Reklama

Przeciw ekonomicznym płaskoziemcom

Przeciw ekonomicznym płaskoziemcom

w cyklu Woś się jeży
23.04.2020
Czyta się kilka minut
Z powodu koronakryzysu upadł rządowy plan „budżetu bez deficytu”. Bardzo dobrze, że upadł. I oby nigdy do nas nie wrócił.
Rafał Woś / FOT. GRAŻYNA MAKARA
P

Płaskoziemcy wierzą, że ziemia jest jak stół albo naleśnik. Możesz im godzinami klarować, że to bzdura, ale oni i tak zostaną przy swoim. W ekonomii odpowiednikiem płaskoziemstwa jest przekonanie, że państwa są jak gospodarstwa domowe. Tyle że takie wielkie – podniesione do którejś tam potęgi. I tu możesz godzinami pokazywać różne argumenty dowodzące, że jest to przekonanie mylne. Na przykład, że państwa produkują pieniądz, który wydają. A gospodarstwa domowe, zanim pieniądz wydadzą, muszą go najpierw zarobić. Albo inny argument: państwo najczęściej zadłuża się właśnie po to, by móc zapewnić obywatelom dostęp do wielu podstawowych dóbr, takich jak edukacja, opieka medyczna czy mieszkalnictwo. Gdy więc państwo się z tych zadań wycofuje (np. odmawiając finansowania publicznej służby zdrowia czy dostępnych mieszkań), to muszą się zadłużyć gospodarstwa domowe, aby te dobra uzyskać. Na przykład wchodząc w pętle zadłużenia hipotecznego. I tak dalej, i tak dalej. Ale gadaj zdrów. Ekonomiczni płaskoziemcy pozostają nieprzejednani. Z uporem godnym lepszej sprawy powtarzają, że coroczny deficyt budżetowy oraz dług publiczny (czyli zakumulowany przez lata deficyt) to oznaki ekonomicznej choroby. A zdrowe są budżetowe nadwyżki. No, może ostatecznie budżet bez deficytu.

Polska ostoją płaskoziemstwa

W Polsce wiara w mit „zdrowych finansów publicznych” jest szeroko rozpowszechniona. Dziś premier Morawiecki (słusznie) odkrywa deficyt jako „uzasadnione narzędzie” polityki ekonomicznej. Ale jeszcze rok temu ten sam premier był twarzą szkodliwej (zaraz wyjaśnię dlaczego) operacji „budżet bez deficytu”. Podobnie było, gdy ze strachu przed kryzysem 2008 r. rząd Tuska zwiększył (i słusznie) deficyt budżetowy, a PiS nie szczędził im (niesłusznej) krytyki: narzekając, że Platforma narobiła długów „jak za Gierka”. Dziś w obliczu koronakryzysu PiS-owski rząd dostaje z tego samego paragrafu. Już słychać wyrzut, że gdyby tylko władza nie wydawała pieniędzy (np. na program 500 plus), lecz zachomikowała je w latach 2016-19 na tzw. czarną godzinę, to teraz miałaby bardzo dużo wolnych miliardów na walkę z koronowirusową recesją. „Kto mieczem wojuje..” – chciałoby się powiedzieć. Gdyby nie to, że sprawa jest bardzo poważna.

