatii jest to, że od czasów „Szyi żyrafy” i nasz świat stał się nieporównanie bardziej niepewny, chwiejny i skomplikowany? Jeśli też to czujecie, a w dodatku uważacie, że ludziom trudno dziś wyrazić nowe lęki przy pomocy starych pojęć i schematów, to mam dobrą informację: dokładnie o tym jest najnowsza książka Schalansky.
Nowa książka Schalansky
Wydane niedawno „Rozchwiane kanarki, głębokie doły” to próba odpowiedzi na pytanie: „jakim językiem mówić o przeczuciu zbliżającej się katastrofy?”. Autorka rozpoczyna od krytycznego spojrzenia na często używaną w kontekście kryzysu klimatycznego frazę „kanarki w kopalni” (istoty zdolne do wcześniejszego reagowania na zagrożenia), a potem swoim zwyczajem zaprasza nas do wędrówki – od czasów Pliniusza, przez Goethego i początki nowoczesnego górnictwa, aż po katastrofę ekologiczną na Odrze.
Tym razem dostajemy jednak prozę nieco mocniej zaangażowaną politycznie. Schalansky wyraźnie akcentuje swoje stanowisko, dowodząc bezużyteczności myślenia o katastrofie według schematów zaczerpniętych z Biblii czy poetyki Arystotelesa.
Trzeba szukać innych modeli myślenia i – przede wszystkim – zapytać, czy wyobrażenie, że do lamusa odprowadzą nas trąby, grzmoty i niebo w kolorze purpury, nie trąci przypadkiem megalomanią.
Judith Schalansky, ROZCHWIANE KANARKI, GŁĘBOKIE DOŁY, przeł. Kamil Idzikowski, Ha!art 2025
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





















