Reklama

Kiedy ręka nie utrzyma wędki

Kiedy ręka nie utrzyma wędki

14.08.2017
Czyta się kilka minut
To żebractwo, a nie żebracy, jest problemem społecznym. Nie rozwiąże go pomysł, by nie dawać pieniędzy na ulicy.
DANIEL DMITRIEW / FORUM
U

Urzędnicy z Gdańska chwalą się, że ich akcja: „Okaż serce, nie dawaj pieniędzy osobie żebrzącej na ulicy, bo tam zostanie”, przynosi rezultaty. Na oko – jak mówią – już widać, że w mieście jest znacznie mniej żebraków, a otwarta niedawno świetlica dla „dzieci ulicy” cieszy się dużą popularnością.

Zaczęło się kilka lat temu. Ktoś w gdańskim urzędzie wydał rozporządzenie, by uporać się z „plagą” żebraków, którzy „zalewają” miasto zwłaszcza latem i nagabują turystów, prosząc o – jak ujmuje to Sylwia Ressel, rzeczniczka prasowa Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie – „piątkę”. Urzędnicy, współpracując z tamtejszymi organizacjami pozarządowymi, wymyślili akcję „Okaż serce”. Chodzi w niej o to – czytamy na stronach MOPR – by przekonać mieszkańców i turystów do niewspierania datkami nagabujących ich osób. To bowiem – zdaniem pomorskich urzędników – niewłaściwa i naiwna pomoc.

Podobne akcje odbywały się wcześniej w innych miastach. Policjanci w Poznaniu prosili na początku tego roku, żeby nie dawać ludziom pieniędzy na ulicy, a tamtejsi dziennikarze przeprowadzali wśród ubogich śledztwa, z których wynikało, że żebrak „potrafi zebrać dziennie nawet 500 złotych”, co ma stanowić ostateczny i niezbity dowód na to, że żebractwo to praca. Na dodatek dobrze płatna – a to znaczy, że trzeba ten proceder ukrócić.

Jemu nie może się powodzić

Katarzyna Górniak, socjolożka z Wydziału Administracji i Nauk Społecznych Politechniki Warszawskiej, zajmująca się badaniem ubóstwa, cytując określenia odnoszące się do osób bezdomnych używane na forach internetowych („menel”, „gnida”, „pasożyt”, „brudas”, „śmieć”, „lump”, „chwast”, „śmierdziel”), stwierdza, że „ten rodzaj obrazowania buduje nieprzekraczalną granicę pomiędzy światem bezdomnych a tą częścią społeczeństwa, która funkcjonuje »normalnie«, to znaczy w ramach aprobowanych społecznie ram”.

Podobna, nie tylko wykluczająca, ale także stereotypowa narracja prowadzona jest w internecie na temat żebractwa. „Zawód: Żebrak, 200-500 złotych dziennie to stawki, o których inni mogą pomarzyć” – to tytuł tekstu opublikowanego na portalu naTemat.pl w 2013 r. „Bogaty jak żebrak: najlepsi żebracy zarabiają jak menadżerowie” – magazyn „Focus”, 2015 r. „Żebracy… są coraz lepiej ubrani” – „Gazeta Lubuska”, 2009 r. Obraz ubogiego zmuszonego do żebractwa, jaki rysuje się z przekazów medialnych, wygląda więc tak: „przedsiębiorczy, zaradny oszust zarabiający powyżej średniej krajowej i w dodatku dobrze się ubiera, a przecież powinien wyglądać jak »menel«, »lump« i »śmierdziel«”.

Pomińmy już samo to, że skomplikowany, wieloaspektowy i trwający od lat problem żebractwa urzędnicy miejscy wraz z niektórymi mediami potrafią podsumować w kilku ostro brzmiących i wpadających w ucho zdaniach. A strukturalną kwestię bezdomności, bezrobocie, ubóstwo i wykluczenie społeczne zamykają na plakacie formatu A3. To tylko dowód na to, w jak bardzo uproszczony sposób myślimy o wykluczeniu – a w konsekwencji, że biedę postrzegamy wyłącznie interwencyjnie, nie zaś systemowo.

W wielu kampaniach takich jak ta z Gdańska nie chodzi o znalezienie sposobu na pozbycie się ubóstwa, tylko ubogich. Bezrobotnych, a nie bezrobocia. „Bezdomni śmierdzą i burzą nasz święty spokój. Zamiast zbudować łaźnię, pozbądźmy się ich z centrum miasta – to prostsze i tańsze” – tak można by podsumować tę narrację. I dodać do niej sprzeczne komunikaty: biedak śmierdzi – źle, bo drażni nasze wyczulone nosy. Biedak zaczyna „lepiej się ubierać” – źle, bo to znaczy w końcu, że żyje mu się lepiej, a przecież zgodnie ze stereotypem: „jemu nie może się powodzić!”.