Sto dolarów ratuje sztetl

Aby zrozumieć, dlaczego hasło „dług jest zły”, jest tak niebezpieczne, przenieśmy się na chwilę do małego sztetla gdzieś na kresach II Rzeczpospolitej. Do miasteczka przyjeżdża bogaty religijny Żyd. Staje w jedynej gospodzie w miasteczku i oddaje właścicielowi na przechowanie banknot studolarowy. Tłumaczy, że wiara nie pozwala mu na noszenie pieniędzy w szabas. Następnego dnia rano bogacz musi pilnie wyjechać, a banknot zostaje u oberżysty. Ten czeka parę dni. Ale w końcu myśli sobie: „Pal licho, on już tu nie wróci”. Bierze więc banknot i idzie uregulować swój dług u rzeźnika. W końcu od miesięcy jest ciężko, więc trochę się tego nazbierało. Rzeźnik cieszy się szalenie i daje pieniądz żonie, która idzie zapłacić zobowiązania u szwaczki. W końcu od miesięcy jest ciężko i trochę się tego nazbierało. Szwaczka płaci banknotem zaległe komorne. Od miesięcy trochę się tego nazbierało. I tak dalej. W ciągu zaledwie kilkudziesięciu godzin banknot trafia z powrotem do oberżysty, któremu ktoś też był coś krewny. W końcu do sztetla zjeżdża ów bogaty religijny Żyd. Staje w gospodzie, a oberżysta oddaje mu banknot. „Ach tak, zupełnie o tym zapomniałem” – mówi przybysz i natychmiast odpala od studolarówki papierosa. Z setki zostaje tylko popiół. „Co się pan tak patrzysz. I tak był fałszywy” – wyjaśnia bogacz oniemiałemu karczmarzowi.


POLECAMY: „Woś się jeży” – autorski cykl Rafała Wosia co czwartek na stronie „TP” >>>


Ta anegdota, pochodząca od ekonomisty Michała Kaleckiego, dobrze oddaje naturę i rolę, jaką dług publiczny ma do spełnienia w realnej gospodarce. Sztelt, który przed chwilą odwiedziliśmy, to model słabo rozwiniętej gospodarki. Dług prywatny pozwala tu przetrwać czas kryzysu, gdy popyt jest niski, bo każdy jest finansowo trochę „krótki”. A żyć przecież jakoś trzeba. Utrzymująca się przez dłuższy czas sytuacja wzajemnego zakredytowania wystawia jednak więzi społeczne na próbę. Każdy nowy kredyt udzielany jest coraz mniej chętnie. Sytuacja robi się niebezpieczna. I wtedy pojawia się „bogacz”, który wpuszcza w bliską zatarcia machinę lokalnej gospodarki życiodajny płyn: nowy kapitał w postaci studolarowego banknotu. Banknot nie jest ważny z powodu swej własnej wartości. Jest ważny dlatego, że dzięki niemu pętla wzajemnego zadłużenia w sztetlu zostaje poluzowana. Bogacz sprawia, że do miasteczka może wrócić normalne życie. Znów można spojrzeć w przyszłość bardziej optymistycznie. Znów życie toczy się dalej. A że setka była fałszywa? Jakie to ma znaczenie? Każdy papierowy pieniądz to świstek papieru. Nie on jest istotny. Istotne jest to, co możemy dzięki niemu osiągnąć. Za sztetl podstawimy sobie gospodarkę dowolnego kraju kapitalistycznego. A za bogacza wstawimy państwo. Wtedy zobaczymy, jak bardzo potrzebne jest w gospodarce istnienie aktora stojącego ponad gospodarstwami domowymi i niepodlegającego logice rynkowej, której oni podlegają. 

Potrzebny nie tylko w kryzysie

W nowoczesnej debacie ekonomicznej nie ma już chyba sporu co do tego, że deficytem i długiem można się ratować w obliczu nadciągającego kryzysu. To lekcja keynesizmu lat 30. i 40., który postawił na nogi Wielką Brytanię czy USA po kryzysie 1929 r. W postawie „w kryzysie wszyscy jesteśmy keynesistami” tkwi jednak niebezpieczny haczyk. Bardzo łatwo stworzyć machinę, która działa następująco: gdy nadchodzi kryzys, pompujemy publiczne pieniądze do biznesu nie oglądając się na dług. Gospodarka zostaje uratowana. Ale zostają długi, których spłacenie zostaje przerzucone na państwo. Państwo zaś spłaca je obcinając wydatki publiczne – np. na państwo dobrobytu. Ekonomista Mark Blyth, autor książki „Oszczędności. Historia niebezpiecznego pomysłu”, nazywa to „zaciskaniem nie swoich pasów”. Musimy oszczędzać – powiadają opiniotwórcze media reprezentujące interes i punkt widzenia klasy średniej i wyższej. Po czym przystępują do realizacji programów ciągłego okrajania usług publicznych, na których najbardziej polegają klasy pracujące oraz drobny biznes.

