Krzysztof Story: „Zakładamy rok 2040 jako uruchomienie elektrowni jądrowej ostrożnościowo. Nasi poprzednicy zakładali rok 2032–2033 zbyt optymistycznie” – powiedziała minister przemysłu Marzena Czarnecka. I wywołała burzę, bo nagle, w zwykłym wywiadzie telewizyjnym, obwieściła opóźnienie największej inwestycji w kraju o siedem lat.
Michał Hetmański, prezes Fundacji Instrat: Od razu trzeba powiedzieć, że ministra sprostowała swoją wypowiedź: miała na myśli, że w latach 2039-2040 zostanie uruchomiony ostatni z trzech reaktorów, które mają powstać w gminie Choczewo nad brzegiem Morza Bałtyckiego. A to w pierwotnym i nadal oficjalnie obowiązującym harmonogramie jest wpisane na rok 2037. Mówimy więc o trzech latach opóźnienia.
Co nie zmienia faktu, że to kolejna burza wokół atomu. Kilka miesięcy temu wojewoda pomorska podała w wątpliwość sam wybór lokalizacji, wtedy dementowaniem zajęło się Ministerstwo Klimatu i Środowiska. Spróbujmy uporządkować ten chaos: na jakim etapie jesteśmy?
Przede wszystkim mamy wybraną pierwszą lokalizację i budowniczego – amerykańskie konsorcjum firm Westinghouse i Bechtel, z którymi podpisaliśmy już umowę na zaprojektowanie elektrowni. Wydane zostały decyzje administracyjne: zasadnicza, środowiskowa, lokalizacyjna. Trwają konsultacje i prace projektowe dotyczące inwestycji towarzyszących, choćby linii kolejowej.
Dużo planowania, zero budowania. Pierwotnie prąd z pierwszego reaktora miał popłynąć w 2033 r. To się prawie na pewno nie uda, a większość ekspertów mówi o 1,5-2 latach opóźnienia.
Które zrobiliśmy tylko na etapie uzyskiwania pozwoleń, kiedy „piłeczka” jest po stronie państwa.
Zmiana władzy pewnie nie pomogła.
Niestety. Jednak i poprzednia, i obecna władza ponad podziałami zgadzają się z sensem tej inwestycji. W teorii, bo w praktyce brakuje ciągłości decyzji i przekazywania informacji. Wybory nie są tu zresztą jedyną przyczyną, przy tak dużej inwestycji wychodzą też wszystkie słabości „Polski resortowej”. Oczywiście inwestorem jest jedna, specjalnie powołana przez państwo firma – Polskie Elektrownie Jądrowe – ale cały projekt wymaga współpracy kilku ministerstw, samorządów, rządowych agencji. I znowu okazało się, że dużo łatwiej znaleźć pieniądze na wielką inwestycję niż na pensje dla urzędników, którzy ją sprawnie i mądrze poprowadzą.
Brzmi to, jakby Polska była jakimś atomowym nieudacznikiem, niezdolnym do poprowadzenia naprawdę dużej inwestycji.
Bo jest mnóstwo rzeczy, które możemy i powinniśmy robić lepiej, szybciej i sprytniej, ale trzeba też powiedzieć otwarcie: nie jesteśmy żadnym wyjątkiem. Zanim się ubiczujemy, zastanówmy się: gdzie atom buduje się szybko i sprawnie? W krajach autorytarnych i totalitarnych, gdzie nie ma żadnych konsultacji społecznych, a wszystkie analizy są „zamawiane pod tezę”. Dla nas punktem odniesienia nie powinny być Chiny czy Zjednoczone Emiraty Arabskie, tylko Europa, tu zaś dotrzymywanie terminów w branży atomowej jest rzadkością.
Warto przy tym wiedzieć, że czasami nam też coś wychodzi. W ciągu ostatnich lat zlikwidowaliśmy w Polsce prawie pół miliona zanieczyszczających powietrze „kopciuchów”. Rzadko tak o tym myślimy, ale administracyjnie to było wcale nie mniejsze wyzwanie niż budowa elektrowni jądrowej.
Było jasne, że nowy rząd najpierw musi porządnie rozsiąść się w fotelach, przejrzeć zostawione przez poprzedników papiery i dopiero działać dalej. Ale od wyborów minęło już pół roku, chyba czas powiedzieć: sprawdzam.