Julia Wygnańska, członkini Zespołu Ekspertów ds. Przeciwdziałania Bezdomności przy Rzeczniku Praw Obywatelskich: – Wykluczenie, w tym bezdomność czy żebractwo, to jedne z najbardziej zawiłych i niejednoznacznych problemów społecznych. Sama nie zdecydowałabym się na kampanię namawiającą do niedzielenia się na ulicy, przede wszystkim ze względu na mój brak zaufania do systemu pomocy, który miałby rozwiązać problemy osób trafiających do niego zamiast na ulicę.

Ciężka praca

Przeciwnicy żebractwa zwracają przede wszystkim uwagę na system oszustwa, w którym możemy uczestniczyć, dzieląc się pieniędzmi na ulicy. Nie ulega żadnej wątpliwości, że to prawda. W pustostanie w centrum Krakowa mieszka czterech bezdomnych. Na – jak to określają jego mieszkańcy – „wędkę” najlepiej wyjść do miasta wieczorem, zwłaszcza w piątek lub sobotę, gdy w centrum trwa jedna wielka impreza. Ludzie pijący w klubach są hojniejsi, chętniej dzielą się pieniędzmi, nawet dużymi sumami. Za wyżebrane nocą pieniądze bezdomni zazwyczaj kupują alkohol.

Choć, co wyraźnie trzeba podkreślić, stwierdzenie „bezdomny alkoholik” to kolejny stereotyp. Częściej zdarza się, że to alkohol jest skutkiem, a nie przyczyną stanu bezdomności. Samotność na ulicy, brak nadziei, niepewność jutra – mogą stać się powodem poszukiwania przez osoby w kryzysie bezdomności wentylu łagodzącego ból.

Podobnie rzecz ma się z systemem oszustwa i wyzysku, zwłaszcza wśród środowisk kojarzonych z romskimi, gdzie starsi wykorzystują do żebrania młodszych. Żebrzące na ulicy dzieci i kobiety uczestniczą nierzadko w procederze przestępczym. To właśnie ze względu na nich gdańska akcja ma swój pozytywny wymiar. Powstała tam świetlica dla „dzieci ulicy” cieszy się rzeczywiście dużą popularnością. A społecznicy chodzą codziennie po mieście i proponują, by dzieci spędziły dzień tam, a nie na ulicy.

Problem jednak w tym, że interwencyjne zareagowanie na dziecko na ulicy wcale nie rozwiązuje jego problemów. Siostra Małgorzata Chmielewska wspomina rodzinę Damu, która trafiła kilka lat temu do jednego z domów Wspólnoty Chleb Życia: – Mówię do ojca rodziny: „Damu, dzieci nie będą żebrać”. Najmłodsze miało 6 lat, najstarsze 18. Powiedziałam, że wynajmę nauczyciela. A on mi na to mówi: „Pani siostro, bardzo dobrze. Jak mi pani siostra da pracę, żebym utrzymał rodzinę, to dzieci nie będą żebrać”. Ale pani siostra nie była w stanie dać pracy. Wobec tego ubiliśmy interes. Do południa dzieci żebrały, a po południu się uczyły. Damu im wszystkim gotował, dbał o dzieci. Popołudniami uczyły się pisać, czytać, liczyć. Tak to wygląda. Można krytykować i potępiać, tylko co to da? Oczywiście, są bardzo różne przyczyny żebrania, ale zapewniam, że jest to bardzo ciężka praca.

Rzeczniczka prasowa gdańskiego MOPR-u pytana o pomysł na asymilację rodzin romskich do społeczeństwa odpowiada wymijająco, że „bieda nie ma narodowości”. Otóż ma narodowość, zwłaszcza w przypadku grupy etnicznej tak bardzo wykluczonej jak romska.

Bieda ukryta

Jest jeszcze jeden obraz żebraka, który nie rzuca się tak bardzo w oczy.

Pani Maria. Rocznik 40. Niska i elegancka. Prawą dłonią delikatnie odgarnia za ucho siwe, pojedyncze włosy. Ma na sobie czarną, cienką bluzkę w groszki. Podpiera się laską. W drugiej dłoni trzyma reklamówkę i garnuszek z przykrywką. Staje po Zupę na Plantach, a młodsi od niej bezdomni, niektórzy wypici, przepuszczają ją w kolejce. Pani Maria dostaje miskę zupy i „prosi uprzejmie już teraz o porcję na wynos”. Mówi, że odgrzeje ją sobie jutro, na kolację.

