Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Król Lew i znikające miliony

Król Lew i znikające miliony

09.10.2018
Czyta się kilka minut
George Weah – najlepszy piłkarz w dziejach Afryki, który na początku roku został prezydentem Liberii – w polityce nie czuje się tak pewnie jak kiedyś na boisku. Z państwowego skarbca zniknęło mu właśnie 100 mln dolarów.
Prezydent i piłkarz George Weah (trzeci od lewej) podczas meczu Liberia-Nigeria na stadionie w Monrovii, 11 września 2018 r. AFP / EAST NEWS
P

Prezydent zezłościł się nie na żarty – oznajmił pod koniec września minister od informacji Lenn Eugene Nagbe. – Powiedział, że poruszy niebo i ziemię, aż znajdzie pieniądze i tych, którzy je ukradli albo zgubili”.

Dla piłkarskich klubów, w których grywał 51-letni dziś George Weah – jedyny piłkarz z Afryki, który zdobył tytuł najlepszego gracza świata – kwota 100 mln dolarów nie jest pewnie czymś nadzwyczajnym. W końcu tyle mniej więcej kosztował drużynę Manchesteru United piłkarz Paul Pogba. Tyle też mniej więcej turyński Juventus zapłacił za zbliżającego się do sportowej emerytury 33-letniego Cristiana Ronaldo. I tyle mniej więcej kosztowałby Robert Lewandowski, gdyby monachijski Bayern zgodził się sprzedać go do innego klubu.

Gdyby Weah nadal grał w piłkę i był dziś w takiej formie jak w 1995 r., gdy uznano go za najlepszego piłkarza świata, kosztowałby zapewne jeszcze więcej. Może 150, może 200 mln. Ale w jego czasach takich pieniędzy nie płacono ani za piłkarzy, ani piłkarzom.

Dziś dla Barcelony, Paris St. Germain czy Manchesteru City 100 mln dolarów jest zwykłą sumą, jaką płaci się za transfery zawodników. Ale dla Liberii – wyjątkowo biednej (to jedno z dziesięciu najbiedniejszych państw świata), wyniszczonej wojnami (w latach 1989–2003 zginęło tu ćwierć miliona ludzi) i epidemią eboli (w latach 2014-15) – tych 100 milionów jest fortuną równą niemal dwudziestej części całego bogactwa kraju.

A tyle właśnie pieniędzy – czy też, ściślej: ich równowartość w miejscowej walucie, w dopiero co wydrukowanych w Szwecji i Chinach banknotach – przepadło jak kamień w wodę.

Zaginione po drodze

Sprawa wydała się we wrześniu, gdy napisała o niej miejscowa gazeta „Hot Pepper”, lubująca się w aferach. Ujawniła, że zanim w styczniu 2018 r. Weah został zaprzysiężony na prezydenta, część zamówionych przez rząd i wydrukowanych w Szwecji (Liberia nie ma własnej mennicy) liberyjskich dolarów (16 mld w nowiutkich banknotach) dopłynęła w zapieczętowanych kontenerach do portu w stołecznej Monrovii.

Wiosną, gdy Weah już rządził krajem, samolotem z Chin dotarła kolejna partia banknotów, w jutowych workach. Według liberyjskiej gazety zarówno opieczętowane kontenery z portu, jak też worki dostarczone na lotnisko zostały wywiezione w obstawie uzbrojonej eskorty i miały trafić do banku centralnego. Ale po drodze przepadły bez śladu.

Władze próbowały zbyć sprawę milczeniem. Ale gdy we wrześniu gazety i rozgłośnie radiowe podniosły wrzawę, minister ds. informacji Nagbe ogłosił, że Weah nakazał pilne dochodzenie i zwrócił się o pomoc do przyjaciół z USA (Liberia powstała w XIX w. jako pierwsza w Afryce republika, utworzona dla uwolnionych czarnoskórych niewolników ze Stanów i Karaibów; przybysze zza Oceanu sami zniewolili potem tubylców, którzy w niewolę nigdy nie popadli). Pomóc mieli specjaliści z amerykańskiego Departamentu Skarbu, z FBI, a także z Międzynarodowego Funduszu Walutowego.

