Piaszczystą połać ogołoconą z drzew widać z powietrza z odległości kilkunastu kilometrów. Wycinka ponad czterystu hektarów nadmorskich lasów pod pierwszą polską elektrownię jądrową w pomorskim Lubiatowie-Kopalinie ruszyła już wiosną ub. roku. Specjalistyczne urządzenia wiercą teraz setki otworów, które pozwolą geologom dokładniej ocenić strukturę podłoża. Trwa także układanie dróg dojazdowych, którymi będą tu docierać materiały i armia około 20 tys. ludzi, którzy przewiną się przez plac budowy.
Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, za jedenaście lat do pracy w pierwszym polskim bloku jądrowym dotrze tędy na pierwszą zmianę około siedmiuset osób personelu elektrowni. Do roku 2038, po rozruchu dwóch kolejnych bloków, załoga powiększy się do dwóch tysięcy osób.
Ile będzie kosztować polski atom?
Rządowy harmonogram budowy siłowni o mocy 3770 megawatów, która każdego dnia będzie zaspokajać około jednej piątej krajowego zapotrzebowania na prąd, brzmi jak scenariusz murowanego sukcesu. Trwające już prace przygotowawcze mają umożliwić rozpoczęcie budowy w 2028 r. Równolegle ruszy także budowa drugiej elektrowni jądrowej w centrum kraju. W rachubę wchodzą Bełchatów i Konin oraz Kozienice i Połaniec.
Na pięć początkowych lat budowy pierwszej siłowni powinno wystarczyć 60 mld zł dotacji budżetowej dla spółki Polskie Elektrownie Jądrowe, która prowadzi nadmorską inwestycję. Resztę pokryją pożyczki zaciągnięte za granicą. Koszty to zresztą sprawa dla rządu dość kłopotliwa, bo niektóre warunki umowy zawartej z dostawcami technologii, konsorcjum amerykańskich firm Westinghouse i Bechtel, są objęte tajemnicą. Rok temu Maciej Bando, ówczesny pełnomocnik rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej, koszt budowy samej elektrowni wyposażonej w trzy reaktory szacował na 115 mld zł. Kolejne 35 mld zł pochłonąć miały przygotowania infrastruktury towarzyszącej.
Czy licznik zatrzyma się na 150 mld zł? Jak przy każdej dużej inwestycji, zwłaszcza rozciągniętej w czasie, na ostateczną cenę może wpłynąć wiele czynników. Rząd chwali się, że w nowej wersji umowy z wykonawcą zabezpieczył się przed takim ryzykiem. Szkopuł w tym, że wybrał rozwiązanie najprostsze, czyli umowę ze stałymi cenami na część zleceń, co chroni polską stronę wyłącznie w przypadku, gdyby w kolejnych latach technologia nuklearna drożała. Jeśli jej ceny zaczną spadać, wówczas przepłacimy. Na szczęście na stole jest też scenariusz, w którym budowę współfinansują polskie samorządy w zamian za prąd na preferencyjnych warunkach.
Z rządowych harmonogramów nie da się jednak wyczytać tego, że już dziś przewidują one opóźnienie o około dwa lata względem założeń sprzed kilku lat. Jak i tego, że gdyby polskie elity były bardziej skłonne do konstruktywnej politycznej sztafety, budowa pierwszej elektrowni jądrowej, zapowiedziana w styczniu 2009 r., dobiegłaby końca już pięć lat temu.
W tym czasie kolejne polskie rządy zdążyły jedynie sześć razy przesunąć termin rozpoczęcia prac.
Czy Polskę stać na elektrownię atomową?
A zaczęło się od tak groźnie brzmiących ostrzeżeń, że trudno było sobie wyobrazić, iż zostaną zlekceważone.
„Jeśli do 2020 roku nie powstanie elektrownia jądrowa, w Polsce odczujemy trwały i stale pogłębiający się deficyt energetyczny” – pisał w 2008 r., w raporcie przygotowanym przez Money.pl prof. Andrzej Strupczewski, ekspert Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej.
Odwoływał się przy tym do materiałów Agencji Rynku Energii, która prognozowała, że konsumpcja prądu w Polsce już około 2020 r. wzrośnie do poziomu, który przekroczy moce wytwórcze krajowej energetyki pozbawionej wsparcia atomu.
Rząd wziął to sobie do serca, bo 13 stycznia 2009 r. premier Donald Tusk zapowiedział, iż jego gabinet ma gotowy program inwestycji w energię jądrową i pierwsza taka siłownia ruszy za 11 lat. Nie wspomniał tylko, że zręby owego programu stanowi „Polityka energetyczna Polski do 2025 roku”, przyjęta w 2005 r. jeszcze przez rząd PiS.