Pani Maria pracowała przez kilkanaście lat na poczcie. Mieszka w starym lokum po rodzicach na krakowskich Azorach. Myje się co drugi dzień – z oszczędności. W wannie ma plastikową miskę, do której skapuje woda, gdy pani Maria rano przemywa twarz i myje zęby. Wykorzystana rano woda służy do przemycia twarzy wieczorem, przed snem.

Kilka razy zdarzyło się, że pani Maria „wyciągnęła rękę na ulicy”. Żebrała, zwłaszcza na leki. Czasem doskwiera jej bolesna migrena. Wstydzi się. Ale wie doskonale, że nie ma innego wyjścia.

W Polsce, mimo spadającego bezrobocia, nadal oscyluje ono w okolicach 8 proc. Podobnie z wysokością rent i emerytur oraz refundacją leków. Dopóki więc żyjemy w świecie, w którym zdarzają się osoby zmuszone do żebrania na leki i podstawowe jedzenie, dopóty organizowanie kampanii społecznych o „niedzieleniu się na ulicy” będzie zamiataniem kluczowych problemów pod dywan.

Owszem, akcja „niedawania pieniędzy żebrakom na ulicy” może mieć wpływ na ukrócenie przestępczych procederów (alkoholizm, ubezwłasnowolnienie), ale uderzy też np. w panią Marię, której życie nierzadko uzależnione jest od hojności przechodniów. „Nie dawaj żebrakom” – znaczy nie tylko „nie dawaj żebrakom-oszustom”, lecz także „nie dawaj żebrakom, którzy naprawdę potrzebują twojej pomocy”.

Pustotan albo schronisko

Oczywiście, pani Maria, podobnie jak panowie z krakowskiego pustostanu żebrzący nocą w centrum, mogliby pójść do odpowiednich urzędów po profesjonalną pomoc. I to jest drugi – po miejskiej świetlicy – pozytywny wymiar gdańskiej kampanii. Na plakatach i ulotkach rozwieszonych i rozdawanych w centrum znalazło się miejsce nie tylko dla hasła „nie dawaj żebrakom na ulicy”; są tam także adresy instytucji niosących kompleksową pomoc.

Tomasz Sadowski, założyciel Fundacji Pomocy Wzajemnej „Barka”, zwraca uwagę na to, o czym mówiła już dawno Matka Teresa z Kalkuty. Jej doświadczenie pracy w Indiach jest rzecz jasna nieporównywalne do skali problemów w Polsce, jednak zdanie o doraźnym pomaganiu można traktować uniwersalnie. „Nigdy nie mieszałam się do tego, co powinny albo nie powinny robić rządy. Zamiast marnować czas na takie kwestie, mówię: »Pozwólcie mi zrobić coś teraz«. Jutra może w ogóle nie być – do jutra nasi ludzie mogą umrzeć. Dziś potrzebują kromki chleba i szklanki herbaty; dam im to dzisiaj.

Ludzie czasem nas krytykują i pytają: »Dlaczego zawsze dajecie im ryby zamiast wędki?«. Odpowiadam im: »Nasi ludzie ledwo trzymają się na nogach z głodu i choroby, więc tym bardziej nie utrzymaliby w ręku wędki, żeby złowić rybę. Ale ja nadal będę im dawała ryby do jedzenia, a kiedy odzyskają siły i staną na własnych nogach, przekażę ich wam i to wy dacie im wędkę«”.

Sadowski dodaje: – Nie można mówić potrzebującemu tu i teraz, że ma szukać pomocy gdzie indziej, w Caritasie czy w jakichś instytucjach. On potrzebuje pomocy już.

I wreszcie ostatnia rzecz, w sprawie „wzięcia przez ubogich spraw w swoje ręce, w końcu tyle jest instytucji niosących pomoc”. Kto nigdy nie przekroczył progu schroniska dla bezdomnych, ten nie będzie miał pojęcia, jak ciasno można zapełnić kilka metrów kwadratowych. A niechęć do odwiedzania tych miejsc przez bezdomnych nie bierze się tylko z tego, że nie można tam pić.

