Jedni lubią swoją pracę, inni nie. Jedni robią to, co wybrali, świadomie, po nieudanych lub udanych próbach. Znałem człowieka, który, owszem, pracował, ale ta jego praca miała mu tylko przynieść porządny dochód, byle nie zajmowała czasu i umysłu. Bo kochał filozofię i całe życie jej poświęcił. Chciał dowieść ponad wszelką wątpliwość, że Boga nie ma. Pracował więc tylko po to, by zarobić na myślenie. Nie wiem, czy go to uszczęśliwiło.
Inna historia: opowiadał mi jeden z najważniejszych ludzi w „Tygodniku”, prezes naszej fundacji Olek Kardyś, że wśród różnych zajęć, jakie w życiu wykonywał, najmilsza była praca na traktorze. Przez wiele lat wyjeżdżał na wakacje na Zachód i pracował u właściciela ziemskiego. Znakomita maszyna dostarczała dziecku PRL-u niezwykłych radości. Wykonywał i dziś wykonuje prace wymagające wybitnie sprawnego intelektu, ale najlepiej czuł się jako operator potęgi tamtego traktora. Ciekawe.
Są ludzie, którzy całe życie pozostają w tym samym miejscu pracy. Szczególnie imponowali mi w tym pracownicy naukowi. Oczywiście nie robią wciąż tego samego, choć pracują w tej samej dziedzinie. O takich pasjonatach można było (nie wiem, jak jest teraz) powiedzieć, że ten gatunek ludzi potrafił pracować, nie patrząc na zarobki i na trudnych szefów. Ich interesuje niemal wyłącznie to, co robią. Tacy byli i są moi znajomi naukowcy.
Ale domyślam się, że są też pasjonaci-mechanicy, pasjonaci-organizatorzy, pasjonaci w rozmaitych dziedzinach, świetnie się na swojej dziedzinie znający, których walka z przeciwnościami inspiruje do działania. Są jednak ludźmi, więc czasem nie wytrzymują piętrzonych przed nimi trudności. Zawsze będę miał w pamięci architekta, który wygrał konkurs na Świątynię Opatrzności. Nagle jego projekt został zaniechany, a on potraktowany dość podle. Nie chodziło o ambicje, bo dość miał już świetnych budowli na koncie, żeby ambicje zaspokoić. Ciężko to przechorował, bo jego pracę zniszczono.
Wiem, że mówię tu o przypadkach nadzwyczajnych, bo przecież większość z nas pracuje, żeby z czegoś żyć. Ludzie wykonują różne zawody, różne prace, tworzą różne dzieła, o których nie powstają poematy, choć na nie zasługują. Jest mnóstwo zawodów, bez których społeczność nie mogłaby egzystować. I nie zastąpi ich żadna sztuczna inteligencja (zawsze myślę wtedy o pielęgniarkach).
Są ludzie, którzy po dobrze wykonywanej pracy bez nadających się do opisania sukcesów odchodzą na emeryturę, ale nie w pustkę. Ale są i tacy, którzy po zakończeniu pracy zawodowej mogą wreszcie poświęcić czas temu, co ich naprawdę pasjonuje. Zmarła w ostatnim czasie moja siostra była takim człowiekiem. Opracowała i wydała zbierane przez wiele lat materiały rodzinne ostatnich lat. Na wydane przez nią trzy tomy składają się listy, kroniki, zapiski, zdjęcia. Uporządkowanie i opracowanie tego materiału przez niespecjalistę wymagało gigantycznej pracy. Była to dla niej jednak praca uboczna. Główną były dorosłe i samodzielne córki i ich dzieci. Lubiła wielkie podróże po świecie, organizowane dla niej przez wnuka. Miała klarowne poglądy polityczne, lecz nie była w tym agresywna. Przyjęła do siebie odchodzących z tego świata siostrę, potem brata. Robiła to jak coś oczywistego, choć to wcale oczywiste nie było. I jak tu rozdzielić pracę od miłości?
Zapominamy, że po młodości następuje starość, potem przychodzi śmierć. Nie zawsze pamiętamy, że życie mamy tylko jedno i że od nas zależy jego smak.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















