Reklama

Kamień przeznaczenia

Kamień przeznaczenia

19.03.2007
Czyta się kilka minut
"I tak oto nadszedł najczarniejszy dzień w historii Szkocji. Doszliśmy do miejsca, z którego nie ma odwrotu. Z suwerenności Szkocji, z jej honoru, godności i nazwy nic już nie pozostało" - tymi słowy diuk of Hamilton, przywódca stronnictwa antyangielskiego w Szkocji, żegnał niepodległość swego kraju. 16 stycznia 1707 r. parlament w Edynburgu uchwalił Act of Union: podstawę unii szkocko-angielskiej i powstania Wielkiej Brytanii.
fot. KNA-Bild
T

Trzysta lat później w Szkocji słyszy się zupełnie inne słowa. "Czyż jest lepszy rok, by zacząć proces odzyskiwania suwerenności, niż rok trzechsetnej rocznicy tej nierównej unii? Dlatego należy jasno i otwarcie w referendum przedłożyć tę sprawę narodowi. Zbyt długo z tym zwlekaliśmy. Nadszedł czas, byśmy znowu stali się niepodległym krajem".

Tak w rocznicę unii, w styczniu 2007 r., mówił Sean Connery, najsłynniejszy z żyjących Szkotów. Znakomity aktor nigdy nie robił tajemnicy ze swych poglądów; wspiera nacjonalistyczną Szkocką Partię Narodową czynem i słowem, a podobno też pieniędzmi (jaką sumą, żadna ze stron nie chce zdradzić). Nic dziwnego, że w siedzibie SNP jego portret zajmuje eksponowane miejsce.

Przeciwnicy niepodległości nie słuchają tych apeli w milczeniu. Głośno wzywają do utrzymania unii. Porywanie się na niepodległość to, ich zdaniem, istne szaleństwo, zaprzepaszczenie wszystkiego, co Anglia i Szkocja przez trzy wieki osiągnęły. Ale widać, że od kilku lat głos unionistów słabnie. W dyskusjach publicznych, gazetach, na forach internetowych - wszędzie dominuje wołanie o niepodległość. To już nie jest pytanie "czy", ale "kiedy" - dowodzą Szkoci, pełni wiary, że tak wielka fala uczuć narodowych nie może ot tak po prostu się rozpłynąć.

Zresztą obchody trzechsetnej rocznicy unii, jak na wagę wydarzenia fundamentalnego dla historii Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej, są nad wyraz skromne. Parę wystaw, okolicznościowa moneta dwufuntowa, trochę konferencji. Równie mizernie w Edynburgu i w Londynie. Jeśli coś warto odnotować, to właśnie nasilenie się dyskusji o przyszłości. "The Scotsman", szkocki dziennik numer jeden, zorganizował serię spotkań w miastach i miasteczkach Szkocji, uzupełnioną żywą wymianą opinii w internecie.

Wyniki badań opinii publicznej różnią się w szczegółach, ale wyraźnie wykazują, że coraz więcej Szkotów dostrzega sens posiadania własnego państwa. I, co więcej, także możliwość. Większość z utęsknieniem czeka na ten wielki dzień, gdy Szkoci - idąc w ślady Amerykanów, Kanadyjczyków, Irlandczyków - każą Anglikom wreszcie wynosić się do domu.

Wyzyskiwani przez Londyn

"To trudne małżeństwo zbliża się do końca. Rozwód będzie bolesny, ale dla naszego narodu tak będzie lepiej. Przestaniemy być obywatelami drugiej kategorii. Zapytajcie każdego, kto ma za sobą rozwód, a powie wam, jak cudowne jest uczucie wyzwolenia od partnera, który nieustannie wam mówi: nie dasz sobie rady, nie jesteś tak zdolny, byś mógł sam prowadzić swoje sprawy, bez mojego wsparcia nie masz żadnej przyszłości, jesteś głupi i słaby" - ten cytat pochodzi z dyskusji internetowej dziennika "The Scotsman".

Arthur Conan-Doyle i Robert Louis Stevenson, David Hume i Adam Smith, Alexander Graham Bell i James Watt, Robert Maxwell i Alexander Fleming, David Livingstone i Andrew Carnegie - to tylko mała część długiej listy wielkich Szkotów, o których świat wcale nie wie, że byli Szkotami. Świat uważa ich za Anglików i niewiele jest rzeczy, które Szkotów bolałyby równie mocno. Bo jak to może być, by dziedzictwo szkockie traktować jako angielskie?