Czy z tej pułapki da się uciec? Tak, ale tylko pod warunkiem zmiany nastawienia do długu publicznego i deficytu budżetowego. Trzeba po prostu zaakceptować deficyt jako stały element zdrowej polityki ekonomicznej. Potrzebny nie tylko podczas kryzysu, ale również w czasie dobrej koniunktury. Państwo skupione na ciągłym równoważeniu budżetu łatwo straci z oczu najważniejsze wyzwania. Będzie stale szukało oszczędności: w publicznej służbie zdrowia, w edukacji, w infrastrukturze, w walce z nierównościami. To z kolei będzie się przekładało na pogorszenie zarówno bieżącej koniunktury, jak i społecznych widoków na przyszłość. Przypadek z ostatnich lat. Gdyby PiS trzymał się polityki „zrównoważonego budżetu” po przejęciu władzy w 2015 r., to nie byłoby 500 plus. A gdyby nie było 500 plus, nie byłoby aż tak dobrej koniunktury polskiej gospodarki z lat 2016-19. Albo przykład z USA. Administracja Billa Clintona lubi się chwalić osiągnięciem nadwyżki budżetowej w latach 1998–2001. Problem w tym, że tamta nadwyżka została osiągnięta właśnie poprzez rozbicie szeregu programów amerykańskiego państwa dobrobytu z lat 60., co znacząco przyczyniło się do wzrostu amerykańskich nierówności ekonomicznych i dzisiejszych napięć społecznych, które targają USA. W tym sensie nie mają racji ci, co powiadają, że państwo powinni oszczędzać w dobrych czasach. Przeciwnie. To właśnie obsesyjne oszczędzanie w tamtych czasach sprawiłoby, że nie byłoby co dzielić. Brzmi dziwnie? Z perspektywy pojedynczego gospodarstwa domowego pewnie tak. Ale przez cały czas próbuję przekonać, że państwo nie jest jednym wielkim gospodarstwem domowym. 

Dobro dla biznesu

W gruncie rzeczy dziwi niezmiennie, dlaczego na lep argumentu o „złym długu” tak łatwo łapie się prywatny biznes. Zrównoważone finanse są przecież dla nich wyjątkowo niekorzystne. Ekonomista Kazimierz Łaski pisał, że „zrównoważone finanse to nic innego, jak rodzaj niepotrzebnej konfiskaty środków prywatnych”. Zrównoważone finanse (zwłaszcza jeśli nie towarzyszy im ani wysoka inflacja, ani duży deficyt handlowy kraju) oznaczają, że gospodarka przypomina spękaną ziemię po długim okresie suszy. Rząd spokojnie mógłby wlać w nią sporo ożywczej wody. Co byłoby z korzyścią dla wszystkich. Sektor prywatny dostałby nowe możliwości inwestowania. A państwo zyskałoby na jeszcze niższym bezrobociu.

Na możemy też zapominać, że papiery dłużne rządu (z których finansowany jest dług publiczny) to dla sektora publicznego zazwyczaj świetna inwestycja. Dużo bardziej bezpieczna niż większość instrumentów finansowych emitowanych przez sektor prywatny. Dlatego nierzadko oprocentowanie niektórych obligacji rządowych jest ujemne. Co oznacza, że inwestorzy są gotowi płacić państwom za przywilej przechowania swoich pieniędzy w ich obligacjach. Owszem, i tu zdarzają się wpadki. Bądźmy jednak rozsądni. Jeśli inwestor kupił papiery dłużne emitowane np. przez rząd Grecji przed kryzysem 2008 r., to znaczy, że świadomie zagrał ryzykownie licząc na oprocentowanie wyższe niż w przypadku innych krajów. 

Czy istnieje deficyt bezpieczny?

Oczywiście znajdą się także tacy, którzy będą się starali sprowadzić sprawę do absurdu. Będą pytać, czy skoro deficyt nie powinien nas przerażać, należy nie mieć żadnych hamulców przy wydawaniu? Pytanie o optymalny dług jest ważne, nie ma jednak uniwersalnej odpowiedzi na to pytanie. Można nawet powiedzieć, że próba wyznaczenia jednego bezpiecznego dla różnych gospodarek poziomu zadłużenia jest nie tylko niemożliwa, ale wręcz absurdalna i niebezpieczna.

