Kiedy matkę się krytykuje

Kościół katolicki przypomina dysfunkcyjną rodzinę, która nie potrafi sama siebie uleczyć. Gdzie szukać pomocy?

29.11.2021

Czyta się kilka minut

Bazylika Mariacka w Krakowie, marzec 2017 r. / BEATA ZAWRZEL / REPORTER
Bazylika Mariacka w Krakowie, marzec 2017 r. / BEATA ZAWRZEL / REPORTER

Wkrótce po transformacji, w okresie gorących dyskusji o miejscu katolików w sferze publicznej „Tygodnik Powszechny” zorganizował debatę o „Granicach krytyki Kościoła”. To była jedna z pierwszych publicznych dyskusji na ten temat. 22 listopada 1993 r. w atrium krakowskiego klasztoru dominikanów przy licznie zgromadzonej publiczności dyskutowali m.in. Jerzy Turowicz, ówczesny naczelny miesięcznika „Znak” Jarosław Gowin, ks. Józef Tischner, Zbigniew Nosowski z „Więzi” i Roman Graczyk z „Gazety Wyborczej”. W pewnym momencie ku konsternacji wszystkich zadzwonił telefon. To furtian połączył z klasztornym atrium kard. Andrzeja Deskura, który poprosił kogoś, kto podniósł słuchawkę, o przekazanie, że „matki się nie krytykuje”.

Polski hierarcha o tradycyjnych poglądach na Kościół, od wielu lat przebywający w Watykanie, zrobił wówczas dwie rzeczy: odwołał się do powszechnego tabu zakazującego krytyki rodziców oraz zasugerował analogię między biologiczną rodziną a Kościołem. Pójdźmy tym tropem, przypatrując się dzisiejszemu kryzysowi i korzystając ze współczesnej wiedzy.

Społeczne tabu

Tabu, czyli głęboki zakaz społeczno-kulturowy, chroni wartości, od których – jak wierzy dana społeczność – zależy jej istnienie i pomyślność. Dlatego złamanie tabu zwykle wywołuje gwałtowną i powszechną reakcję. Ten mechanizm wywodzi się z czasów, gdy przetrwanie i pomyślność jednostki zależały od przetrwania i pomyślności niewielkiej społeczności, do której przynależała – rodziny, klanu czy wioski. Pojedynczy człowiek i jego potrzeby były całkowicie podporządkowane potrzebom społeczności.

Wraz z rozwojem cywilizacji rola lokalnych społeczności w kulturze zachodniej malała, a funkcję społecznego tabu przejęło prawo, które w swojej najbardziej fundamentalnej postaci – praw człowieka – chroni teraz potrzeby jednostki. Ale mechanizm tabu nie zanikł całkowicie. Z trudem np. godzimy się na krytykę demokracji, gdyż sądzimy, że od niej zależy nasz dobrobyt. Z tego samego powodu źle widziane jest publiczne krytykowanie własnej rodziny – to jej zawdzięczamy istnienie i to ona wprowadza nas w życie społeczności, od rodzin zatem – tak sądzimy – zależy powodzenie tej społeczności.

Dzisiaj jednak zaczynamy zwracać uwagę także na ciemną stronę tabu: wyjmując spod krytyki jakiś obszar, stwarza ono warunki dla pojawienia się i rozkwitu patologii. Dawniej patologie wypierano, bo ważniejsze dla społeczeństwa było istnienie danej struktury. Krzywda ofiar patologii, np. w rodzinach, w społecznej świadomości znikała na rzecz wspólnego dobra, które miała gwarantować instytucja rodziny. Stary Testament nakazywał kamienować krnąbrne dzieci, bez względu na to, co było przyczyną owej krnąbrności.

Wspólnota dysfunkcyjna

Kard. Deskur reprezentował jeszcze mentalność, wedle której społeczna wartość rodziny była ważniejsza niż dobro jednostki. Tabu, broniąc rodziny, chroniło także i jej patologie. Zapytajmy więc, na ile uprawnione jest odwołanie się do analogii między rodziną a Kościołem?

Rodzice przekazują dzieciom życie biologiczne. Tak dzieje się z pokolenia na pokolenie. Podobnie z pokolenia na pokolenie – poczynając od pierwszych apostołów – przekazywana jest w Kościele wiara. W rodzinach dzieci wprowadzane są w życie społeczne. We wspólnotach kościelnych następuje inicjacja w życie wiarą. Rodzina wypełnia swoje główne zadanie, gdy dorosłe dzieci biorą odpowiedzialność za własne życie. Kościół również wypełnia swoją wychowawczą rolę, gdy jego dojrzali w wierze członkowie biorą równoprawny (z uwagi na chrzest) i pełny (choć na różny sposób) udział w życiu wspólnoty, podejmując odpowiedzialność za swoją wiarę i za swoją wspólnotę.

