Jezuita patrzy na getto

„Proszę nas ukryć!” – ksiądz Jan Wojciechowski na zawsze zapamięta twarze żydowskich dzieci z sierocińca w Otwocku. Nie mógł im pomóc – ale pomógł innym. Dziś jest zapomniany.

05.07.2015

Czyta się kilka minut

O. Jan Wojciechowski w mundurze kapelana Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, zdjęcie z lat 1945-47. / Fot. Archiwum IPN
O. Jan Wojciechowski w mundurze kapelana Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, zdjęcie z lat 1945-47. / Fot. Archiwum IPN

Ostatni akt dramatu Żydów z Otwocka rozegrał się 19 sierpnia 1942 r. Tego dnia Niemcy zaczęli akcję „ostatecznego rozwiązania” tutejszego getta – po Warszawie największej zamkniętej „dzielnicy żydowskiej” w Dystrykcie Warszawskim Generalnego Gubernatorstwa (jak okupant nazwał centralną Polskę). W przedwojennym uzdrowisku funkcjonowało ono od 1940 r. Znalazło się w nim kilkanaście tysięcy Żydów. Zanim nastał sierpień 1942 r., kilka tysięcy z nich zmarło z głodu i chorób.
„Policja niemiecka, żołnierze łotewscy i ukraińscy w służbie niemieckiej tyralierą otaczali getto – tak ów 19 sierpnia będzie wspominać później jezuita Jan Wojciechowski: świadek wydarzenia i człowiek, który wcześniej pomagał ludziom za murem. – Widzę żołnierzy niemieckich, a nawet oficerów z zakasanymi po łokcie rękawami – w jednej ręce pistolet, w drugiej bat. Wpadają oni do domów i wypędzają ludzi na ulice – chorych, starych, dzieci małe przeważnie strzelają na miejscu. W wielu wypadkach niemowlęta wyrzucano przez okno lub brano za nogi i rozbijano głowę o mur”.

Panie proboszczu, ratuj!

Część Żydów miała trafić do obozu zagłady w Treblince. Ale część zginęła na miejscu. Wojciechowski wspominał potem: „Strzelanina powstała tak wielka, iż zacząłem przypuszczać, że Żydzi próbują bronić się. Tymczasem było to co innego. Żołnierze poukrywali się za drzewami i strzelali do ludzi, biorąc na cel nie najbliższych, ale dalszych. Krzyk, popłoch, chęć ukrycia się, przestrach doprowadzały ludzi do szaleństwa”.
Ksiądz próbuje ratować grupę ośmiorga dzieci z sierocińca. Napisze później: „»Panie proboszczu« – wołały do mnie z płaczem – »Proszę nas ukryć. W naszym sierocińcu zabili wszystkie dzieci – oni tak strzelali i rzucali bomby – niech pan nas ukryje«”.
Wojciechowski ukrywa dzieci w szopie. Wieczorem chce zapewnić im schronienie u zaufanych chłopów. Ale dzieci nie wytrzymują napięcia, uciekają z kryjówki. „Wybiegły na teren sąsiedniej parceli. Zauważył je niemiec [taka pisownia była przyjęta przez kilka lat po wojnie – red.] stojący na posterunku. Krzyknął »Halt« i gdy dzieci zaczęły panicznie uciekać, wystrzelał wszystkie z automatu na moich oczach. Prawie dwa dni leżały trupy dzieci w łachmanach, zanim je sprzątnięto”.
Obrazy przerażonych dziecięcych twarzy, a potem małych trupów na zawsze zapadną w pamięć księdza Wojciechowskiego.
Ilu Żydów uratował, tego dokładnie nie wiemy.
On sam przyznał – w swej relacji, spisanej w 1947 r. już na Zachodzie, w której opowiedział też o zagładzie otwockiego getta – że ukrył dwóch synów niejakiego Górewicza, członka Judenratu (żydowskiego samorządu), i że razem z Górewiczem obmyślał sposoby przechowania innych dzieci. Przyznał, że rodził się tu znany dylemat: „Z tym było o tyle trudno, że większość Żydów posiada metrykę pochodzenia swego wyrytą na twarzy, a za ukrywanie Żyda groziło wystrzelanie całej rodziny lub domu zakonnego. Trzeba więc było wybierać takie dzieci, które mniej zdradzały żydowskie pochodzenie”.
Ale zacznijmy tę historię od początku.