Kilka lat temu pokazał to brytyjski ekonomista z Uniwersytetu w Nottingham Markus Eberhardt. Porównując doświadczenia różnych krajów na wszelkie sposoby próbował wyznaczyć, czy istnieje jakaś uniwersalna relacja wzrostu PKB i zadłużenia. Niczego takiego nie znalazł. Jedni latami utrzymywali wysoki dług i nic złego się nie działo. Inni walczyli z nim i wcale na tym dobrze nie wychodzili. 

Eberhardt porównał to do sytuacji na placu zabaw pełnym dzieci i rodziców. Jedni rodzice biegają za swoimi dziećmi cały czas, inni co jakiś czas podniosą wzrok znak książki czy gazety żeby sprawdzić czy wszystko OK. Czy można powiedzieć, że jedni są lepi, a inni gorsi? Czy należy wyznaczyć żelazną regułę, że na placu zabaw dobry rodzic znajduje się nie dalej niż 3,12 m od swojej pociechy? Przecież to absurd.

A jednak we współczesnej gospodarce często się na takie absurdy decydujemy. Unia Europejska ustanowiła w traktacie z Maastricht reguły fiskalne (3 proc. deficytu, 60 proc. długu), których przekroczenie może skutkować karami dla kraju członkowskiego. Aspirująca do integracji europejskiej Polska chciała być wręcz prymusem i hamulec antyzadłużeniowy wpisała sobie nawet do konstytucji, a regułę wydatkową do ustawodawstwa zwykłego. Czyli my tu gadu-gadu, a płaskoziemcy i tak górą. Przynajmniej jak dotąd.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz ekonomiczny, laureat m.in. Nagrody im. Dariusza Fikusa, Nagrody NBP im. Władysława Grabskiego i Grand Press Economy, wielokrotnie nominowany do innych nagród dziennikarskich, np...

Dodaj komentarz

Uwaga! Przypominamy o ciszy wyborczej. Trwa ona od północy z 10 na 11 lipca do momentu zakończenia głosowania w wyborach prezydenckich 12 lipca. W tym czasie nie wolno prowadzić agitacji wyborczej, również w internecie. Za złamanie zakazu agitacji grozi kara grzywny.

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Nie sądzę, aby jakikolwiek szanujący się ekonomista twierdził, że dług publiczny jest złem absolutnym. Kluczem jest to, na co przeznaczone zostają pozyskane w ten sposób środki. I tak podczas gdy w czasach kryzysu ratuje się narażone sektory gospodarki, tak w czasach prosperity należy przede wszystkim przeprowadzać rozsądne inwestycje. W tekście pojawia się wzmianka o długu gierkowskim - szkoda, że kwestia nie została rozwinięta, bo to modelowy przykład, jak nieprzemyślane zadłużanie się może zadusić gospodarkę. Historia zna wiele przykładów państw, które albo ogłosiły niewypłacalność, albo balansowały na jej krawędzi - od Argentyny po Grecję. Jeżeli przeciwników długu publicznego można porównać do płaskoziemców, to zwolennicy jego bezrefleksyjnego zaciągania są antyszczepionkowcami.

Albo pan nie doczytał, albo walczy pan z chochołem. Wspomogę cytatem: "Oczywiście znajdą się także tacy, którzy będą się starali sprowadzić sprawę do absurdu. Będą pytać, czy skoro deficyt nie powinien nas przerażać, należy nie mieć żadnych hamulców przy wydawaniu? Pytanie o optymalny dług jest ważne, nie ma jednak uniwersalnej odpowiedzi na to pytanie". Jeszcze raz: "Pytanie o optymalny dług jest ważne". Pozdrawiam.