Szkoci są dumni, że ich mały, zaledwie pięciomilionowy naród (dziesięć razy mniejszy od angielskiego) wydał tylu luminarzy literatury i nauki i wniósł tak ogromny wkład do wspólnego państwa. Z drugiej strony nie podoba im się, by Anglików stroić w szkockie szatki. Bo to pogłębia dojmujące poczucie, że w małżeństwie z rozsądku, jakim była unia z Anglią, Szkocja jest stroną słabszą - biedniejszą i niedocenianą. Gdyby było inaczej, czy słowa "brytyjski" używano by zamiennie ze słowem "angielski"? Byłem w Anglii, mawiają ludzie, choć wracają ze Szkocji. I chociaż do pochodzenia szkockiego przyznaje się co najmniej 40 mln ludzi - o czym świadczy powszechność szkockich nazwisk (MacDonald, Grant, Stewart, Graham, Campbell, sama śmietanka szkockich rodów) - to świat uparcie trwa w błędzie.

Stosunek Szkotów do Anglików to osobliwa mieszanka dumy i poczucia wyższości z urazami i kompleksami, a przede wszystkim niechęcią. Cóż z tego, mówią Szkoci, że jesteśmy bardziej twórczy, że nawet Bank Anglii założył Szkot, że bez naszego wkładu imperium brytyjskie nie mogłoby istnieć (Szkoci zawsze stanowili trzon armii imperialnej). Jedyne, co otrzymaliśmy w zamian, to wyzysk i eksploatacja. To w Szkocji u progu rewolucji przemysłowej "owce pożerały ludzi". Szkockie pola zamieniano w pastwiska; to w Szkocji w ramach reformowania gospodarki masowo zamykano kopalnie i stocznie; to w Szkocji rząd Margaret Thatcher wypróbował znienawidzony podatek poll-tax (pogłówne), zanim zaryzykował wprowadzenie go w Anglii. Zresztą z równie fatalnym skutkiem. A gdy w latach 70. XX w. zaczęto wydobywać ropę naftową i gaz na Morzu Północnym, też nic się nie zmieniło. Bo choć 90 proc. złóż leży na wysokości Szkocji, dochody naftowe i tak płynęły do Londynu.

Będąc w Szkocji, nie sposób uniknąć opowieści o tym, jak Szkoci, zwłaszcza po paru piwach, potrafią traktować kogoś, w kim rozpoznają Anglika. Są to historie mocno brutalne i choć trudno dociec, ile jest w nich prawdy, a ile przechwałek, faktem jest, że Anglicy sami zalecają sobie ostrożność.

I przyznają, że gdy są w pojedynkę, wolą raczej milczeć, niż angielskim akcentem nieostrożnie zdradzić, skąd pochodzą.

Szkoci są też oburzeni, gdy za burdy podczas meczów piłkarskich prasa światowa wini kibiców brytyjskich. Jak to brytyjskich, skoro szkoccy kibice nie mają z tym nic wspólnego? Ci chuligani to Anglicy! Sami Szkoci, rzecz jasna, zawsze kibicują przeciwnikom drużyny angielskiej. Niezależnie, z kim Anglia gra.

Barwy przeszłości

Z dyskusji na forum "The Scotsman": "Sprawą kluczową jest jednolitość narodu szkockiego, czyli pytanie, jak silna jest nasza tożsamość i czy kiedykolwiek osłabnie. Fakty historyczne dowodzą, że nie. Nigdy nie spotkałem Szkota, który nie byłby dumny z tego, że jest Szkotem. A posiadanie szkockich przodków na całym świecie jest źródłem dumy dla ludzi, których, tak jak mnie, dzieli od Szkocji kilka pokoleń".

W lutym 1692 r. Szkocją wstrząsnęły wydarzenia, które przeszły do historii pod nazwą "masakry z Glencoe". Klan MacDonaldów, panowie na Glencoe, przyjął pod swój dach oddział wojska pod wodzą ludzi z klanu Campbellów. Ci odwdzięczyli się za gościnę zdradzieckim wymordowaniem gospodarzy. Zginęło kilkadziesiąt osób. Mord miał tło polityczne: dokonano go na ciche polecenie nowego króla Wilhelma Orańskiego i jego szkockich popleczników. Ale widmo zemsty wisiało nad Campbellami przez całe trzy stulecia! Żaden z nich nie ważył się podobno postawić nogi w Glencoe.