Minister sprawiedliwości Frank Musah Dean poszedł krok dalej i obwieścił, że prezydent i jego ministrowie nie wiedzieli, że ich poprzednicy zamówili w Szwecji i Chinach druk pieniędzy, oraz że dopóki sprawa się nie wyjaśni, a zaginione banknoty nie odnajdą, 15 obecnych i byłych dygnitarzy ma zakaz opuszczania kraju.

Pani Ellen jest dotknięta

Wśród przymusowo zatrzymanych w kraju znalazł się Charles Sirleaf, zastępca gubernatora banku centralnego i syn poprzedniczki Weaha na urzędzie prezydenta, Ellen Sirleaf-Johnson. Pracował w banku za jej prezydentury, a Weah utrzymał go na posadzie.

Ellen Sirleaf-Johnson, która panowała w Liberii w latach 2006-18 – jako pierwsza w Afryce kobieta wyniesiona do godności głowy państwa – poczuła się tym dotknięta. Na Zachodzie uważa się ją za wzór dobrej przywódczyni, rządzącej uczciwie i sprawiedliwie, czułej na wolności obywatelskie. W 2011 r. otrzymała Pokojowego Nobla, a w tym roku, wiosną, Nagrodę Mo Ibrahima – fundowaną (5 mln dolarów) przez tego sudańskiego bogacza i filantropa, wyróżniającego afrykańskich przywódców, którzy – jego zdaniem – zasłużyli się dla pokoju i demokracji.

Gdy w Liberii wybuchł stumilionowy skandal, Sirleaf-Johnson przebywała w Waszyngtonie, gdzie odbierała kolejne wyróżnienie (tym razem Nagrodę Demokracji im. Charlesa T. Manatta). Odrzuciła zarzuty o niegospodarność i korupcję. Oznajmiła, że jej następcy wiedzieli o zamówionych w Szwecji i Chinach dostawach nowych banknotów, a jeśli nie mogą się ich doliczyć, to sami odpowiadają za bałagan i nie powinni zrzucać winy na nią i jej ministrów. Powiedziała też, że czuje się rozczarowana zachowaniem jej następcy, którego wyczyny na boiskach przyniosły mu, prócz sławy i majątku, dumny przydomek „Króla Lwa”.

Sprawę próbował łagodzić minister finansów Samuel Tweah, który niespodziewanie obwieścił, że jego koledzy z rządu, ministrowie od sądów i informacji, nie mają o niczym pojęcia, a pieniądze nie zginęły, lecz zostały już dawno „wprowadzone do krwioobiegu gospodarki”, z korzyścią dla wszystkich.

Młodzi rozczarowani

Stumilionowy skandal i sprzeczne deklaracje ministrów wprawiły Liberyjczyków w złość. Pod koniec września, mimo ulewnego deszczu, przed siedzibą władz, a także przed ambasadami USA, Unii Europejskiej i Unii Afrykańskiej, demonstranci wołali wniebogłosy: „Oddawać nasze pieniądze!”.

Wzburzenie zapanowało zwłaszcza wśród młodych, których głosy wyniosły ich idola George’a Weaha na urząd prezydenta. Dla liberyjskiej młodzieży, stanowiącej dwie trzecie niespełna pięcio-milionowej populacji kraju, ten ekspiłkarz jest żywym przykładem kariery „od pucybuta do milionera” – i dowodem, że z nędzy można się wyrwać, by podbić świat. W październiku i grudniu 2017 r. (Weah wygrał w drugiej turze prezydenckich wyborów) głosowali oni masowo na „Króla Lwa”, który obiecywał, że będzie rządził mądrze, troszcząc się o młodych i ubogich, oraz że wytępi plagi korupcji i kumoterstwa.