... o ile dobrze pamiętam podpisano w 1992 r. I co? Mam uwierzyć p. Wosiowi, że przez prawie trzydzieści lat nikt nie zauważył, że kryteria 3 % deficytu i 60 % długu to absurd? Dopiero p. Woś to odkrył w wielkiej przenikliwości swojej? Czy może raczej utrzymywanie tych wartości na niezmienionym poziomie przez cały ten czas świadczy o tym, że takie rozwiązanie po prostu się sprawdza? Dobrze by również było, gdyby p. Woś pisał całą prawdę - w karaniu za nadmierny deficyt nie tyle chodzi o naruszenie sztywnych wskaźników, ile o ocenę całościową, tendecje w gospodarce i podejmowane reformy.

nieprzemyślanego nikt nie zechce komentować. Było takie powiedzenie, że bank udziela kredytu czy pożyczki tylko tym, którzy wykażą, że tego kredytu nie potrzebują. Podobnie jest z długiem publicznym. Może być on zaciągany w większym stopniu przez mocne gospodarki. Jak pokazują przykłady słabszych typu kraje południa Europy, Argentyny, że o Wenezueli nie wspomnę czy Polski gierkowskiej, zadłużanie kończy się katastrofą.

nigdy go nie było, Polska jest monstrualnie zadłużona i w tym roku ten dług miał wzrosnąć - a jeśli RW udaje, że nie słyszał o sztuczkach mających ten dług ukryć, to źle o nim samym świadczy

To taki deficyt, który pozwoli na tyle rozruszać gospodarkę, że w perspektywie kilkuletniej zwiększone wpływy budżetowe z podatków pozwolą regularnie spłacać wszystkie odsetki (bo trudno uznać za powszechną, czy choćby dominującą, gotowość ponoszenia strat przez pożyczkodawców przy oprocentowaniu ujemnym) i zmniejszać dług pierwotny. Czyżby redaktor Woś sugerował, że Polska z jej obecną zdolnością kredytową, z bardzo dużym (i rosnącym) długiem publicznym była w stanie osiągnąć ten stan homeostazy przez wpompowanie w gospodarkę dodatkowych pożyczonych kilkudziesięciu miliardów euro?...

Nawet gdyby światowa finansjera była skłonna pożyczyć Polsce te kilkadziesiąt miliardów euro na jakiś nielichwiarski procent, to jeszcze trzeba umieć wpompować te pieniądze w gospodarkę w dobrze wycelowany sposób tak, aby stworzyć wysokie prawdopodobieństwo na tyle dużego wzrostu gospodarczego, że pozwoli on obsługiwać dług. A co potrafi Pycha i Szmal? Najwyżej rozprowadzić te środki w ramach 500+ czy jakiejś "Tarczy X.0". Owszem, pozwoli to w pewnym stopniu osłabić spadek konsumpcji i spadek wpływów podatkowych, ale to wszystko - a dług będzie rósł jeszcze szybciej (odwrotnie proporcjonalnie do spadającej wiarygodności kredytowej Polski).

Bardzo dziękuję redaktorowi Wosiowi za uświadomienie w zakresie krągłości naszej planety, ale powinien on zdawać sobie sprawę z tego iż jest to wiedza raczej powszechna. Ale do rzeczy- Woś od dłuższego czasu serwuje opowieści o nowym podejściu do pieniądza, suwerennym emitencie, pieniądzach z helikoptera itd,itd...Dla mnie ekonomia i teologia to bratnie dziedziny wiedzy (w obu przypadkach mamy do czynienia z założeniami, których nie da się w wiarygodny sposób potwierdzić empirycznie ) w związku z tym do przedstawicieli obu dziedzin wiedzy mam ograniczone zaufanie (to odnośnie przywoływania przez redaktora modnych ekonomistów). Nie wiem czy redaktor zdaje sobie sprawę z faktu, że produkt niezależnego emitenta to realnie papier i warstwa farby drukarskiej lub kilka bitów informacji (przypomnę redaktorowi wielkie zdziwienie rodowitych mieszkańców lądu "odkrytego" przez Kolumba w zakresie pożądania złotego kruszcu). By ten produkt nabrał cech użyteczności niezbędna jest WIARA, że to coś więcej. Niestety ta wiara musi się rozciągnąć znacznie szerzej niż obszar działania SUWERENA, z powodu paskudnej globalizacji. Zastanawiam się czemu redaktor do tej pory nie został kupiony do teamu PREZESA. Obaj mogliby dokonać suwerennie rzeczy wielkich (bez UE, skłóceni z całym otaczającym światem). Tylko coś mi szepcze do ucha, że to już jest i nazywa się Korea (ta z północy).

