Reklama

Kompleks polski

Kompleks polski

09.01.2020
Czyta się kilka minut
Przez dwa miesiące dwieście wydarzeń, odbywających się w osiemnastu szwajcarskich miastach, ściągnęło ponad 60 tysięcy widzów i słuchaczy ciekawych naszej kultury.
Plakat festiwalu Culturescapes / Hauser Schwarz / MATERIAŁY PRASOWE
N

Niepewni, czy jesteśmy przedmurzem Europy, czy zachodnią flanką Azji, a może tylko pokojem przechodnim, wciąż przeglądamy się w oczach innych – albo z poczuciem niczym nieuzasadnionej niższości, albo w równie nieuprawnionym przeświadczeniu o własnej wyższości. W czasach political correctness przestaliśmy sobie opowiadać dowcipy o Rusku, Niemcu i Polaku – a szkoda, bo czasem wyzierał z nich celny obraz rodaka, który zamknięty w pustej celi z dwiema kulkami potrafił zadziwić samego diabła, bo jedną kulkę popsuł, a drugą zgubił. Te sztubackie kawały świadczyły mimo wszystko o dystansie do życia, historii i siebie samych. Teraz już nam nie do śmiechu. Teraz Polak brzmi dumnie. Osiągnie cokolwiek na niwie zawodowej bądź artystycznej, staje się z miejsca najwybitniejszy. Spotka się z krytyką, to tak się odwinie, żeby zawistnikowi w pięty poszło. Polak jest silny i odważny. Umie pojeść i wypić, jest bardzo religijny, a nade wszystko kocha wolność. 

Zastanawiam się, czy my sami utrwaliliśmy ten stereotyp, czy z braku poczucia bezpieczeństwa uwierzyliśmy w to, jak widzą nas inni. Ilekroć w minionym trzydziestoleciu braliśmy się za współorganizowanie przeglądów kultury polskiej za granicą, tylekroć w programach lądowały ludowe biesiady z tańcami i pokazy filmów dokumentalnych o początkach Solidarności. Nic dziwnego, że organizatorzy festiwalu Culturescapes, założonego w Szwajcarii w 2002 roku z myślą o nawiązaniu i podtrzymaniu dialogu międzykulturowego z krajami szeroko pojętego Wschodu (a jednak), wciąż powielają te same klisze. Anonsując tegoroczny, piętnasty już z kolei przegląd, poświęcony tym razem naszej kulturze, podkreślali, że Polska kojarzy się przede wszystkim z czołową rolą w transformacji demokratycznej Europy, że polską tożsamość ukształtowały protesty, z których artyści czynili materię swojej twórczości, że nasza duchowość wiąże się z wkładem Kościoła katolickiego w walkę o suwerenność, a sztuka nasza opiera się na tradycyjnym fundamencie wartości chrześcijańskich.

Ciekawe, czy dwoje kuratorów – Holender Jurriaan Cooiman i Ukrainka Kateryna Botanova – wierzy w to naprawdę, czy chciało w ten sposób zanęcić publiczność szwajcarską: spokojną, zamożną i wygodnie umoszczoną we własnej bańce, do której wieści o tym, co dzieje się w polskiej kulturze, dochodzą z rzadka i fragmentarycznie. Sądząc z programów wcześniejszych przeglądów, od początku nadzorowanych przez Cooimana, który jest zarazem pomysłodawcą Culturescapes, holenderski menedżer kultury lubuje się w uproszczonych konstrukcjach myślowych. Jak Bałkany, to kraina krwią i miodem płynąca, bieda, korupcja, Sarajewo i muzyka cygańska. Jak Liban, to Szwajcaria Bliskiego Wschodu. Jak Polska, to protest, historia, duchowość – tak przynajmniej zatytułowano trzy wątki tematyczne festiwalu. 