Winą za te ostatnie Liberyjczycy obarczają – tak wychwalaną na Zachodzie – Ellen Sirleaf-Johnson, dobie dwunasto-letnie panowanie przyniosło krajowi pokój i spokój, a także sześcio-procentowy wzrost gospodarczy. Ale skorzystali na tym tylko wybrańcy. Skromne zyski po dawnemu dzielono nierówno, a na intratne posady pani prezydent awansowała swych krewnych – prócz wspomnianego syna Charlesa, drugi jej syn Robert szefował państwowemu koncernowi paliwowemu, a przyrodni syn Fumba kierował służbami bezpieczeństwa. Awansowali też jej przyjaciele, wywodzący się głównie spośród potomków uwolnionych niegdyś niewolników z Ameryki, władających od zawsze Liberią.

Weah jest bowiem dopiero drugim prezydentem tego kraju, który pochodzi z ludów tubylczych. Pierwszy, Samuel Doe, przejął rządy w 1980 r. na drodze zbrojnego przewrotu i mordując poprzednika, aby w 1989 r. stracić władzę i życie również w zbrojnym zamachu.

„Fachowcy” z dawnych lat

Weah po raz pierwszy ubiegał się o prezydenturę w 2006 r., ale wtedy przegrał z Sirleaf-Johnson. Kandydując znów w 2017 r., obiecał zmiany wielkie, szybkie i tylko na lepsze. Ale szybko przekonał się, że więcej swobody miał kiedyś na boisku (nawet wiecznie okrążany przez obrońców z przeciwnych drużyn) niż teraz w polityce i rządzie.

Zdając sobie sprawę z rozczarowania rodaków jej rządami i przewidując, że zagłosują raczej na piłkarza niż na jej wiceprezydenta i kandydata jej partii Josepha Boakaia, ustępująca prezydent odmówiła udziału w kampanii wyborczej. Ostentacyjnie odcinała się od Boakaia, a liberyjskie gazety pisały, że po cichu, słowem i pieniędzmi, wspierała „Króla Lwa”. Po wyborach własna partia zarzuciła więc jej zdradę i wykluczyła ze swych szeregów. Ale ta zdrada się opłaciła, bo do swojego rządu Weah wziął dygnitarzy z rządu poprzedniczki i powierzył im kluczowe resorty (m.in. dyplomacji i obrony). A także, jak wspomniano, utrzymał na posadzie syna Charlesa (pozostali bracia stracili stanowiska).

Nie mając dość fachowców we własnej partii, Kongresie na rzecz Demokratycznej Zmiany, Weah zaprosił też do rządu dawnych ministrów i doradców Charlesa Taylora – watażki, który w 1989 r. wywołał w Liberii wojnę, wygrał ją i zdobył dla siebie urząd prezydenta; sprawował go w latach 1997–2003. Obalony w wyniku kolejnej wojny, Taylor odsiaduje dziś w Wielkiej Brytanii wyrok 50 lat więzienia za zbrodnie wojenne (jednak międzynarodowy trybunał skazał go nie za zbrodnie, jakich dopuścił się w Liberii, lecz w sąsiednim Sierra Leone, gdzie też wywołał wojnę, by plądrować tamtejsze pola diamentów).

Tymczasem Weah wziął na swoją zastępczynię byłą żonę Taylora, Jewel, zaś byli ministrowie Taylora doradzają „Królowi Lwu” w sprawach gospodarki.

Słowa i czyny

W styczniu 2018 r., zaraz po objęciu prezydenckiego urzędu, Weah nakazał byłym dygnitarzom natychmiast zwrócić służbowe auta, które przywykli uważać za własne (nie wiadomo, ilu zwróciło). W marcu, po przyjrzeniu się państwowym przychodom i wydatkom, ogłosił, że odziedziczył kraj w ruinie, a jego rząd jest niemal bankrutem. „Bezrobocie i inflacja nigdy nie były tak wysokie, a wpływy do budżetu tak niskie” – mówił w parlamencie.