Żyjemy w społeczeństwie, w którym jedyna niemal oferta dla ludzi żyjących na ulicy wygląda tak: sześcio-, dziesięciometrowy pokój w schronisku potrafi pomieścić na piętrowych łóżkach nawet kilkunastu dorosłych mężczyzn, którzy podpisują z ośrodkiem kontrakt na niepicie alkoholu, pracowanie na jego rzecz i zapisywanie się do zeszytu, kiedy chce się wyjść na spacer. Niektóre z nich nie są w stanie zagwarantować terapii uzależnień. A pięćdziesięciokilkuletniemu bezdomnemu na wózku naprawdę ciężko znaleźć pracę.

O jakim wyborze mówimy!? Pustostan – albo – schronisko, które tylko nieznacznie różni się warunkami od tego pierwszego.

Traci się godność i człowieczeństwo, gdy ląduje się na ulicy? Chyba tak, skoro swobodnie mówimy, że „są miejsca w schroniskach, dlaczego oni zostają na ulicy?”.

Trudno być zmotywowanym

Wśród jedzących Zupę na Plantach krakowskich bezdomnych pozostających na ulicy przeprowadziłem niedawno ­minisondaż, pytając, na co wydają wyżebrane pieniądze. Nie jest to ankieta profesjonalna i miarodajna, ale z wiarygodnymi odpowiedziami. Osoby w kryzysie bezdomności wydają pieniądze na bieżącą konsumpcję. Czasem alkohol. Często na leki – zwłaszcza przeciwbólowe, które trudno dostać w miejskich przychodniach dla ubogich. Panowie często korzystają z publicznych, ale płatnych toalet. Kupują też gazety.

Esther Duflo i Abhijit Banerjee w „Ekonomii biednych” piszą: „Odrobina nadziei i trochę bezpieczeństwa oraz wygody może stanowić potężną motywację. My mamy bezpieczne życie, uporządkowane według celów, do których możemy aspirować z dużą pewnością sukcesu (ta nowa kanapa, pięćdziesięciocalowy płaski telewizor, drugi samochód) oraz pomocą instytucji zaprojektowanych w taki sposób, aby pomóc nam to osiągnąć (konta oszczędnościowe, programy emerytalne, pożyczki hipoteczne). W naszej sytuacji łatwo jest zakładać, jak robiono to w czasach wiktoriańskich, że motywacja i dyscyplina są wrodzone. W rezultacie zawsze martwimy się, że jesteśmy zbyt dobrotliwi dla rozrzutnych biednych. Tymczasem my uważamy, że w większości wypadków problem jest dokładnie odwrotny: trudno być zmotywowanym, kiedy wszystko, czego chcesz, wygląda na niemożliwie odległe”.

Nie jest zatem tak, że ubodzy nie mają, bo są niezaradni i nie umieją oszczędzać. Potrzebę natychmiastowej gratyfikacji mamy wszyscy, syci i niezamożni. Adam Leszczyński w „Eksperymentach na biednych” pisze, że „różnica między biednymi i bogatymi nie polega na tym, że ci drudzy mają wrodzoną lepszą samokontrolę: przeciwnie, wszyscy mają takie same potrzeby, ale bogaci mogą je zaspokoić wydając mniejszą część swoich dochodów (a resztę zainwestować, aby mieć jeszcze wyższe dochody w przyszłości). Biedni są w stanie oszczędzać rzadziej i z reguły tylko wtedy, kiedy wierzą, że mają szansę na lepsze życie w przyszłości”.

Żebractwo jest problemem społecznym. Właśnie żebractwo, a nie żebracy. Pomysł, by nie dawać im pieniędzy na ulicy, nie rozwiązuje problemu. A po drugie, nie pozostaje bez wpływu na naszą wrażliwość społeczną. Pytanie o „wędkę i rybę” nie jest tak naprawdę szukaniem odpowiedzi na pytanie: „jak mądrze pomagać”. Jest natomiast pytaniem o to, jaki mamy stosunek do tego, co, jako syci – posiadamy. A także jaki mamy stosunek do tych, którzy nic nie mają. I kiedy mijamy żebraka na ulicy, to raczej nie dlatego, że „okazujemy mu serce”, ale dlatego, że przywiązani do tego, co mamy, nie chcemy, żeby wydawał to ktoś inny.©℗

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Pamięć ludzka zetrze z zasady: "nie dawaj pieniędzy osobie żebrzącej na ulicy" człon "na ulicy" i zostanie samo "nie dawaj". W ten sposób dobry obywatel nie dzieląc się niczym z tymi, co całkiem na dole, będzie jeszcze miał poczucie, że robi coś dobrego DLA NICH. Ale jak napisał wielki Anatol France, "La loi, dans un grand souci d'égalité, interdit aux riches comme aux pauvres de coucher sous les ponts, de mendier dans les rues et de voler du pain" -- Prawo, w swojej wielkiej trosce o równość, zabrania bogatym i biednym sypiania pod mostami, żebrania na ulicach i kradzenia chleba....