Istnieje też ważna analogia między dysfunkcjami w rodzinie i w Kościele. Toksyczni rodzice wychowują niedojrzałe, uzależnione od siebie dzieci. Skutkiem toksyczności ujawniającej się w Kościele są m.in. niedojrzali i uzależnieni od hierarchii świeccy.

W latach 90. związany z „Tygodnikiem”, nieżyjący już historyk Kościoła ks. Jan Kracik w eseju „Ruchome granice krytyki Kościoła” wprost odniósł się do przytoczonej wyżej wypowiedzi kard. Deskura, choć nie wymienił go z nazwiska. Przestrzegł przed ograniczeniami, jakie niesie „argumentowanie porównaniami”. „Bo jeśli kogoś nazwać dzieckiem społeczności, do której należy, to piękna ta przenośnia znaczy tyle samo, ile uzupełniające ją, choć mniej trafiające do wyobraźni stwierdzenie, iż każda jednostka jest również cząstką tej zbiorowej matki, która wszak, w przeciwieństwie do rodzonej, nie istnieje osobno, poza swoimi »dziećmi«, gdyż wyłącznie z nich się składa”.

Przyrównywanie chrześcijanina do dziecka, a Kościoła do rodzica rzeczywiście ma ograniczony zakres i odnosi się jedynie do okresu inicjacji i formacji chrześcijańskiej. Jednak po pierwsze – jest to okres fundamentalny w życiu osoby religijnej, a po drugie – ks. Kracik, chcąc dać odpór myśleniu reprezentowanemu przez kard. Deskura, nie dostrzegł analitycznego potencjału tej analogii, zwłaszcza jeśli chodzi o ciemną stronę Kościoła. Ten potencjał jest – jak się wydaje – większy od poznawczej wnikliwości formuły „Święty Kościół grzesznych ludzi” (tytuł wydanej przez ks. Kracika w 1998 r. książki, której wspomniany esej jest jednym z rozdziałów).

Kościół może być święty tylko jako mistyczne ciało Chrystusa, nie – jako instytucja. Dzisiaj, w epoce kryzysu ­związanego z pedofilią w Kościele, widzimy to dokładniej. Instytucjonalna struktura Kościoła naznaczona jest systemowym złem. Ci, co mają władzę w Kościele, nie potrafią sami wdrożyć skutecznych reform – zbyt głęboko tkwią w klerykalnej strukturze. Bardzo to przypomina niezdolność rodziców, by uznać swoją toksyczność i podjąć proces zdrowienia. On może przyjść tylko ze strony dzieci, które wielkim wysiłkiem przełamią własne uzależnienie.

Analogia przyrównująca Kościół do toksycznej rodziny, oprócz tego, że pozwala realistycznie dostrzec zło w strukturach i proporcjonalnie obarczyć odpowiedzialnością tych, którzy mają większy na te struktury wpływ (formuła ks. Kracika wykorzystywana jest często do zdejmowania z instytucji odpowiedzialności), pozwala też uniknąć nierealistycznej reakcji na obecny kryzys. Tak jak daremne jest wyrzeczenie się toksycznych rodziców – oni i tak pozostaną tymi, którzy dali nam życie, podobnie nieskuteczny może być akt apostazji, który nie unieważnia przecież sposobu, w jaki otrzymaliśmy wiarę. Ze świadectw osób uzależnionych od rodzica wynika, że nawet jego śmierć nie przerywa niszczącej relacji – toksyczna osoba dalej „siedzi” w głowie swej ofiary i oddziałuje zza grobu. Zapewne podobnie jest w przypadku prób zerwania z toksycznym Kościołem. I w rodzinie, i w Kościele lepsza jest inna strategia powrotu do zdrowia.

Uwaga na toksyczność

W 1989 r. pojawiła się książka Susan Forward „Toksyczni rodzice. Jak się uwolnić od bolesnej spuścizny i rozpocząć nowe życie”. Pozycja ta chyba pierwszy raz tak bezpardonowo przełamywała tabu skrywające patologie rodzinne i proponowała drogę zdrowienia. Autorka, choć nie mogła powoływać się na szeroko zakrojone badania empiryczne (bo ich wtedy nie prowadzono), z grubsza trafnie diagnozowała problem. Dlatego jej książka szybko stała się bestsellerem i wznawia się ją do dzisiaj. Wskażmy na te uwagi, które można wykorzystać do analizy sytuacji w Kościele.