Nienawiść tak zawzięta szokowałaby wszędzie, ale nie w Szkocji. Bo w Szkocji przeszłość żyje. Żaden inny naród Europy nie czuje tak mocno smaku czasów minionych. Nie ma też chyba kraju, w którym historia tak silnie byłaby obecna na co dzień. W każdej szkockiej księgarni jest dział poświęcony Szkocji i jej dziejom, a nie jest to bynajmniej parę półek gdzieś w kącie. Zainteresowanie budzi wszystko, od dziejów Celtów przez wojny klanów, po sylwetki władców i całą plejadę szkockich bohaterów. Jednym z najważniejszych jest Bonnie Prince Charlie - książę Karol Edward Stuart, prawnuk Sobieskiego, ostatni, który już po zawarciu unii z 1707 r. poderwał Szkotów do walki z Anglią. Walkę tę przegrał.

Bezsporną zasługą księcia jest za to wprowadzenie ostatecznej, do dziś noszonej formy kiltu. Kilt to o wiele więcej niż męska spódnica, jak opisuje się go poza Szkocją. To cały przepisowy strój, wytworny i bardzo zresztą kosztowny. W dawnych czasach kilt był strojem codziennym, drapowanym z wielkiej, co najmniej sześciometrowej płachty materiału - według dwóch dżentelmenów, którzy na zamku w Edynburgu prezentują, jak to robiono, w tym pierwotnym wydaniu. Kilt miał same zalety: był wygodny, ciepły, wielofunkcyjny, bo w nocy służył jako przykrycie, łatwo go było zakasać, co okazywało się nieocenione, gdy trzeba było przejść przez rzekę czy ratować się ucieczką. Materiał zawsze układano tak, by powstała mała kieszonka na manierkę z whisky, w chłodnym północnym klimacie absolutnie niezbędną.

Ale kilt - to nie wszystko. W internecie roi się od stron poświęconych szkockiemu dziedzictwu. Zamki, klany, język, szkockie imiona (prym wiodą Malcolm i Donald), rodzaje tartanu (materiału w kratę, której wzór i kolor to znak rozpoznawczy klanów), whisky i jej produkcja, gra na dudach i muzyka.

Szkoci pamiętają, że nie są jednym z tych nieszczęsnych narodów, które nigdy nie zaznały smaku państwowości. Przeciwnie, od wczesnego średniowiecza mieli własne królestwo. Z Anglikami walczyli jak równy z równym. Utrzymywali stosunki dyplomatyczne z zagranicą, przede wszystkim z Francją, naturalnym sojusznikiem przeciwko Anglii ("Niech żyje sojusz szkocko--francuski, najstarszy sojusz w Europie!" - oświadczył gen. de Gaulle, gdy w czasie II wojny światowej odwiedził Edynburg, drażniąc tym zresztą Anglików).

Historia Szkocji była ponura i krwawa, pełna wojen, zdrady i przekupstwa. Zwalczające się klany godził tylko wspólny wróg z południa (jedyne, co Szkoci zapisują Anglikom na plus). Tylko że ten wróg częściej wykorzystywał szkockie konflikty do własnych celów.

Anglicy oczywiście przeinaczają szkockie dzieje bezlitośnie. A świat im wierzy, tak jak uwierzył Szekspirowi, że Makbet był żądnym władzy, okrutnym uzurpatorem. Szkoci nie przypisują Szekspirowi niecnych intencji, ale woleliby, aby mimo wszystko wiedziano, że Makbet był władcą mądrym i sprawiedliwym.

Ropa należy do Szkocji

Z dyskusji na forum "The Scotsman": "Kiedy zaniosłem szkockie funty do banku w Montrealu, usłyszałem, że nie są warte tyle co angielskie. »Są równie dobre« - zaprotestowałem. Urzędniczka poszła do szefa, a kiedy wróciła, powiedziała, że wymienią pieniądze po takim samym kursie. Szkot odniósł małe zwycięstwo!".

