Będziemy pracować krócej, ale nie dlatego, że zastąpią nas maszyny albo wyręczy sztuczna inteligencja

Zielona (jak energia), siwa (jak starcza głowa), biała (jak pielęgniarski czepek) i blado rozświetlona wiecznie włączonymi aplikacjami. Czeka nas nie jedna rewolucja świata pracy, lecz kilka połączonych.
Czyta się kilka minut
Pracownicy firmy Ex-Robots programują humanoidalne roboty, Dalian, Chiny, czerwiec 2024 r. // Fot. Florence Lo / Reuters / Forum
Pracownicy firmy Ex-Robots programują humanoidalne roboty, Dalian, Chiny, czerwiec 2024 r. // Fot. Florence Lo / Reuters / Forum

Gdy myślimy o pracy przyszłości, jesteśmy rozdarci między skrajnymi wizjami. Z jednej strony sielankowe obrazki powszechnego dobrobytu, automatyzacji i robotów oraz spokojnej starości w napędzanych sztuczną inteligencją enklawach „smartdomów”. Raj usług dostępnych w aplikacjach, o których opowiadają kolejne generacje politycznych i technologicznych utopistów. Z drugiej koszmar wyzysku i tyrania maszyn. Praca bez sensu, ponad siły i do późnego wieku, obecna w dystopijnej popkulturze, cyberpunkowych powieściach i narracji wróżących kolaps systemu polityków.

Świat przyszłości

Czy więc na hasło „praca przyszłości” reagujemy nadzieją, czy obawą? Chyba jednak tym drugim. Boimy się, że skończymy jak Sonmi-451, zmuszona do usługiwania w fastfoodowej restauracji napastliwym klientom z Nowego Seulu dziewczyna-klon z „Atlasu chmur” rodzeństwa Wachowskich. Takie jak ona czeka po zużyciu przerobienie na pastę, którą wykarmi się kolejne klony – czego dowiaduje się przerażona, zaglądając za kulisy upiornego kompleksu, w którym śpi i pracuje. Jeśli do niektórych nie przemawia wizja aż tak drastyczna, to ciarki po plecach wywoła im wspomnienie „Ludzkich dzieci” Alfonso Cuaróna – gdzie w Europie dzieci się nie rodzą, migrantów trzymamy za murami, mało kto chce pracować, za to samobójstwo jest legalne i wspierane przez państwo. Albo coś z Kena Loacha czy serialu „Years and Years”, którego bohaterowie imają się tymczasowych zajęć, znosząc kolejne upokorzenia tzw. pracy platformowej, w zamian za grosze ciułane na aplikacjach jako kurier czy kierowca, pozwalającej uniknąć bezrobocia, ale nic więcej.

Widzimy też nieodległą przyszłość oczami rodzeństwa Fisherów z powieści – i serialowej ekranizacji – „Peryferal” Williama Gibsona, którzy aby utrzymać siebie i chorującą matkę, najmują się do wirtualnych prac i grają w gry online za pieniądze. Choć tak naprawdę to ktoś gra (i bawi się) nimi. Wszak po drugiej stronie świata przyszłości są też ci, którzy pracować nie muszą – miliarderzy, globalna elita majątków poukrywanych w rajach, właściciele prywatnych wysp albo nawet księżyców i kolonizatorzy Marsa, dla których to my będziemy tanią siłą roboczą.

Wszystkie te wizje są tak mocne, bo zawierają realną przestrogę i więcej niż ziarnko prawdy o już istniejących nierównościach. Odwracają jednak naszą uwagę od tego, że obok sadystycznych miliarderów i żądnych dominacji nad ludźmi robotów wiszą nad nami też dużo bardziej prozaiczne problemy. Jako społeczeństwa się starzejemy, nie mamy pomysłu na migrację i sfinansowanie systemów emerytalnych, wielkie platformy cyfrowe destabilizują całe branże, a państwa narodowe są nierzadko słabsze niż wielkie korporacje.

Wszystko to sprawia, że praca przyszłości faktycznie będzie inna niż dziś – jednak zmiana dokona się inaczej, niż się tego spodziewamy.

