Minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro apeluje o niezatrzymywanie lekarzy w świetle kamer, w szpitalu, na oczach pacjentów. Ministrowi nie podlegają ani policjanci, ani funkcjonariusze Centralnego Biura Antykorupcyjnego, którzy dokonują zatrzymań, zalecenie mają jednak realizować prokuratorzy. Trudno uwierzyć w taki obrót spraw, zwłaszcza jeśli dotąd nie brakowało dowodów, że spektakularność poczynań wydawała się dla ministra szczególnie istotna. To jednak nie żart. Może nawet jest to przyznanie - choć nie wprost - że spektakl, jaki nam zaprezentowano przy okazji zatrzymania doktora Mirosława G. w szpitalu MSWiA - spektakl, w którym szef resortu sprawiedliwości odegrał jedną z głównych ról - był nieskuteczny i szkodliwy. Nieskuteczny, bo - mimo że potrzeby walki z korupcją w służbie zdrowia nikt nie kwestionuje - publiczne zakuwanie w kajdanki robiło bardziej wrażenie odwetu, który ma zjednać rozsierdzonych sytuacją w służbie zdrowia obywateli, niż finał rzetelnego śledztwa. Szkodliwy, bo lekarze, także ci uczciwi, poczuli się zaszczuci, a biorąc pod uwagę kryzys w transplantologii, takie metody walki z korupcją poważnie naruszyły zaufanie między pacjentem i lekarzem.
Minister Ziobro poniósł ambicjonalną porażkę, ale większych zmian w stylu działalności podległego mu resortu nie należy się spodziewać - pierwsze czytanie w Sejmie zaostrzonego kodeksu karnego dobitnie świadczy o tym, że priorytety się nie zmieniły. Ale otrzymaliśmy również pierwszy sygnał, że przyszedł czas rozliczenia CBA z hojnie przyznanych kompetencji i pieniędzy.
Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