Oznajmił wtedy, że wobec powyższego rezygnuje z jednej czwartej prezydenckiej pensji. Wezwał też posłów, by wzięli z niego przykład i wyrzekli się części przysługujących im diet. „Pamiętajmy ­wszyscy, że zostaliśmy wybrani, żeby służyć ludziom, a nie po to, żeby nimi władać” – powiedział. Posłowie jak to posłowie: bili mu brawo tak hucznie, że kilka razy musiał przerywać przemówienie. Ale żaden z nich nie zgodził się na obniżenie pensji poselskiej, która miesięcznie sięga 15 tys. dolarów (amerykańskich, nie liberyjskich).

Wkrótce potem okazało się, że mianowana przez „Króla Lwa” nowa szefowa portu w Monrovii zatrudniła na kierowniczych stanowiskach trzech braci prezydenta, a on sam sprawił sobie odrzutowiec wz celu odbywania zagranicznych podróży (z pierwszą poza Afrykę zagraniczną wizytą nie wybrał się do USA, jak poprzednicy, lecz do Francji, gdzie zaczynał piłkarską karierę, a gdzie w jego dawnej drużynie Paris St. Germain gra jego 18-letni syn Timothy, reprezentujący jednak nie Liberię, lecz USA – przyszedł na świat w Nowym Jorku).

Na własnym miejscu

W połowie września Weah wybiegł znów na boisko – być może po raz ostatni w prawdziwym meczu. W towarzyskim spotkaniu w Monrovii zagrał w drużynie narodowej Liberii przeciw Nigerii. Wystąpił, aby kibice mogli po raz ostatni obejrzeć koszulkę z numerem „14”, w jakiej grał w reprezentacji (w uznaniu jego zasług postanowiono, że żaden inny piłkarz z drużyny narodowej z „czternastką” już nie zagra).

Liberia przegrała jeden do dwóch, a Weah – mimo pięćdziesiątki i rozbratu z regularnymi treningami – wytrzymał na boisku prawie cały mecz. Zszedł na dziesięć minut przed końcem, żegnany owacjami kibiców, którzy jeszcze w sierpniu mieli mu za złe, że najwyższe odznaczenie liberyjskiego państwa przyznał swoim trenerom, Francuzom Wengerowi i Le Roy. Le Roy jako pierwszy dostrzegł jego talent (Weah grał wtedy w Kamerunie) i polecił go Wengerowi, a ten sprowadził „Króla Lwa” do Europy. Wtedy kibice sarkali, że francuscy trenerzy przysłużyli się może jemu, ale Liberii już nie za bardzo.

Teraz, we wrześniu, znów zgodnie oklaskiwali prezydenta-piłkarza. Ten zaś sprawiał wrażenie, jakby na boisku wciąż czuł się lepiej i bardziej na swoim miejscu niż na salonach wielkiej polityki. ©℗

Polecamy: Strona świata: specjalny serwis "TP" z reportażami i analizami Wojciecha Jagielskiego

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Reporter, pisarz, były korespondent wojenny. Specjalista od spraw Afryki, Kaukazu i Azji Środkowej. Ponad 20 lat pracował w GW, przez dziesięć - w PAP. Razem z wybitnym fotografem...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

W sumie nic nowego pod sloncem. Niestety, pokolonialna Afryka nie uporala sie po dzien dzisiejszy sama z soba. Ale jest kilka innych spraw. Kontrast swiatow w ktorych zyja ludzie. Liberia, panstwo, zamawia setki milionow dolarow a z drugiej strony setki milionow moze wydac bogaty klub na zakup jednego pilkarza. W takim swiecie , predzej czy pozniej, musi sie cos zawalic. Przyklad bylej pani prezydent jest ilustracja ciekawego zjawiska. Jesli jest sie "oczkiem w glowie" moznych tego swiata wlos z glowy nie spadnie, mozna jeszcze dostac bardzo wazne nagrody, nawet jesli rzeczywistosc jest bardziej niz zalosna, czesto kryminalna.

A pokojowy Nobel nie od dziś jest kpiną z intencji fundatora. Jednak z oceną pani prezydent zaczekajmy, dopóki znanych faktów jest mniej niż podejrzeń i niepewności. Nikt nie jest zabezpieczony łaską możnych raz na zawsze, np. czar pani Aung ostatnio jakby trochę mnie działa.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]