Na ocenę rządu w kwestii tej konkretnej elektrowni moim zdaniem jest jeszcze za wcześnie. Wymieniono część załogi w Polskich Elektrowniach Jądrowych, nadal uzyskiwane są kolejne pozwolenia i decyzje, a wykonawca pracuje nad projektem. W międzyczasie wątek elektrowni jądrowej zaistniał podczas wizyty premiera i prezydenta w Stanach Zjednoczonych, co było kurtuazją i symbolicznym potwierdzeniem kursu, który obrała poprzednia władza. Dużym problemem jest na pewno brak komunikacji ze społeczeństwem, choćby szczerej rozmowy o opóźnieniach i aktualizacji harmonogramu. To jeden z największych projektów w kraju, wszyscy się na niego składamy, mamy prawo wiedzieć więcej.
Od strony inwestycyjnej zaś kluczowy będzie efekt negocjacji rządu z Brukselą oraz decyzji dotyczących modelu finansowania.
O co tu konkretnie chodzi?
W dużym uproszczeniu: kto i jak zapłaci za budowę siłowni oraz jak będzie rozliczany produkowany przez nią prąd.
Właścicielem będzie państwo.
W większości. Nam zależało również na tym, by część udziałów objął wykonawca: Westinghouse. Obecny wiceminister Miłosz Motyka mówił o 30 procentach, a tworzący podstawy tej inwestycji za rządów PiS Piotr Naimski – nawet o 49 procentach. Problem w tym, że Amerykanie zupełnie się do tego nie palą, wolą widzieć siebie jako budowniczego niż inwestora – z ich punktu widzenia to korzystne, ale czy z naszego? Rozważany był też model spółdzielczy, w którym do budowy dołożyłyby się np. energochłonne firmy, które potem mogłyby liczyć na tańszy lub darmowy prąd. Podobne rozwiązania były stosowane np. w Finlandii, ale u nas to raczej mało prawdopodobne. Możemy też zapłacić sami, częściowo zaciągając zagraniczne kredyty. Dużą część pożyczki udzieli nam prawdopodobnie amerykański bank Exim.
Kluczowy jest etap, który właśnie trwa: negocjacje z Komisją Europejską dotyczące zaangażowania w inwestycję publicznych pieniędzy oraz sposobu sprzedaży prądu z tej elektrowni, bo to decyduje o rentowności inwestycji.
Jak to? Projektujemy elektrownię, w nadmorskim lesie w gminie Choczewo stoi już małe kontenerowe miasteczko, są odwierty geologiczne, a my nie mamy pojęcia, jak za to wszystko zapłacić? Nie powinno być na odwrót?
Moim zdaniem powinno, ale rządzący (obecni i poprzedni) wiele razy powtarzali, że w negocjacjach lepiej trzymać karty przy sobie do samego końca. Taką doktrynę wyznawał zwłaszcza najważniejszy człowiek ostatniej dekady w polskiej energetyce, Piotr Naimski, który od 2015 do 2022 r. był pełnomocnikiem rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej. Dodatkowo: pamiętamy, jak napięte i politycznie rozgrywane były za rządów PiS relacje z Brukselą. Poprzedni rząd starał się więc budować energetykę w oderwaniu od unijnego prawodawstwa.
Dało się inaczej?
Tak. Polska postanowiła najpierw znaleźć partnera, a dopiero potem rozmawiać z Unią. Dokładnie odwrotnie robią właśnie nasi południowi sąsiedzi. 30 kwietnia Czechy dostały od Komisji Europejskiej zgodę na pomoc publiczną przy rozbudowie elektrowni jądrowej Dukovany. Państwo będzie mogło przez 40 lat sztucznie regulować cenę prądu generowanego w nowym reaktorze. Wiedząc to, dopiero teraz rozważają oferty poszczególnych wykonawców.
Cokolwiek na naszej taktyce zyskaliśmy?
Nie, a na pewno straciliśmy czas.
A czy sama umowa z Westinghouse i Bechtelem jest dla nas korzystna?
Moim zdaniem nie, i to przez samą jej konstrukcję. Najbardziej zacięta dyskusja dotyczyła tego, kto ma być naszym partnerem – poza Amerykanami do wyboru mieliśmy jeszcze Koreańczyków i Francuzów. Tymczasem ja uważam, że podstawowym błędem jest nie to, z kim, ale na co się umówiliśmy.
Na zaprojektowanie elektrowni jądrowej z trzema reaktorami AP-1000.