"Podobne akcje odbywały się wcześniej w innych miastach. Policjanci w Poznaniu prosili na początku tego roku, żeby nie dawać ludziom pieniędzy na ulicy, a tamtejsi dziennikarze przeprowadzali wśród ubogich śledztwa, z których wynikało, że żebrak „potrafi zebrać dziennie nawet 500 złotych”, co ma stanowić ostateczny i niezbity dowód na to, że żebractwo to praca. Na dodatek dobrze płatna – a to znaczy, że trzeba ten proceder ukrócić". – To niesprawiedliwe! Przecież o „ukrócenie procederu” chodzi nie z powodu tego, że to „dobrze płatna praca”! Chyba że ta praca jest związana w przestępstwem, np. zatrudnianiem dzieci. Poza tym żebractwo to nie tylko „praca” jako taka, z tym wiąże się wykluczenie społeczne, będące przyczyną, a nie skutkiem tego „procederu”. "W wielu kampaniach takich jak ta z Gdańska nie chodzi o znalezienie sposobu na pozbycie się ubóstwa, tylko ubogich". Nieprawda! "Bezrobotnych, a nie bezrobocia". Po raz drugi nieprawda! Jak ktoś może odpowiedzialnie twierdzić, że o to chodzi w tych kampaniach??? "Kilka razy zdarzyło się, że pani Maria „wyciągnęła rękę na ulicy”. Żebrała, zwłaszcza na leki. Czasem doskwiera jej bolesna migrena. Wstydzi się. Ale wie doskonale, że nie ma innego wyjścia". Wzruszające, ale niekoniecznie prawdziwe. Nie wiem jak działa pomoc społeczna w Krakowie, ale w innych miastach można dostać pieniądze na realizację recepty, wystarczy przynieść z apteki informację, ile dany lek będzie kosztował. Pani Maria dostałaby również tzw. „skierowanie na żywność” , zasiłek celowy np. na zakup odzieży zimowej itp. Moim zdaniem ludzie biedni, którzy jak pani Maria na ulicy żebrzą na leki, to legenda miejska, mit. Tacy ludzie teraz praktycznie nie istnieją (owszem, 15 – 20 lat temu byli, ale chodzili po domach, a nie żebrali na ulicy). Na ulicy można spotkać zasadniczo dwie kategorie żebraków: bezdomni, którzy sami się utrzymują i „zarabiają” niewielkie pieniądze, bo tylko tyle im trzeba, paru złotych na tanie wino. Druga kategoria to „zawodowi” żebracy, dla których faktycznie jest to bardzo intratna „praca” (ale ja bym ich zostawiła w spokoju, no chyba że to dzieci wykorzystywane przez dorosłych). Ale pani Maria niekoniecznie musi być wytworem dziennikarskiej wyobraźni. Jeśli ta kobieta rzeczywiście wyszła na ulicę, to nie dlatego, że nie otrzymała pomocy od instytucji, ale dlatego, że po tę pomoc nie poszła, wolała sama o sobie stanowić, nie być zależna od innych. Dlaczego? Z powodu godności i chęci bycia sprawczym, potrzebie samodzielnego decydowania o własnym losie. Dokładnie z tych samych powodów niektórzy bezdomni unikają schronisk – bo instytucje odbierają godność. Kiedyś byłam zdecydowanie przeciwna dawaniu pieniędzy na ulicy. Teraz zmieniłam zdanie. Nawet jeżeli żebrzący wyda zaraz uzbieraną sumę na alkohol – ma do tego prawo. Skoro ktoś mu dał pieniądze, są teraz jego i może z nimi zrobić co zechce. CO ZECHCE – to jest kluczowa kwestia. Gdybym była bezdomnym żebrakiem, powiedziałabym: „Nie mam nic, ale przynajmniej robię co chcę”.

Wychodzenie z bezdomności jest takie trudne nie dlatego, że pomoc instytucji jest wadliwa, ale dlatego, że to bardzo złożony problem raczej natury psychicznej, a nie praktycznej.