Na szczęście albo i nieszczęście – o czym zdążyłam się już przekonać na rozmaitych przeglądach w krajach niemieckiego obszaru językowego – pod takimi hasłami można zmieścić wszystko. Tegoroczne Culturescapes, połączone z obchodami stulecia polsko-szwajcarskich stosunków dyplomatycznych, trwały ponad dwa miesiące, objęły przeszło dwieście wydarzeń, odbywających się w osiemnastu miastach – przede wszystkim w Bazylei, ale też Zurychu, Lozannie, Bellinzonie, Churze i Bernie – i ściągnęły do blisko pięćdziesięciu instytucji kultury ponad 60 tysięcy widzów i słuchaczy. W ramach zapowiedzi zahaczyły także o Polskę – na jednym z koncertów Warszawskiej Jesieni, z udziałem Basel Sinfonietta, w programie złożonym z prawykonań i polskich premier utworów kompozytorów z obydwu państw. 

Działo się mnóstwo – od wystaw, poprzez wykłady performatywne i pokazy filmów, aż po występy własne, gościnne i koprodukcje. Trudno jednak powiedzieć, na ile ta zbieranina, w której Kantor walczył o lepsze z Warlikowskim, Szymborska z Mickiewiczem, a Kieślowski i Pawlikowski z filmami dokumentalnymi o rocku, modzie, zabawkach, himalaizmie i seksie w czasach PRL-u, przyczyniła się do poszerzenia obrazu polskiej sztuki i tożsamości wśród Szwajcarów. W Polsce przemknęła prawie całkiem bez echa, także w sferze muzycznej, gdzie pod pewnymi względami działo się najciekawiej – między innymi ze względu na najsilniej zaznaczoną „interaktywność” obydwu kultur. Kierowany przez Agnieszkę Budzińską-Bennett, a mający stałą siedzibę w Bazylei zespół Peregrina prezentował średniowieczną muzykę polskich mniszek; kompozycje Chopina rozbrzmiały wiele razy pod palcami studentów bazylejskiej Musik-Akademie; w kontekście twórczości Szymanowskiego i Lutosławskiego podkreślano związki obydwu kompozytorów ze Szwajcarią i tutejszym życiem muzycznym. 

Jako jeden z końcowych, a zarazem najmocniejszych akcentów festiwalu zapowiadano premierę „Króla Rogera” w Konzerttheater Bern, zrealizowaną przy wsparciu Instytutu Adama Mickiewicza. Za stronę reżyserską odpowiadał Niemiec Ludger Engels, gruntownie wykształcony muzyk, który skłonił się w stronę teatru za namową dyrygenta Helmutha Rillinga, założyciela Bach-Collegium Stuttgart. Jego deklarację wieloletniej miłości do opery Szymanowskiego przyjęłam z powagą, a zarazem duszą na ramieniu, bo pół roku wcześniej, w tym samym teatrze, zetknęłam się z inną inscenizacją Engelsa – zrodzoną z podobnej miłości produkcją „Tristana i Izoldy”, którą zaliczam w poczet największych katastrof operowych, z jakimi miałam kiedykolwiek do czynienia. 

Engels jest typowym przedstawicielem niemieckiego teatru reżyserskiego w wersji oszczędnościowej – niewykluczone, że z przyczyn czysto obiektywnych. Wszystkie znane mi do tej pory ujęcia „Rogera” lśniły przepychem: spektakl z Berna chwilami przypominał przedstawienie studenckie, w dekoracjach naprędce skleconych przez samych wykonawców i kostiumach wyciągniętych z dna szaf ich znajomych. Król Sycylii okazał się przywódcą wspólnoty mormonów, a burzący jego świat Pasterz – ucieleśnieniem wszelkich możliwych prądów religijnych i rewolucyjnych współczesnego świata: na przemian hippisem, ascetą, guru, działaczem ruchu LGBT, organizatorem protestu alterglobalistów, albo wszystkim naraz. Z potwornego natłoku martwych symboli i nieogranych sytuacji nie wynikła w zasadzie żadna konkluzja – poza niewątpliwie trafną sugestią, że w realiach kryzysu rządzi psychologia tłumu. Świadczyły o tym również reakcje publiczności: wyciąganej przez artystów na scenę, wymachującej tekturowymi planszami z napisami „Freude”, „Liebe”, „Love Love is Love” i pod koniec ogólnie wniebowziętej. Nie na tyle jednak, żeby zapełnić widownię na kolejnych przedstawieniach, o czym donieśli mi później szwajcarscy znajomi. 