No właśnie. Standardem w tej branży jest umowa „zaprojektuj i wybuduj”. My zatrzymaliśmy się w pół drogi i dopiero później będziemy negocjować kontrakt na samą budowę, obecna dotyczy tylko projektu. To niestety obciąża dodatkowym ryzykiem inwestora, czyli nas, a nie budującego.
Zbyt łatwo podłożyliśmy się Amerykanom?
Za dużo ryzyka bierzemy na siebie. Być może zdecydowały względy geopolityczne, ale patrząc na to z perspektywy biznesowej – ten kontrakt nie zabezpiecza dobrze polskich interesów, można było te ryzyka ukształtować inaczej, z korzyścią dla państwa.
Wielu z tych rzeczy już nie cofniemy. Jakie są następne trudne zadania, już dla nowej władzy?
Pierwsze zostało zrealizowane: potwierdzenie, że elektrownia w Choczewie powstanie. Teraz jak najszybciej, najlepiej jeszcze w tym roku, powinniśmy dojść do porozumienia z Komisją Europejską – w ramach unijnej reformy rynku energii.
Tylko że konsekwentne popychanie tej jednej inwestycji do przodu nie jest ani najtrudniejszą, ani najważniejszą misją dla rządu. Elektrownia jest przecież tylko środkiem do celu.
Celem jest prąd w gniazdkach.
Prąd w gniazdkach, który jest stabilny, tani i nie zatruwa atmosfery.
Dzisiaj większość naszego miksu to nadal węgiel, choć jego udział spada szybciej, niż przewidywały jakiekolwiek rządowe prognozy. Atom ma zastąpić węgiel?
To nawijanie makaronu na uszy, tak nam wmawiała poprzednia władza. U nas węgiel umrze, zanim atom zdąży przyjść na świat. I to umrze dosłownie – w najbliższych pięciu latach czeka nas fala wyłączeń starych węglowych „trupów”, które odejdą na zasłużoną techniczną emeryturę. Te, które nie zostaną wyłączone, i tak będą pracować na pół gwizdka. Skończy się też możliwość wspierania prądu z węgla publicznymi pieniędzmi. Tymczasem realną datą uruchomienia pierwszych reaktorów są późne lata 30. Era atomu i era węgla w Polsce prawie się nie spotkają.
Co zatem nas czeka? Najnowszy raport Polskich Sieci Energetycznych mówi, że w 2026 roku w krajowym systemie zabraknie ponad 4 GW mocy. To więcej niż trzy reaktory, które mają powstać nad Bałtykiem.
Wiele procesów będzie działo się równolegle. Po pierwsze: czasem będziemy się ratować importem energii od sąsiadów. Po drugie: w energetyce można regulować nie tylko podaż, ale też popyt. Takie mechanizmy nazywają się zbiorczo Demand Side Response i już teraz Polska z nich korzysta. Mówiąc w bardzo dużym uproszczeniu: dzwonimy do firmy, która pobiera dużo prądu, i płacimy lub w jakiś inny sposób wynagradzamy jej to, że obniży zużycie albo przesunie je np. na godziny nocne, kiedy sieć nie jest nawet w połowie tak obciążona. W starych czasach telefony poza szczytem były tańsze – brzmi podobnie.
Po trzecie: będziemy nadal rozwijać OZE, które już dawno przestało być marginesem naszej energetyki. W kwietniu jedna trzecia prądu w Polsce pochodziła z wiatraków i fotowoltaiki. I wreszcie po czwarte: węgiel częściowo zastąpimy gazem. Gdy rozmawiamy, powstaje kilka dużych inwestycji w tym sektorze. PGE rozbudowuje elektrownie Dolna Odra i Rybnik, prywatna firma ZE PAK tę w Adamowie, a Orlen stawia nowe bloki w Grudziądzu i „słynnej” Ostrołęce. Decyzje o ich budowie zapadły w zaciszu gabinetów poprzedniego rządu i realizują je głównie spółki Skarbu Państwa.
Jedno paliwo kopalne wymienimy na inne.
Można tylko rozłożyć ręce i jeszcze raz powtórzyć, że polskie władze przespały transformację energetyczną. Czasu nie cofniemy.
Jaka w tym wszystkim rola atomu?