Historia pobożnego Żyda niezwykle mnie wzruszyła, zresztą wszystkie te piękne historie, przypowieści, przysłowia ku pokrzepieniu naszych serc i portfeli są tworzone, wymyślane, a jakże, wszak w prawdziwym życiu się nie zdarzają, a szkoda. Nie znam się na na tych wszystkich bankowych, finansowych manipulacjach, ale tak sobie kombinuję, że banknot prawdziwy to taki, który ma pokrycie w towarze i usługach, gdy to pokrycie traci, staje się makulaturą. Opowiastka jak i cały felieton jest raczej o drukowaniu pustego pieniądza, nie zaś o jego pożyczaniu. Czym innym deficyt z pokryciem, a czym innym w papierze. Kombinacja jest prosta, pusty pieniądz generuje inflację, ta dewaluację i zjadanie dochodów. Inflacja wysusza nasze zasoby i jeśli jesteśmy na samym dole drabinki i nie mamy na kogo przerzucić rosnących kosztów utrzymania, pozostaje nam zaciskanie pasa. Państwo zawsze jest wygrane, bo to ono siedzi na wierchuszce i topi zobowiązania względem obywatela. Gierek był „geniuszem” ekonomi, pożyczał twardą walutę, a narodowi drukował kolorowe papierki, to nie mogło się udać, ale zastrzyk finansowy był odczuwalny to fakt.

W czasach prosperity trzeba było inwestować w usługi (zdrowie, nauka) lub w infrastrukturę, a nie kupować glosy poprzez przekładanie pieniędzy z jednej kieszeni obywatela do drugiej.

@bartek05303 w poniedziałek, 27.04.2020, 14:40. "Trzeba było", czyli pandemia coś w tej materii udowodniła? Inwestować warto, ale wtedy trzeba przynajmniej na jakiś czas zostawić obywatela z pustymi obiema kieszeniami, jeśli chodzi o te konkretne pieniądze, które się przekłada, a na przykładzie USA i Francji nie bardzo widać, żeby kraje dużo inwestujące w usługi, np. naukę (?) i zdrowie lub infrastrukturę, jakoś lepiej radziły sobie z koronawirusem. Więcej powiem, gdybym był dziś na wypowiedzeniu i miał dwójkę dzieci, to bardziej doceniłbym 1000 zł miesięcznie gwarantowanego dochodu niż nowy odcinek autostrady. Patrząc wstecz, trzeba było w grudniu zamknąć granice i nakazać noszenie maseczek oraz częstą dezynfekcję rąk. Wtedy pewnie nie byłby potrzebny nawet "lockdown". Ale nauka nikomu nic takiego nie doradzała, niestety.

Francja sobie nie radzi z wirusem? No na pewno Polska z jej wspaniałą doinwestowaną służbą zdrowia lepiej by sobie poradziła, gdyby miała takie kontakty ze światem, jak Francja, i jako jedno z pierwszych państw europejskich została zaatakowana przez patogen. A Niemcy? Jeszcze mniej pasują do twojego schematu, zatem cichosza! Poczekajmy jeszcze na to, które kraje lepiej poradzą sobie z kryzysem gospodarczym (choć nie trzeba być prorokiem, aby przewidzieć, że rozregulowana i rozbita wewnętrznie, pozbawiona oszczędności Polska nie będzie europejskim prymusem). Inwestycje w nowoczesną naukę, technikę, infrastrukturę i zdrowie to inwestycje długoterminowe - czyli coś, czego po PiS-ie nastawionym na korumpowanie i zawłaszczanie tu i teraz nie należy się zbytnio spodziewać. Środowiska naukowe doradzały Europie przygotowania już przynajmniej w styczniu, ale kto ich wtedy słuchał? Poza tym nauka to nie czytanie ze szklanej kuli - wirus mógł uderzyć z wielką siłą, ale mógł też Europę tym razem ominąć (tak jak wcześniej pierwszy SARS oraz MERS).
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]