Gdzie zakon rzuci

Buntować się – wtedy przeciw carowi – przyszły jezuita zaczął jeszcze w szkole powszechnej. Urodzony w 1903 r. we wsi Całowanie (powiat otwocki w zaborze rosyjskim), sześć lat później zaczyna naukę. Odnotowano, że w szkole był niepokorny i sprzeciwiał się indoktrynacji.
Powołanie do zakonu rodzi się w nim zapewne w okresie gimnazjalnym (do gimnazjum chodzi w Warszawie), bo już jesienią 1922 r., jako 19-latek, przystępuje do introdukcji: uroczystego wprowadzenia do jezuickiej wspólnoty nowicjatu w Starej Wsi. W dzienniku notuje: „Nigdy nie byłem tak szczęśliwy, jak w tym dniu (...). Z wielkim zapałem i radością przyjęto nas do grona swego. Upojony tak byłem wrażeniami, iż wydawało mi się, że to we śnie robię. (...) Jedne słowa zawsze miałem na ustach, tj. dziękowanie Bogu za otrzymane dobrodziejstwa”.
Przechodzi typową jezuicką edukację: decyzje przełożonych rzucają nim po Polsce. W latach 1922-24 kontynuuje nowicjat w Kaliszu, pierwsze śluby zakonne składa w 1924 r. w Starej Wsi, uczy się w kolegium jezuickim w Pińsku (tu zdaje maturę). W Krakowie studiuje filozofię – i tu w 1931 r. otrzymuje tzw. niższe święcenia kapłańskie. Pracuje w jezuickich szkołach w Chyrowie i Wilnie, studiuje w jezuickim Zakładzie Teologicznym „Bobolanum” w Lublinie. Tutaj w 1935 r. otrzymuje święcenia kapłańskie. Wraca do Wilna, gdzie pracuje jako wychowawca w jezuickim gimnazjum i kieruje organizacją młodzieżową Sodalicja Mariańska.

Człowiek w zadaniach

Gdy pojawia się groźba wojny, o. Jan Wojciechowski zgłasza się na ochotnika do wojska – na kapelana. Zostaje przydzielony do Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Polesie”: tego zgrupowania Wojska Polskiego, które najdłużej przetrwa jako zwarta jednostka, walcząc z Wehrmachtem i Armią Czerwoną. Wraz z SGO „Polesie” Wojciechowski przechodzi całą kampanię 1939 r., zakończoną 6 października kapitulacją pod Kockiem. Choć trafia do niemieckiej niewoli, ucieka jeszcze z transportu do obozu jenieckiego i przedostaje się do Warszawy.
Mówi się, że ludzie dorastają w zadaniach. Przełożeni zakonni szybko zauważają, że Wojciechowski – który w latach 1940-41 r. jest proboszczem w Krakowie – ma zdolności organizacyjne, tak potrzebne w warunkach okupacji. Ksiądz rozwija więc działalność charytatywną, organizuje pomoc dla sierocińców i klasztorów. Chroni przed aresztowaniem i więzieniem Polaków oraz Żydów. I jest związany z konspiracyjnym chadeckim ugrupowaniem „Unia”, które w marcu 1942 r. łączy się z podziemnym Stronnictwem Pracy.
Jako odpowiedzialny za pracę charytatywną, podobno spotkał się z gubernatorem Dystryktu Warszawskiego Ludwikiem Fischerem; miał mu oznajmić, że utrzymanie sierot to obowiązek władz okupacyjnych.
W 1941 r. wysiedleni ze swych domów zakonnych jezuici znajdują schronienie w Otwocku. W tej grupie jest Wojciechowski; przez kolejne dwa lata pełni tu posługę. W jego notatkach odbijają się realia okupacji. 27 lutego 1941 r. notuje: „Przewidział Chrystus, że jedni będą się go trzymać, ale inni zapomną o Bogu, przykazaniach, miłości – zachłysną się swoją wielkością – bogiem wyzysk, materializm, egoizm”.
W lutym 1942 r. w Otwocku składa ostatnie śluby zakonne.
Kilka miesięcy później będzie tu świadkiem zagłady getta.

Kapelan „Korab”

Kolejne dwa lata, 1943-44, Wojciechowski spędza w Warszawie. Do nielicznych zachowanych źródeł z tego okresu należą życzenia: „Swemu kapelanowi w dniu imienin z życzeniami szczęścia i wyrazami szacunku »8«, Warszawa, 24.6.[19]44”. Nie wiemy dokładnie, kto je złożył. Czy pod enigmatyczną „8” kryje się tzw. Ósemka, czyli krąg dziewcząt (ich ojcem duchowym był ks. Stefan Wyszyński, późniejszy prymas), który przekształci się potem w Instytut Świecki Pomocnic Maryi Jasnogórskiej, Matki Kościoła (dziś Instytut Prymasa Wyszyńskiego)? Jeśli tak było, należałoby go łączyć również z tym środowiskiem.
Warszawa jest stolicą konspiracyjnej Polski. W styczniu 1944 r. Wojciechowski zostaje kapelanem oddziałów Armii Krajowej w Śródmieściu (ma pseudonim „Korab” i stopień podpułkownika). Pełni obowiązki wicedziekana podziemnego duszpasterstwa wojskowego na Okręg Warszawski AK. Podczas Powstania Warszawskiego zostaje dziekanem (tj. naczelnym kapelanem) Komendy I Obwodu „Radwan” (Śródmieście) Warszawskiego Okręgu AK. W Śródmieściu i na Powiślu udziela posługi tam, gdzie trwają ciężkie walki, w oddziałach „Gustaw” i „Krybar”.
Po kapitulacji wraz z powstańcami idzie do niewoli. Trafia do oflagu koło Gross-Born (dziś Borne Sulinowo) na Pomorzu. W obliczu sowieckiej ofensywy razem z kilkoma tysiącami więźniów idzie w kilkuset­kilometrowym marszu śmierci, aż do obozu Sandbostel w Dolnej Saksonii. Dociera tam w Wielki Piątek, 30 marca 1945 r.
Miesiąc później obóz wyzwalają Brytyjczycy. Wojciechowski zabiera stamtąd element ołtarza obozowej kaplicy: kopię obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. W 1947 r. wyśle ją do Warszawy. Dziś ikona znajduje się w kościele jezuitów przy ul. Rakowieckiej.