Pomocnicza i stabilizacyjna – na kiedyś. Z naszego modelowania wynika, że już w momencie odpalenia pierwszego reaktora podstawą naszego miksu energetycznego będą OZE, dla których niezależny od pogody atom może być cennym wsparciem. Powtórzę: uzupełnieniem, a nie filarem, jak często mówiła poprzednia władza.
W naszym raporcie pokazujemy ścieżkę do 2040 roku z założeniem budowy dwóch elektrowni jądrowych po 3 GW każda (proces drugiej inwestycji dopiero się zaczyna). Nawet przy tak dużych inwestycjach w atom ponad 75 procent prądu będzie pochodzić z wiatru i słońca.
Trzy czwarte z OZE? A co, jak nie będzie wiać i świecić? Przecież będziemy potrzebować coraz więcej prądu, jeśli chcemy elektryfikować nasze samochody, instalować pompy ciepła i klimatyzatory.
Dlatego tytuł raportu, o którym wspominałem, brzmi „Polska prawie bezemisyjna”. Pamiętajmy, że energetyka będzie coraz bardziej dynamiczna. W momentach szczytowego zapotrzebowania będziemy dopalać gazem, a może i węglem. To szczegół techniczny, ale umiemy zbudować takie bloki, które są mniej wydajne, jednak można je bardzo sprawnie włączać i wyłączać. Te „misje specjalne” to będzie około 5-10 procent całego prądu w kraju. 90 procent możemy produkować bez martwienia się o klimat i opłaty za emisję – dzięki połączeniu OZE i właśnie atomu.
Często słyszymy bardzo radykalne oceny: albo OZE, albo atom. To fałszywa alternatywa, te technologie mogą i powinny ze sobą współpracować. Ale to raczej atom będzie wsparciem dla OZE niż odwrotnie.
Ile musimy takich elektrowni jądrowych zbudować?
Bardzo długo słyszeliśmy, że 9 GW (trzy razy tyle co w Choczewie) to niemalże polska racja stanu.
Znowu wracamy do postaci Piotra Naimskiego. To była chyba jego ulubiona liczba.
Jego pracy zawdzięczamy gazociąg Baltic Pipe i program jądrowy. Miał na nie bardzo duży wpływ, ale niektóre z tych założeń wymagają ponownego rozważenia. Wydaje się, że zamiast na siłę mnożyć „przyszłe gigawaty” w atomie, mamy dużo pilniejsze zadania. Nie mówię, że na pewno nie potrzeba większej ilości, bo jeszcze weryfikujemy tę tezę w naszych badaniach i modelu. Trzeba przypilnować budowy tych dwóch elektrowni, które mamy w planach, a zarazem rozwijać sieci energetyczne i planować system, także od strony klienckiej – choćby tworząc strefy ekonomiczne blisko nowych elektrowni. No i oczywiście należy zadbać o rozwój OZE, bo to one – zwłaszcza wiatraki na morzu i lądzie – będą filarem na najbliższe lata.
Już dzisiaj wyłączamy OZE, po to by nie trzeba było gasić gazowych i węglowych pieców. Według rządowych dokumentów podobnie ma być z atomem, który ma pracować pełną parą.
To nieodpowiedzialne. Dlatego tak kluczowe jest mądre określenie zasad i ceny sprzedaży prądu z elektrowni jądrowej, tak by nie dominowała rynku. Atom nie może – i nie musi – powstać kosztem OZE. Będziemy też potrzebowali magazynów energii oraz przede wszystkim mądrego regulatora, który zbuduje system elastyczny, sprawnie reagujący na zmiany w pogodzie i zapotrzebowaniu na prąd.
Musimy pamiętać, ile w tej dyskusji jest do wygrania, i to niezależnie, czy trafiają do nas argumenty klimatyczne. To są miliardy rocznie oszczędności w samej energetyce, nie mówiąc o wpływie na kondycję całej gospodarki. Już dziś produkcja wielu towarów wynosi się z Polski ze względu na ceny energii. Żyjemy w świecie, w którym „brudny” prąd to też drogi prąd. Za 10 lat to przecież nie zniknie, tylko się pogłębi. Mówiąc wprost: przebudowa energetyki nie będzie łatwa. Jest za to nieunikniona.
Rozmawiał Krzysztof Story

Michał Hetmański – prezes zarządu i współzałożyciel Fundacji Instrat. Ekspert w zakresie polityk publicznych, polityki energetyczno-klimatycznej, modelowania rynku energii, energetyki i górnictwa.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