Matnia, w jakiej znajduje się osoba wykorzystywana, związana jest z sytuacją nierównowagi. Dziecko manipulowane przez toksycznych rodziców jest wobec nich bezbronne i na nich skazane. „Kiedy jesteśmy bardzo mali, nasi boscy rodzice są dla nas wszystkim. Bez nich bylibyśmy niekochani, pozbawieni opieki, domu, jedzenia, żylibyśmy w ciągłym strachu, wiedząc, że sami nie możemy przetrwać” – pisze Forward w rozdziale pt. „Rodzice jako bogowie”. I nieco dalej: „Świat dziecka jest bardzo zawężony i bez względu na to, jak agresywni są rodzice, nadal reprezentują oni jedyne osiągalne źródło miłości i otuchy”. Adepci wiary również są początkowo bezbronni wobec jedynych, jak sądzą, reprezentantów Boga, obiecujących zbawienie. Ich świat również jest wtedy bardzo zawężony, dlatego tak podatni są na manipulacje. A skoro „Matki się nie krytykuje”, wykorzystanie samo się prosi...

Z matni toksycznej rodziny wyjść można właściwie jedynie jako osoba dorosła. Istotne jest, by móc przerwać toksyczną relację, odzyskać siebie i na bezpiecznych dla siebie warunkach dopuścić do siebie rodziców. „Emocjonalna niezależność nie oznacza, że musisz się od nich odciąć. Polega ona na tym, że możesz być częścią rodziny, przy jednoczesnym istnieniu jako oddzielna jednostka” – zauważa Forward w rozdziale „Początki samookreślenia”.

To przepis też na to, jak odzyskać siebie jako osobę wierzącą i zbudować bezpieczną relację z Kościołem. Mamy prawo zadbać o siebie w Kościele, krytycznie oceniać, co jest dla nas dobre, a co złe. A w szczególnych sytuacjach (np. wykorzystania seksualnego) bezterminowo zawiesić kontakt z kościelną instytucją. Miernikiem zdrowienia będzie odzyskiwana wolność.

Nowa teologia

Nie należy bać się korzystania z zewnętrznej pomocy. Psychoterapeuci stwierdzają, że w przypadku wielu toksycznych związków terapia okazuje się niezbędna. Ma to zastosowanie zarówno do związków rodzinnych, jak i kościelnych. W tym drugim przypadku sama psychoterapia jednak nie wystarczy. Dla odzyskania wiary niezbędna będzie pomoc teologii, z tym że musi być to nowa teologia wyzwolenia: wyzwolenia od toksyczności Kościoła. W obecnym kryzysie pedofilskim to pierwszorzędne zadanie dla katolickich teologów.

Trzeba przyjrzeć się np., jak niektóre formuły teologiczne są wykorzystywane do uzależniania wiernych od Kościoła. Klasyczną taką formułą jest stwierdzenie: „Poza Kościołem nie ma zbawienia”. W nauczaniu obecne są jej różne odmiany, np. bez Eucharystii nie ma zbawienia. Jeśli do zbawienia koniecznie potrzebna jest Eucharystia, to jest też do niego koniecznie potrzebny kapłan. Trzeba zatem się przyjrzeć, na ile sakramentologia służy klerykalnej eklezjologii. Być może ważne się okaże także nowe dowartościowanie tzw. komunii duchowej.

Innym tematem do teologicznego przemyślenia jest trydencki dogmat o ważności sakramentów niegodziwie sprawowanych. Zabezpiecza on skuteczność sakramentu przed ludzką ułomnością i grzechem, ale dzisiaj coraz bardziej uświadamiamy sobie, że jednocześnie autoryzuje przestępców w sutannach.

Reforma Kościoła

Zdaniem Forward punktem zwrotnym w zdrowieniu często okazuje się konfrontacja z toksycznymi rodzicami. Warunkiem powodzenia jest to, by motywem konfrontacji nie były negatywne emocje, takie jak gniew. Chodzi nie o to, by „nawrócić” rodziców, ale by odzyskać prawdę o sobie. W Kościele będzie to pokazywanie gorzkiej prawdy o rzeczywistości.

Drugim ważnym krokiem zdrowienia jest tworzenie enklawy wolnej od toksycznych wpływów. Gdy przyjrzymy się historii Kościoła, okazuje się, że skuteczne ruchy reformatorskie dokładnie na tym polegały: były tworzeniem enklaw dla Ewangelii i chronieniem ich przed toksycznymi wpływami zdegenerowanej instytucji. Oczywiście nie było to łatwe. Pokazują to życiorysy świętych Franciszka, Teresy z Ávili, Jana od Krzyża i wielu innych (zobacz obok tekst Macieja Müllera).

