Już nie „niejadek”, lecz ARFID. Spodziewam się, że ten skrót zrobi karierę na miarę ADHD

Badania genetycznego podłoża lubienia określonych smaków mają ogromny potencjał biznesowy.
Czyta się kilka minut
Fot. Adobe Stock
Fot. Adobe Stock

Czterdzieści jeden dni zostało do wyborów w Ameryce – ale w niektórych stanach już można oddawać głosy korespondencyjnie, więc cokolwiek teraz się dzieje, może wpłynąć już nie na nieuchwytne nastroje, ale na realne krzyżyki. Rozmowa o tym, czy naprawdę jakiś haitańscy imigranci zjedli koty w miasteczku w Ohio przechodzi więc, choć naprawdę ciężko w to uwierzyć, w domenę poważnej komunikacji politycznej.

Jak świat światem, ludzie sobie odczłowieczają obcego i łagodzą swoje strachy przed nim, powielając m.in. straszne opowieści o tym, co ów jada. Ale w tym mechanizmie podkręcania wstrętu dziwi mnie wybór mało pożywnej ofiary. Nie pierwszy zresztą raz – pamiętacie miejskie legendy o wietnamskich budkach skupujących koty po dwadzieścia złotych? Pomacajcie swojego sierściucha: chude toto, tylko trochę napiętych pięknie mięśni, no, chyba że akurat spasiony, boście ulegli żebrom i presji, żeby miska była stale pełna. Wiem, czasem trudno się oprzeć, mam w domu dwójkę komediantów kwilących żałośnie jak dickensowskie sieroty, ale pamiętajcie: szanujący się drapieżnik, nawet w stanie udomowienia, musi chodzić lekko głodny. Tak ma zaprogramowane, inaczej traci rację bytu jako sprzątacz ekosystemów. Co prawda tym ekosystemem jest nasz portfel i spiżarnia, ale gen jest genem.

Na zdrowy rozum jest oczywiste, że zwłaszcza w warunkach tzw. pierwszego świata, który marnuje prawie tyle samo, ile zjada, stereotypowa grupa groźnych przybyszów ma sto lepszych sposobów, żeby się najeść – choćby okraść spożywczak. Gdzie się lęgnie w głowach gotowość do przyjęcia takich bredni? I to w głowach zdolnych do wypełniania ról społecznych wymagających jako takiej przytomności i rozpoznawania faktów. Nie wierzę, że to tylko złożony efekt wpływu środowiska i miejsca na drabinie społecznej, deficytu godności, emocji nagromadzonych przez pokolenia i podkręcanych manipulacją mediów. Coraz dokładniej i głębiej umiemy rozpoznawać i precyzyjnie definiować genetyczne tło cech i zachowań, tylko na razie zainteresowanie badaczy i sponsorów skupia się na innych obszarach.

Czytam ostatnio w poważnych czasopismach psychologicznych, że niechęć dzieci do jedzenia nowych dla nich rzeczy, zwana dawniej w rodzicielskim języku grymaśnością, ma w 75 procentach właśnie podłoże genetyczne. Dziennikarze omawiający te wyniki spieszą utwierdzać rodziców w przekonaniu, że od dziś nie muszą czuć się winni. Cóż, nie pamiętam, bym miał poczucie winy – a karmiłem dwa wyjątkowo oporne osobniki. Tościk z serem, pomidorowa z ryżem, żadnych warzyw, jabłuszko z łaski, ale tylko ćwierć, za to wafelka owszem, chętnie. Bywałem raczej wściekły, ilekroć marnowały się dobre rzeczy na obiad, w które wkładałem sporo serca i pracy. I nie wątpiłem, zazdrośnie patrząc na wszystkojedzące dzieci przyjaciół, że to ich jakaś natura, czyli dziś powiedzielibyśmy – geny.

A skoro już troszkę więcej wiadomo o biologicznym podłożu zjawiska, to trzeba do tego stworzyć i nazwać odpowiednią jednostkę w katalogu medycznym – czyli chorobę. Już nie „niejadek” czy „grymaśna”: stygmatyzujące, protekcjonalne łatki zastąpi ARFID (skrót od angielskiego „zaburzenia polegającego na unikaniu czy ograniczaniu jedzenia”). Spodziewam się, że w najbliższych latach zrobi karierę na miarę ADHD, które kiedyś może było za rzadko rozpoznawane i leczone, ale dziś diagnozuje je u siebie połowa lub więcej ludzi – chyba że akurat przypadkiem mam wokół siebie samych takich znajomych.

Badania genetycznego podłoża lubienia określonych smaków nie ograniczają się do niejadków, mają ogromny potencjał biznesowy – to droga do kolejnych leków pozwalających się odchudzać bez wysiłku. Niestety, zaburzenia polegającego na unikaniu prawdy nikomu chyba nie opłaca się zgłębiać.

Zielone pomidory z anchois

Coraz łatwiej dostać zielone pomidory. Odkąd szerzy się świadomość, że są ciekawym surowcem, plantatorzy zaczęli przywozić je na targ. Oczywiście się je smaży w lekkiej panierce z kaszki kukurydzianej, któż nie widział tego wspaniałego filmu. Ale też znakomicie dają się grillować, tylko posolone i naoliwione. Można też z nich zrobić trochę bardziej seksowną przekąskę. 

  • 4 duże zielone pomidory
  • 1 duża cebula
  • 3 fileciki anchois
  • kaszka kukurydziana lub bułka tarta

Pomidory kroimy na plastry ok. 1/2 cm grubości, obtaczamy w kaszce albo bułce, smażymy na oliwie na średnim ogniu po 3-4 minuty, aż się ozłocą. Równolegle cieniutko pokrojoną cebulę dusimy na oliwie na wolnym ogniu, aż bardzo zmięknie, dodajemy anchois, rozgniatamy drewnianą łyżką, mieszamy, czekamy, aż się rozpłyną. Przekładamy niewielką ilość na gotowe już pomidory, które można w razie czego ponownie krótko podgrzać. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 39/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Grymaśność