Agnieszkasarna: "Gdybym była bezdomnym żebrakiem, powiedziałabym: „Nie mam nic, ale przynajmniej robię co chcę”.". Gdyby Pani pobyła bezdomną żebraczką, przekonałaby się Pani, że horyzont tego, co Pani może realistycznie chcieć (tj. tak chcieć, żeby to było do zrobienia), bardzo się zawęzi: czy chcę poprosić tego czy tę o piątaka, czy chcę zdobytego tym sposobem piątaka wydać teraz-zaraz czy za pół dnia, czy chcę szukać dyskretnego miejsca na załatwienie potrzeby czy też raczej ulżyć sobie mniej więcej tu, gdzie stoję. To byłyby Pani wszystkie chcenia-robienia. W wolnych od takich przyziemnych spraw chwilach byłaby Pani marzyła o chceniu jeszcze czegoś więcej (chciałaby Pani /móc/ chcieć), ale rzeczywistość szybko przywołałaby Panią do tej sfery możliwych chceń, w której by się Pani znajdowała. Oczywiście nie można wykluczyć, że są tacy, którzy naprawdę chcą zawężenia dostępnego im horyzontu realistycznych chceń, i to jeszcze zanim im się zawęzi, może np. Diogenes Pies? Swoją drogą: może pracownicy MOPRu wyszkolą nas w odróżnianiu żebraków-oszustów od żebraków naprawdę potrzebujących naszej pomocy?

"czy chcę poprosić tego czy tę o piątaka, czy chcę zdobytego tym sposobem piątaka wydać teraz-zaraz czy za pół dnia, czy chcę szukać dyskretnego miejsca na załatwienie potrzeby czy też raczej ulżyć sobie mniej więcej tu, gdzie stoję. To byłyby Pani wszystkie chcenia-robienia." - ciekawe, skąd internauta zwany Zelaniec ma taką skrupulatną wiedzę na ten temat? Przecież pisze on, że nie ma takich doświadczeń. Psychologowie twierdzą, że uczucia nie zależą od stanu materialnego, wykształcenia czy poziomu wiedzy człowieka: każdy ma takie same, tylko nie każdy potrafi je nazwać. Nie zgadzam się z tym, że godność człowieka sprowadza się do wyboru miejsca na załatwienie potrzeby fizjologicznej! Tak obśmiana przez Zelańca możliwość wybierania (m. in. rzeczonego miejsca) jest przejawem wolności, wolność łączy się z godnością, a za tym idą określone uczucia, np. duma. Proszę mi wierzyć, drogi interlokutorze, że bezdomni żebracy: bywają zakochani, wchodzą w związki (czasem małżeńskie), mają dzieci, łączą ich z innymi przedstawicielami homo sapiens różnego rodzaju więzi międzyludzkie (np.przyjaźnie), mają wspomnienia i marzenia... To tacy sami ludzie jak my, tylko mieli mniej szczęścia w życiu i są teraz tu, gdzie są. Wszystkie wymienione przez mnie powyżej rodzaje aktywności wiążą się z emocjami, uczuciami, wyborami, jak również z planami na przyszłość (dalszą niż najbliższy dzień). Reasumując: bezdomny żebrak myśli nie tylko o tym, gdzie i jak się "narąbać"!

"Nie zgadzam się z tym, że godność człowieka sprowadza się do wyboru miejsca na załatwienie potrzeby fizjologicznej!" Tego wcale nie twierdziłem "Tak obśmiana przez Zelańca możliwość wybierania (m. in. rzeczonego miejsca) jest przejawem wolności, wolność łączy się z godnością, a za tym idą określone uczucia, np. duma" Niczego nie obśmiewałem, a z resztą się zgadzam. Twierdzę tylko, że dla większości ludzi wolność ma tym większą wartość, im więcej przedstawia realistycznych możliwości do wyboru, a tych w przypadku żebraka jest jednak bardzo niewiele, no chyba że mówimy o żebrakach wyżebrujących setki złotych dziennie...

"bezdomni żebracy: bywają zakochani, wchodzą w związki (czasem małżeńskie), mają dzieci, łączą ich z innymi przedstawicielami homo sapiens różnego rodzaju więzi międzyludzkie (np.przyjaźnie), mają wspomnienia i marzenia..." - ależ tutaj mamy bardzo wiele realistycznych możliwości wyboru! Wybór to nie tylko - i nie przede wszystkim - kwestia, gdzie pojechać na wakacje albo jaki samochód kupić... Najważniejsze wybory dotyczą najważniejszych rzeczy, czyli sedna naszego człowieczeństwa.

""bezdomni żebracy [...] mają wspomnienia i marzenia" O tak! Zwłaszcza! " Wybór to nie tylko - i nie przede wszystkim - kwestia, gdzie pojechać na wakacje albo jaki samochód kupić" Jako -- jeszcze? - nie-bezdomny-żebrak mogę to potwierdzić... Samochodu nie mam i nie zamierzać kupować, a na wakacjach byłem ostatnio dwadzieścia-kilka lat temu. Mimo to, moje życie jest wprost najeżone aż za bardzo realistycznymi wyborami. " Najważniejsze wybory dotyczą najważniejszych rzeczy, czyli sedna naszego człowieczeństwa" Tak, ale czy to sedno się sprowadza do tego, do czego ograniczają bezdomnych żebraków ich warunki życiowe?