Jak zatem było możliwe, że dwa wrogie narody zawarły unię realną, która była zresztą konsekwencją łączącej je od 1603 r.­ "unii koron", czyli unii personalnej? Zdaniem historyków o wszystkim zadecydowały wymierne korzyści. Dla Anglii przede wszystkim polityczne: zyskała spokój na granicy północnej i wolną rękę na kontynencie, szczególnie do rozgrywek z Francją. Dla Szkocji gospodarcze, zwłaszcza włączenie się do zaawansowanej już wówczas angielskiej ekspansji kolonialnej. Własne próby Szkocji w tej mierze skończyły się totalną porażką, a wielu Szkotów wpędziły w wielkie długi. Nie brakowało podejrzeń, że Anglicy przekupili część szkockich posłów - "garstkę łajdaków", jak ich określił Robert Burns, najbardziej szkocki ze szkockich poetów - skłaniając ich, by głosowali za zawarciem unii.

Do pewnego stopnia niechęć Szkotów do wspólnego państwa łagodził fakt, że Szkocja zdołała zachować sporą odrębność. To skutek okoliczności, w jakich doszło do zawiązania unii: Szkocja, w przeciwieństwie do Walii i Irlandii, nie została przez Anglię podbita. Nie było więc powodu ani pretekstu, by likwidować szkockie instytucje. Nie przestał istnieć Bank of Scotland, który zresztą na emitowanych banknotach umieszcza podobizny wielkich Szkotów, zamiast wizerunku brytyjskiego monarchy. Odrębność zachował Kościół Szkocji i system szkolnictwa. Także system prawny, który tak bardzo różni się od angielskiego, że prawnicy wykształceni w Anglii nie mają prawa praktykować w Szkocji (i vice versa). Szkockie prawo cywilne opiera się bowiem na prawie rzymskim, podczas gdy angielskie - na precedensie.

Przez ponad dwieście lat szkocki nacjonalizm pozostawał w stanie utajonym. Szkoci trochę wyrzekali, że we wspólnym państwie grają drugie skrzypce, ale uczucia narodowe znajdowały upust raczej na polu literac­kim - dzięki takim piewcom Szkocji, jak Walter Scott i wspomniany Robert Burns. Dopiero w latach 70. XX w. nieoczekiwanie nastąpiło przebudzenie. Nie bez udziału poczucia, że chociaż odkrycie złóż ropy naftowej u wybrzeży Szkocji otworzyło nowe szanse i perspektywy, Szkoci nie mogą ich w pełni wykorzystać. Nie mogą, bo blokuje to Londyn, przejmując dochody naftowe. Ówczesne hasło "It's Scotland's oil" (Ropa należy do Szkocji) tylko pozornie było hasłem ekonomicznym. Torowało drogę coraz bardziej czytelnym ideom odzyskania suwerenności.

Władze brytyjskie trafnie wówczas wyczuły, że nadszedł czas na minimalne choćby spełnienie aspiracji Szkotów. Tak narodziła się idea dewolucji: przyznania Szkocji autonomii. Ale, o dziwo, okazało się, że było na to za wcześnie. W referendum z 1979 r. Szkoci wypowiedzieli się wprawdzie za autonomią, ale przy frekwencji tak niskiej, że rezultatów nie można było uznać za ważne. Ale w drugim referendum, w 1997 r., było już inaczej: autonomii chciało 74 proc. Szkotów. W dwa lata później Szkocja miała już parlament, pierwszy od prawie 300 lat.

Przed ostatnim krokiem

Z dyskusji na forum "The Scotsman": "Kwestia niepodległości jątrzy się od 300 lat. Zróbmy coś wreszcie! Mam nadzieję, że zanim przejdę na emeryturę, zobaczę, jak na budynku w Strasburgu powiewa szkocka flaga [autor pracuje w UE w Strasburgu - red.]. Przyszłość Szkocji jest w Europie".