Moment nie był zbyt fortunny. W Europie rozkręcał się właśnie kryzys finansowy po upadku banku Lehman Brothers. Tymczasem rządowe plany, zgodnie z neoliberalnym duchem polityki gospodarczej ówczesnego rządu, zakładały, że elektrowni nie można postawić z pieniędzy podatników. Mieli ją zbudować Polsce prywatni inwestorzy. Ściślej – notowane na giełdzie spółki energetyczne kontrolowane przez Skarb Państwa.
Szkopuł w tym, że te same firmy miały też szybko modernizować swoje elektrownie węglowe, gdyż części z nich groziło wyłączenie z uwagi na wiek i stopień zużycia. Choć dla większości analityków i inwestorów było oczywiste, że nie poradzą sobie z dwoma zadaniami jednocześnie, rząd Tuska nie zamierzał zmienić formuły finansowania.
Wydatki na nieistniejący polski atom puchły za to w oczach. Spółka PGE EJ1, powołana do realizacji tego zadania przez Grupę PGE, tylko w latach 2009-2015 wydała blisko ćwierć miliarda złotych. W 2012 r. kontrolę podmiotów usiłujących rozpocząć budowę pierwszej polskiej elektrowni jądrowej przeprowadziło nawet CBA, po czym skierowało do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa w związku z wydaniem ok. 11 mln zł.
Wielkim finałem atomowej komedii pomyłek okazało się jednak zawarcie w 2013 r. umowy z konsorcjum WorleyParsons na badania środowiskowe i lokalizacyjne. Na nic zdały się ostrzeżenia branżowych mediów, które sygnalizowały, że wybrany partner już raz okazał się niewiarygodny i doprowadził do opóźnień bułgarskiego programu jądrowego. Kilkanaście miesięcy później rząd musiał przyznać, że sygnaliści mieli rację. Pod koniec 2024 r. umowę rozwiązano właśnie z uwagi na „niedotrzymywanie przez firmę WorleyParsons zobowiązań wynikających z kontraktu i nieterminowej realizacji prac”.
Kilka miesięcy później wybory do parlamentu wygrało Prawo i Sprawiedliwość.
Cud PiS nad reaktorem
Jako pełnoprawny składnik programu politycznego PiS, budowa elektrowni jądrowej wróciła do agendy partii dopiero w kampanii 2019 r. Wcześniej polityka energetyczna Zjednoczonej Prawicy kręciła się wokół obrony węglowego status quo. W rzeczywistości rząd cichaczem robił jednak coś, do czego nie chciał się przyznać: wdrażał i modyfikował jądrowe plany poprzedników, jednocześnie punktując ich za opieszałość i przerysowując skalę ich porażek.
Momentem przełomowym okazała się umowa z Brukselą, która zobowiązywała Polskę do wygaszenia wydobycia węgla kamiennego do 2049 r. Zaplanowana zawczasu śmierć „czarnego górnictwa” pozbawiała też naszą energetykę węglową ostatniego sensownego argumentu za jej istnieniem, jakim była surowcowa niezależność. Zasługą PiS-u, której nie odbierają mu dziś nawet krytycy, jest więc popchnięcie polskiego programu atomowego na etap, z którego trudno byłoby go już cofnąć z pomocą tradycyjnej polskiej narracji o strasznych błędach poprzedników.
To za PiS w 2021 r. wybrano ostateczną lokalizację pierwszej siłowni jądrowej, a potem rozpoczęto rozmowy z partnerami prywatnymi o budowie małych reaktorów SMR, które dałyby krajowej energetyce jądrowej większą odporność na potencjalne ataki dywersyjne. Kropką nad i było wydanie decyzji środowiskowej dla inwestycji w Lubiatowie-Kopalinie, którą podpisano na miesiąc przed wyborami w październiku 2023 r.
Rząd Koalicji Obywatelskiej, pomimo kampanijnych dekoracji o priorytecie dla zielonej energii, płynnie przejął stery polskiego programu jądrowego i nie dokonał w nim dogłębnych zmian. Ten polityczny „cud nad reaktorem” zaskakuje, tym bardziej że w międzyczasie zelżała też zewnętrzna presja na szybką modernizację naszej energetyki.
Znacząco wzrósł udział źródeł odnawialnych w krajowym miksie energetycznym, który latem przekracza nawet 50 proc. Co ważniejsze, szybki rozwój technologii energooszczędnych wyhamował wzrost zapotrzebowania Polski na prąd. We wspomnianym wyżej raporcie prof. Strupczewski szacował, że w 2025 r. konsumpcja energii osiągnie w kraju 243 terawatogodziny rocznie.
W ub. roku zużyliśmy tymczasem zaledwie ok. 170 terawatogodzin, choć od końcówki pierwszej dekady tego stulecia PKB kraju wzrosło prawie o 70 proc.
Najważniejsza bodaj zmiana zaszła jednak gdzie indziej. Po 20 latach energia jądrowa wreszcie przestała nas dzielić.