Na emigracji

Do Polski nie wraca – choć wiosną 1946 r. odbywa krótką podróż do Warszawy, gdzie spotyka się z prowincjałem jezuitów. Szczegółów tej misji nie znamy, ale wiemy, że Wojciechowski wykazał się sporą fantazją: podróżował w mundurze oficera Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie.
Być może decyzja o emigracji wynikała nie tylko z przekonania, że komuniści nie odpuszczą kapelanowi AK (odznaczonemu Virtuti Militari i kilka razy Krzyżem Walecznych), ale też z bieżących potrzeb. W latach 1946-49 Wojciechowski jest szefem Duszpasterstwa Polskiego w brytyjskiej strefie okupacyjnej w Niemczech. W 1947 r. pisze do Polski, do prowincjała jezuitów o. Edmunda Eltera: „Pracy mamy ciągle b[ardzo] dużo. Na ok. 100 tys. katolików Dusz[pasterstwa] Pol[skiego] w 158 obozach [dla tzw. dipisów – red.] jest dotąd 79 księży, lecz z tych ok. 15-tu księży zajętych jest w innych dziedzinach lub też nie nadaje się do pracy. (...) Warunki pracy są coraz bardziej trudne, lecz nie można ludności zostawić bez księży”.
Ksiądz organizuje więc sieć duszpasterstwa, pomaga duchowo i materialnie przebywającym w Niemczech Polakom, którzy znaleźli się w stanie swoistego zawieszenia: żołnierzom, byłym jeńcom, więźniom i robotnikom przymusowym. Zabiega o zapewnienie im transportu do krajów osiedlenia na Zachodzie. W 1948 r. zakłada w brytyjskiej strefie „Caritas”, zostaje też reprezentantem amerykańskiej organizacji charytatywnej National Catholic Welfare Conference. „Kosztowało mnie bardzo dużo wysiłku, aby całość zorganizować i puścić w ruch. (...) Przez duszpasterstwo i organizacje katolickie mogliśmy stworzyć mocny front katolicki i przez to podciągnąć poziom moralny ludności” – pisze w 1948 r. do prowincjała.
W 1949 r. Wojciechowski emigruje do USA. Zostaje przydzielony do domu misyjnego, prowadzonego w Chicago przez polskich jezuitów. Przez 11 lat głosi nauki w różnych ośrodkach polonijnych w USA. Zostaje też redaktorem jezuickiego miesięcznika „Posłaniec Serca Jezusa”.
W pierwszych latach pobytu w Stanach Zjednoczonych nadal pomaga Polakom z Niemiec, zabiega o umożliwienie im przyjazdu do USA. Wspiera polskich bezdomnych czy inwalidów wojennych. W 1950 r. inicjuje powstanie i zostaje pierwszym prezesem organizacji „Nowa Polonia”, która skupia emigrantów. W Chicago współorganizuje polskie harcerstwo i zostaje jego kapelanem.
Tam też umiera w 1961 r.

Nie w naszym stylu

Nazwisko ojca Jana Wojciechowskiego nie figuruje na liście wyróżnionych medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.
Także zakon jezuitów uznał, że nie należy wyróżniać jego zasług. W 1962 r. prowincjał jezuitów nie wyraził zgody na wmurowanie poświęconej mu tablicy w kościele przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. W uzasadnieniu napisał, że „nie jest to w naszym stylu ani w duchu zakonnego wyrzeczenia”.
Co można zrozumieć tak, że Wojciechowski po prostu zrobił to, co było trzeba, a chwalenie się jezuitom nie przystoi.
Czy słowa te, zwłaszcza dziś, nie są warte refleksji? ©

Dziękuję dr Marii Chodyko i o. Leszkowi Mądrzykowi SJ za informacje, które pomogły mi w napisaniu tekstu. Świadectwo o. Wojciechowskiego o zagładzie getta w Otwocku zostanie opublikowane w najnowszym „Przeglądzie Archiwalnym IPN”.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru TP 28/2015