Rząd w Londynie przeliczył się, sądząc, że dewolucja rozładuje buntownicze nastawienie Szkotów. Przeciwnie, pomyślność gospodarcza (zwłaszcza szybki rozwój gałęzi high-tech i banków - Edynburg i Glasgow to dziś największe po Londynie i Frankfurcie centra bankowe w Europie) utwierdziła Szkotów w mniemaniu, że na podtrzymywaniu unii z Anglią więcej tracą, niż zyskują. Nacjonaliści nie przepuszczają żadnej okazji, by przypomnieć, jak doskonale dają sobie radę małe kraje: Irlandia, Dania, Islandia, Norwegia. Jak zwykle, liczą też na wsparcie z kontynentu, tyle że teraz nadzieje pokładają nie we Francji, jak dawniej, a w Unii Europejskiej (co skądinąd może się okazać zawodne, bo suwerenna Szkocja wcale nie miałaby automatycznie prawa do własnego miejsca w Unii).

Ale czy Szkoci rzeczywiście mogą zdobyć się na secesję? Mimo gromkich deklaracji, że niepodległa Szkocja jest tuż-tuż, trudno w tej chwili o tym przesądzić. Na Szkotów, co unioniści zresztą nieustannie przypominają, spadłaby bowiem odpowiedzialność za nieuchronny rozpad Zjednoczonego Królestwa. W ślady Szkotów chcieliby pójść Walijczycy, zyskałby na sile ruch narodowy w Kornwalii, na razie jeszcze słaby. A Irlandia Północna, gdzie pokój jest tak kruchy? Nietrudno sobie wyobrazić, jak potężny argument za połączeniem z Irlandią zyskaliby północnoirlandzcy katolicy.

Dlatego wielu obserwatorów sądzi, że choć Szkoci lubią buńczucznie podkreślać swą odrębność i znajdują przyjemność w drażnieniu Londynu, mają dość zdrowego rozsądku, by wstrzymać się ze zrobieniem ostatecznego kroku. Niemniej owe deklaracje nie pozostają bez następstw. Bo oto okazuje się, że i Anglicy już całkiem poważnie biorą w rachubę ewentualność rozpadu państwa. I coraz więcej z nich uważa, że wcale nie byłoby to takie złe.

Pani Filipowa Mountbatten

Jeśli majowe wybory do parlamentu w Edynburgu wygra Szkocka Partia Narodowa, Szkotów czeka kolejne referendum. Będą musieli powiedzieć, czy chcą niepodległej Szkocji. To kardynalny punkt programu SNP. Ale niezależnie od tego Szkoci i tak już od dłuższego czasu intensywnie dyskutują, jakie powinny być oficjalne symbole ich państwa, tak jakby chcieli mieć wszystko zawczasu przygotowane i dopięte na ostatni guzik. Na przykład mają już hymn. W plebiscycie, jaki przeprowadzono w ubiegłym roku, wybrali "Kwiat Szkocji" ("The Flower of Scotland"). Pieśń nie jest stara, powstała niespełna pół wieku temu, ale opisuje wydarzenia ze średniowiecza i jest bardzo antyangielska. Dlatego Anglicy nigdy jej nie śpiewają. Z flagą państwową sprawa jest prosta: krzyż św. Andrzeja (patrona Szkocji), biały na niebieskim tle, jeden z trzech krzyży flagi brytyjskiej. A 30 listopada, dzień św. Andrzeja, jako święto państwowe.

Otwarta pozostaje kwestia, czy wolna Szkocja powinna być monarchią. Większość Szkotów uważa, że tak. Oczywiście nie ma mowy o unii personalnej z Anglią, czyli o pozostawieniu na tronie pani Filipowej Mountbatten, księżnej Edynburga - jak nacjonaliści nazywają Elżbietę II. Ale ktoś z członków rodziny Windsorów - jak najbardziej. Jeszcze parę lat temu mówiono o zaoferowaniu tronu księżniczce Annie. Teraz pada imię księcia Harry'ego, wnuka królowej. Jak by to było pięknie, gdyby podzieloną Wielką Brytanią rządzili dwaj bracia: William w Anglii i Harry w Szkocji...

Ale wszelkie plany pozostałyby tylko rojeniami, gdyby Kamień Przeznaczenia, największy skarb Szkocji, nadal znajdował się w Londynie. Na tym Kamieniu szkoccy królowie stali podczas koronacji. Później wywieziono go do Opactwa Westminsterskiego i gdy koronowano królów brytyjskich, Kamień zawsze spoczywał pod tronem.

Dziesięć lat temu wrócił do Szkocji i został umieszczony na zamku w Edynburgu.

A skoro Kamień jest w kraju, naprawdę wszystko może się zdarzyć.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarka, współpracowniczka działu „Świat”.

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]