I nic dziwnego, bo Szwajcarzy słyszą. Tymczasem chóry śpiewały przepięknie, tylko w kompletnie niezrozumiałym narzeczu – co dotyczy także wszystkich solistów poza jedynym Polakiem w obsadzie, Mariuszem Godlewskim w partii tytułowej, który i tak wypadł znacznie poniżej swoich możliwości. Ulokowanie orkiestry w głębi sceny skutecznie zaburzyło proporcje brzmieniowe, nie uchroniło jednak muzyków pod batutą Matthew Toogooda przed pokusą zagłuszania śpiewaków w kluczowych fragmentach partytury. Paradoksalnie gwiazdą spektaklu został Andries Cloete (Pasterz), tenor bez głosu, właściwie półamator, za to fenomenalny aktor, który wreszcie uwiarygodnił tę niepokojącą postać. Najwyraźniej nie można mieć wszystkiego, choć z dwojga złego wolę chyba w tej roli śpiewaka, który nie umie grać, niż odwrotnie. 

Nie wiem, w jakim nastroju wyjeżdżałabym ze Szwajcarii, gdyby nie wielki finał pod prostym i celnym tytułem „Polnische Meister”. Dwa dni później w świeżo odrestaurowanej sali dawnego kasyna ta sama Berner Symphonieorchester dała pod kierunkiem Jacka Kaspszyka jedno z najpiękniejszych i najbardziej emocjonalnych wykonań Koncertu na smyczki Bacewicz, jakie słyszałam w życiu; modernistyczną, a przy tym bardzo zmysłową interpretację I Koncertu skrzypcowego Szymanowskiego z fenomenalnym Christianem Tetzlaffem; oraz całkiem przekonujące ujęcie piekielnie trudnej IV Symfonii Lutosławskiego. Był wreszcie protest, była duchowość i była historia. A przede wszystkim był zachwyt szwajcarskich muzyków i melomanów, którzy dopytywali później w kuluarach, co to za jedna ta Bacewicz, i dlaczego do tej pory o niej nie słyszeli. 

No właśnie, dlaczego? Zapewne z tych samych powodów, dla których wciąż mało kto na świecie słyszał o Moniuszce. Bo nie wystarczy zaprosić do Polski zagranicznych muzyków, żeby przy okazji zagrali coś polskiego. Nie ma też sensu urządzać kosztownych tournées polskich zespołów z przygotowanym na łapu capu rodzimym repertuarem. Trzeba wpierw nawiązać dialog, a potem go podtrzymać. Międzynarodowa ekipa pracowała nad „Halką” w Theater an der Wien prawie rok: do sukcesu przyczynili się przede wszystkim muzycy, dużo głębiej zaangażowani w promocję twórczości Moniuszki niż realizatorzy inscenizacji. W przypadku berneńskiego „Króla Rogera” zabrakło zaangażowania po obu stronach. Mimo wszystko jednak ufam, że Jurriaan Cooiman podszedł do sprawy z sercem i po prostu rzucił ziarno w glebę. Czy wykiełkuje, czy wyrośnie w piękną roślinę o polskich liściach i szwajcarskich kwiatach? To się dopiero okaże. Na razie pilnujmy naszych kulek. Jedną już żeśmy popsuli, a drugą zgubili.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Latynistka, tłumaczka, krytyk muzyczny i operowy. Wieloletnia redaktorka „Ruchu Muzycznego”, wykładowczyni historii muzyki na studiach podyplomowych w Instytucie Badań Literackich PAN,...

Dodaj komentarz

Uwaga! Przypominamy o ciszy wyborczej. Trwa ona od północy z 10 na 11 lipca do momentu zakończenia głosowania w wyborach prezydenckich 12 lipca. W tym czasie nie wolno prowadzić agitacji wyborczej, również w internecie. Za złamanie zakazu agitacji grozi kara grzywny.

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Ale kulkę popsuli nie Polacy, tylko Holender z Ukrainką, którym Szwajcarzy powierzyli tę imprezę. Czy chodzi o to, że polskie instytucje zaangażowane w festiwal, z MSZ i MKiDN na czele, za mało ingerowały w decyzje niezależnych, zagranicznych kuratorów? A może rzeczywiście program układać powinien polityk? https://www.tygodnikpowszechny.pl/comment/37487#comment-37487
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]