Na tym polega reforma Kościoła: tworzyć nowe miejsca wzrostu Ewangelii, nie oglądając się na struktury. Tak polski Kościół reformuje np. s. Małgorzata Chmielewska.

Najbardziej optymistyczny wariant jest taki, że toksyczni rodzice nawracają się sami, widząc zdrowienie swoich niezależnych już dzieci. Forward podkreśla, że przebaczenie rodzicom nie jest warunkiem zdrowienia – ono jest co najwyżej jego skutkiem.

Dlatego Kościół instytucjonalny nie może oczekiwać przebaczenia od osób wykorzystanych. Jeśli ono przychodzi, jest niezasłużoną łaską i Bożym błogosławieństwem. Może natomiast, a nawet powinien zrobić wszystko, by spojrzeć na rzeczywistość wiary oczyma tych osób. To oni są dzisiaj ewangeliczną „wdową, sierotą, cudzoziemcem”.

Przygotowywany synod o synodalności będzie dobrą okazją, by to wszystko jeszcze raz przemyśleć.©℗

PROROCY I KOŚCIELNA SIŁA BEZWŁADNOŚCI

PRAWIE 40 LAT temu kard. Franciszek Macharski powiedział, że życie św. Franciszka to „piąta ewangelia” – czyli wszystkie cztery przeczytane dosłownie. Współcześni badacze w mniejszym stopniu niż ci dawniejsi kładą nacisk na kwestię napięć między biedaczyną z Asyżu a papieżem w sprawie instytucjonalizacji zakonu. Tak czy inaczej na przykładzie zakonu franciszkańskiego można zaobserwować, jak Kościół potrafił ukształtować dzieło ściśle według własnych oczekiwań i wbrew pierwotnym ideałom. Franciszek napisał dla braci regułę, która była właściwie zbiorem cytatów biblijnych i prostych zaleceń co do trybu życia. Papiestwo nie potrzebowało jednak gromady duchowych wagabundów i w kolejnych dziesięcioleciach po śmierci założyciela – pod ścisłą kontrolą Rzymu – zakon upodabniał się do dominikańskiego. Prostotę pierwszych braci zastąpiło szczegółowe wykształcenie, skromne kapliczki – wielka bazylika w Asyżu. Próby interpretowania Franciszkowych zaleceń ubogiego życia za pomocą języka prawnego stały się zarzewiem sporów, a nawet krwawych rozpraw, które świetnie zna czytelnik „Imienia róży”.

Z BIEGIEM LAT w wielkich zakonach dochodziło do rozprzężenia obyczajów. Reakcją były tzw. ruchy obserwanckie, dążące do przywrócenia zarzuconych zasad. Ich przywódców możemy dziś postrzegać jako proroków stojących naprzeciw skostniałej instytucji religijnej. Kimś takim był dominikanin Girolamo Savonarola, reformujący w duchu obserwanckim (ubóstwo, studium i modlitwa) klasztor florencki. Zaburzenia polityczne końca XV w. sprawiły, że zakonnik przejął de facto kontrolę nad całym miastem – i próbował mu narzucić swoje surowe ideały. Narastała jednak opozycja, sprzymierzona z papieżem Aleksandrem VI Borgią – którego Savonarola gromił w kazaniach za zbytek, rozpustę, nepotyzm i obarczał odpowiedzialnością za zepsucie Kościoła. Bezkompromisowość ostatecznie powiodła Savonarolę na stos. Ale kto wie, może gdyby papież posłuchał proroka, zamiast przyzwolić na jego zabicie, Kościół nie zderzyłby się niedługo później z kryzysem reformacji?

INNYM OBSERWANTEM, któremu ludzie Kościoła zgotowali ciężki los, był św. Jan od Krzyża, reformujący w 2. połowie XVI w. zakon karmelitów. Został porwany i uwięziony przez przeciwników powrotu do pierwotnych zakonnych ideałów, nazwanych później karmelitami trzewiczkowymi. Słynny mistyk, zanim zdołał zbiec, spędził w celi dziewięć miesięcy, upokarzany i torturowany. W przeciwieństwie do ­Savonaroli, został wyniesiony na ołtarze. ©(P) MACIEJ MÜLLER

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Kierownik działu Wiara w „Tygodniku Powszechnym”. Ur. 1966 r., absolwent Wydziału Mechanicznego AGH, studiował filozofię na Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie i teologię w Kolegium Filozoficzno-Teologicznym Dominikanów. Opracowanymi razem z… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 49/2021