Polacy wbrew politykom już nie boją się atomu
Podróż śladem przemian, jakie zaszły w jej postrzeganiu, najlepiej rozpocząć w nadmorskiej wsi Gąski w gminie Mielno. Stoi tam na poboczu drewniana kapliczka Matki Boskiej Fatimskiej z ułożonym z pozłacanych liter hasłem „Broń od atomu”. W 2012 r. ufundowali ją okoliczni mieszkańcy i ustawili na granicy działki, którą w 2011 r. wskazano jako jedną z rozważanych lokalizacji przyszłej polskiej elektrowni jądrowej.
Decyzję uchylono w 2016 r., ale jeszcze przez kilka lat kapliczka pełniła funkcję lokalnej atrakcji turystycznej. Dla jednych jako „Gąskobyl”, symbol polskiego technozabobonu. Dla innych – jako pomnik mobilizacji lokalnej społeczności, która obroniła się przed potencjalnie groźnym sąsiadem.
Dziś kapliczka zapewne by nie powstała. Budowę elektrowni jądrowej w Polsce – jak wynika z badania przeprowadzonego w listopadzie 2024 r. na zlecenie Ministerstwa Przemysłu – popiera bowiem 92,5 proc. respondentów. Co ciekawe, aż 79,6 proc. nie ma nic przeciwko temu, aby taka siłownia powstała w pobliżu ich miejsca zamieszkania. To najlepsze wyniki w historii tego badania, realizowanego cyklicznie od 2012 r., gdy za energią z atomu było 63 proc. ankietowanych i tylko co trzeciemu z nich (36 proc.) nie przeszkadzałoby sąsiedztwo wytwarzającej ją elektrowni.
To odwrócenie postaw jest w głównej mierze wynikiem terapii szokowej lat 2022-2023, kiedy ceny energii wystrzeliły w Polsce w górę za sprawą kryzysu surowcowego wywołanego wojną w Ukrainie. Najwięksi entuzjaści prądu z węgla musieli się wtedy pogodzić z myślą, że energetyka bazująca na paliwach kopalnych jest hamulcem dla gospodarczego rozwoju Polski i zamożności mieszkańców.
W trakcie kilkunastu lat sporów o atom temat zdążył poza tym spowszednieć. Do części nieprzekonanych trafiły nawet te argumenty zwolenników energii jądrowej, które wskazywały, że nie ma dla niej sensownej alternatywy, a źródła odnawialne, z racji np. uzależnienia od pogody, nie nadają się na stabilny całoroczny fundament systemu energetycznego.
Przy takich nastrojach społecznych atom nie nadaje się już na podstawowe paliwo krajowej polityki, którym jest polaryzacja. Może jednak nadal stanowić niezłą pożywkę dla sporów na lokalną skalę oraz indywidualnych rozgrywek partyjnych mandarynów. Tajemnicą poliszynela był konflikt Mateusza Morawieckiego z ówczesnym ministrem aktywów państwowych Jackiem Sasinem, któremu marzyła się elektrownia atomowa zbudowana w formule partnerstwa spółek Skarbu Państwa z prywatnymi inwestorami.
Gdy pod koniec 2022 r. premier wyruszył z tourneé po kraju, aby wychwalać zalety lokalizacji elektrowni jądrowej na wybrzeżu bałtyckim, Sasin wybrał się do Seulu nadzorować przygotowania do umowy w sprawie budowy drugiej takiej siłowni, którą koreańska firma KHNP miałaby wybudować w Pątnowie wraz z kontrolowaną przez Skarb Państwa Grupą PGE i konsorcjum ZE PAK Zygmunta Solorza. W obstawaniu przy tym pomyśle ministrowi nie przeszkadzał nawet fakt, że PGE, kierując się rządowymi wytycznymi, nieco wcześniej wykreśliła ze swojej strategii energetykę jądrową i zapowiedziała skupienie się na inwestycjach w farmy wiatrowe.
Następcy bez wahania wskoczyli w te same buty. Politycy koalicji z Pomorza podczas spotkań z niezadowolonymi z sąsiedztwa atomu wyborcami nadal dają do zrozumienia, że gdyby to tylko od nich zależało, elektrownia powstałaby gdzie indziej. Na początku ub. roku świeżo wybrana wojewoda pomorska Beata Rutkiewicz w trakcie wizyty w Chojnicach stwierdziła nawet, że lokalizacja w Lubiatowie-Kopalinie nie jest ostateczna.
Na szczęście to nieprawda. Polskiemu atomowi nic już nie powinno stanąć na przeszkodzie. Warto jednak spojrzeć na ten sukces z dystansu. Bangladesz, którego strategia energetyki jądrowej kończy właśnie, podobnie jak polska, 20 lat, w grudniu uruchomi komercyjnie swój pierwszy blok atomowy. Budowa naszego ruszy dwa lata później.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