Odnoszę wrażenie, że Agnieszkasarna, mając trochę a nawet więcej niż tylko trochę racji, ryzykuje zbytnim uromantycznieniem "stanu" bezdomnego. Rzadko bezdomność bywa, śmiałbym twierdzić, wynikiem takiego suwerennego, wolnego wyboru, "ja chcę tak żyć!". Na ogół zostało się do bezdomności zmuszonym. I wyjście z niej jest bardzo trudne, bez dwu zdań. Dając pieniądze na ulicy, czasem się to tylko utrudnia. Ale czy MOPRy to zawsze ułatwiają? Na szczęście, nie wiem tego -- nie musiałem tego wiedzieć --- z własnego doświadczenia. Nasze społeczeństwo, w ogromnej przecież większości chłopskiego pochodzenia, jest też po chłopsku twarde wobec tych (których uważa za stojących czy raczej kucających całkiem) na dole. Potrzeba pewnej zmiany nastawienia, atmosfery społecznej wobec biednych, eksmitowanych, alkoholików, czy po prostu niezawinienie bezradnych społecznie... Czy i jak dokona się taka zmiana w naszym coraz mniej nawet nominalnie katolickim społeczeństwie? To problem istotnie psychiczny, ale dla całego społeczeństwa, nie tylko bezdomnych... Wielki znawca natury ludzkiej, Wilhelm Busch, rysuje taki obraz w jednym swoim wierszu ze zbioru "Kritik des Herzens" (krytyka serca): siedzi sobie tłusty zadowolony mieszczanin w knajpie w Monachium i pije swój jedenasty czy dwunasty kufel, gdy podchodzi do niego żebrak ze słowami "Gnä' Herr, ach sein S' so guat!" (Łaskawy panie, bądźcie tak dobrzy!...), na co zacny obywatel, zamiast mu co dać klnie i łaje: "Gehst 'raus, du alter Lump, du schlechter!" (a pójdziesz ty, stary łazęgo, nicponiu!), dodając już dla siebie: "Nix mecht' er als grad saufen mecht' er! (tylko chlać mu się zachciewa!). I je i pije dalej, w najlepsze.

"Czy i jak dokona się taka zmiana w naszym coraz mniej nawet nominalnie katolickim społeczeństwie?" - jeżeli to społeczeństwo jest choć trochę katolickie, to taka zmiana się nie dokona! Religii, specjalnie chrześcijaństwu, potrzebna jest filantropia (indywidualna bądź zbiorowa), aby spełniać przykazanie o wspomaganiu ubogich, o jałmużnie itp. - jest to konieczne, aby móc zasłużyć na niebo. Proszę zwrócić uwagę, że w innych systemach czy w innych czasach nie spotykamy dobroczynności, bo nie jest ona potrzebna; sprawy pomocy czy opieki rozwiązuje się albo poprzez zadania państwa zawarte w polityce społecznej, albo poprzez tradycję przejmowania tych zobowiązań przez rodzinę dalszą czy bliższą. Filantropia jest szkodliwa; pomijając fakt, że zaledwie w niewielkim stopniu zaspokaja potrzeby ewentualnych odbiorców, to jeszcze daje złudzenie "załatwienia" problemów, które nie są i nie mogą być załatwione w ten sposób. Filantropia potrzebna jest darczyńcom, a nie beneficjentom. Ta sytuacja przypomina nieco problem głodu w Afryce: bogate społeczeństwa Zachodu kopią studnie w Sudanie czy wysyłają żywność na Czarny Ląd, bo ich tkliwe sumienia wciąż borykają się z kolonialną przeszłością. A tak - proszę! Wysłałem koce (!) do Afryki, sumienie uspokoiłem, jakiż jestem dobry! A przecież ten kontynent nie potrzebuje naszych darów, tylko innych, głębszych i trwalszych rozwiązań, bo dary raz są, a raz ich nie ma, a żyć trzeba codziennie... Co do żebrzących (i w jakiejś mierze również Afryki): nie bez znaczenia jest tu również poruszana wcześniej kwestia godności - godniej jest dostać pomoc anonimową i niejako "należną od państwa", trudniej przyjąć coś od drugiego człowieka, bo to rodzi zobowiązania (moralne), których czasami wolimy uniknąć.

"Filantropia jest szkodliwa". Równie dobrze można powiedzieć, że służba zdrowia, pożarnictwo czy GOPR, ze swoimi odnośnymi obowiązkami niesienia pomocy chorym, palącym się czy zabłąkanym w górach, są szkodliwe, bo zakładają istnienie chorych, palących się czy zabłąkanych w górach, a poza tym przyczyniają się do podniesienia samooceny lekarek i pielęgniarzy, strażaków i strażaczek, czy GOPRowców i GOPRówek (GOPRowczyń?), odpowiednio... Moim zdaniem cały problem w tym, JAKA służba zdrowia, pożarnictwo, GOPR czy filantropia, a nie CZY w ogóle. Mój punkt był taki, że po chłopsku twarde i bezwzględne społeczeństwo polskie jest przeciwne w większości WSZELKIEJ filantropii, czy prywatnej czy publicznej...

Filantropię rozumiem w ten sposób (za Wikipedią): "filantrop zwany też w Polsce społecznikiem – to człowiek udzielający pomocy materialnej ubogim, często inteligent: lekarz, adwokat, nauczyciel – pracujący społecznie, nie bacząc na honorarium, w imię idei solidaryzmu społecznego finansujący akcje społeczne. Obecnie filantropią zajmują się organizacje pozarządowe, jak stowarzyszenia, fundacje, także korporacje i osoby prywatne." A więc GOPR, pożarnictwo czy służba zdrowia to nie jest filantropia! Nie uważam, żeby "społeczeństwo polskie było przeciwne w większości WSZELKIEJ filantropii, czy prywatnej czy publicznej..." - pomijając fakt, że nie istnieje "filantropia publiczna", ale jeśli zachować nomenklaturę internauty Zelańca: wątpię, żeby w "społeczeństwie polskim" znalazł się ktoś przeciwny straży pożarnej... Poza tym, jeśli lekarze, pielęgniarki, GOPR itd. są zobowiązani - jak pisze Zelaniec - do niesiesia pomocy, to nie jest to filantropia (dostają za to pensje!). Filantrop z zasady działa dobrowolnie i bez gratyfikacji finansowej.

Przepraszam, nie wyraziłem się widać dość precyzyjnie. Nie chciałem powiedzieć, że GOPR to część czy przejaw filantropii, ale że jest między tym dwojgiem pewna analogia ("równie dobrze można powiedzieć..."): i w jednej i w drugiej chodzi o działalność, która nie byłaby możliwa, gdyby nie pewne zjawiska negatywne (zabłąkani w górach, żebractwo), których być może byłoby lepiej, gdyby nie było. (By wykluczyć kolejne nieporozumienie: nie chodzi o likwidację osób, zabłąkanych w górach na drodze np. ich eksterminacji, ale o uniemożliwienie, by ktokolwiek zabłądził w górach). Zaczynamy się powoli poruszać "W oparach absurdu", à la Słonimski i Tuwim. Filantropię rozumiem jako działanie na rzecz biednych i upośledzonych przez kogokolwiek prowadzone, nie tylko przez osoby prywatne ale i instytucje publiczne, np. samorządy lokalne itp. Jeśli Agnieszkasarna uważa, że społeczeństwo polskie NIE JEST w większości przeciwne wszelkiej filantropii, to tym lepiej, i życzę Jej, aby miała rację. Sam nie jestem tego niestety pewien.

Jak mówi stare niemieckie przysłowie: "Des Menschen Wille ist sein Himmelreich", wola człowieka jest jego królestwem niebieskim. Jeżeli ktoś czy ktosia naprawdę chce być bezdomnym żebrakiem czy bezdomną żebraczką, a ma jakąś realistyczną alternatywę, podkreślam realistyczną, tj. możliwą do realizacji, gdyby jej/mu się odechciało być bezd. żebr., no to cóż, pozwólmy jej/mu i nie uszczęśliwiajmy jej/go wbrew jej/jego woli /choć pozostanie sprawa załatwiania potrzeb fizjologicznych i parę innych podobnych/. Ale jeżeli ktoś/ktosia jest czy został(a) bezd. żebr. NIE z własnego suwerennego wyboru?... Tu zgadzam się z Agnieszkąsarną, że potrzeba wielkiego taktu i wyrafinowanej psychologii, by jej/mu pomóc skutecznie. Ale pomóc trzeba, bo jego/jej niedola jest wyzwaniem nie tylko dla niej/niego, ale, by powiedzieć to za Kantem, również dla człowieczeństwa w jej/jego osobie.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]