Kto się nami zaopiekuje

Sektor zatrudnienia, jaki czeka największy rozwój, to wbrew pozorom nie robotyka, AI czy zielona energia. To oczywiście prawda, że zatrudnienie znajdzie wielokrotnie więcej monterów paneli słonecznych i specjalistek od testowania sztucznej inteligencji niż dziś. Ale prawdziwym zawodem przyszłości jest nie programista, lecz pielęgniarka.

Tylko w Stanach Zjednoczonych w najbliższej dekadzie przyrost zatrudnienia w ochronie zdrowia i opiece wyniesie ponad 2 mln nowych miejsc. To dziesięciokrotnie więcej osób niż w branży informatycznej (2,2 mln do 215 tys.). Starzejące się społeczeństwo, upadek wielopokoleniowego modelu rodziny i brak zastępowalności pokoleń sprawi, że płatna opieka nad chorymi i starszymi stanie się chodliwym towarem.

Skąd to wiemy? Regularne szacunki na temat trendów i zmian w zatrudnieniu publikuje w USA Bureau of Labor Statistics, czyli Biuro Statystyki Pracy przy Departamencie Pracy. I pomimo wszystkich nowych technologii, automatyzacji kolejnych dziedzin życia, kryzysu inflacyjnego oraz zmian związanych z migracją, od ponad 10 lat stanowczo twierdzi, że to jedno się nie zmieni. Niezależnie od tego, czy i jakie zmiany przyniesie sztuczna inteligencja albo jaką politykę handlową będzie prowadził kolejny prezydent, amerykańskie społeczeństwo będzie coraz starsze. A jego obywatele będą potrzebowali milionów lekarzy, fizjoterapeutek, pielęgniarzy, asystentów, opiekunów i techników medycznych. Statystycznie – drogi amerykański, ale i polski rodzicu – dużo bardziej prawdopodobne, że twoje dziecko zostanie opiekunem osób z niepełnosprawnością, pielęgniarzem albo specjalistką od zarządzania w ochronie zdrowia, niż znajdzie pracę w kolejnym przedsięwzięciu Muska, Bezosa czy Zuckerberga.

Bo to oczywiście nie jest zjawisko typowe tylko dla USA. Wszystkie rozwinięte państwa stoją u progu podobnych zmian. W Polsce jest pod pewnymi względami łatwiej, pod innymi radykalnie gorzej. Według opublikowanego na początku dekady raportu Naczelnej Izby Pielęgniarek i Położnych średni wiek pielęgniarki w Polsce to 53 lata i 51 lat w przypadku położnej. Gdyby na emeryturę przeszły w Polsce wszystkie pielęgniarki po sześćdziesiątce, trzeba by zamknąć 272 szpitale. Pod względem starzenia się personelu medycznego, pielęgniarek w szczególności, Polska znajduje się w niesłychanie trudnym położeniu. Według danych tej samej NIPIP rokrocznie 9-10 tys. pielęgniarek nabywa uprawnienia emerytalne, a do zawodu wchodzi o niemal połowę mniej – 5,5 tys. nowych „białych czepków”.

Owszem, migracja kobiet z Ukrainy po 2022 r. pozwoliła nieco złagodzić ten ubytek. Ale dane Ministerstwa Zdrowia mówiły jeszcze rok temu o tym, że znalazło u nas pracę zaledwie 2,3 tys. lekarzy i 1000 pielęgniarek z kraju naszego sąsiada. Tak czy inaczej już wchodzimy w rywalizację z innymi krajami rozwiniętymi na ściąganie pracowników sektora ochrony zdrowia i opieki.

Globalna wymiana pracowników

Dlaczego to rywalizacja? Ano właśnie dlatego, że choć oficjalna retoryka polityków amerykańskich, brytyjskich, polskich czy niemieckich jest coraz bardziej sceptyczna wobec migracji – potrzeby starzejących się społeczeństw dyktują odmienną od tych deklaracji politykę.

Żeby zobaczyć migawkę z przyszłości, nie trzeba spoglądać na Izrael czy bogate monarchie arabskie – gdzie 50, 60 a nawet ponad 70 proc. pracowników ochrony zdrowia to obcokrajowcy.

Wielka Brytania miała, jak przekonywali zwolennicy Brexitu, dzięki wyjściu z UE zadbać o swój system ochrony zdrowia i ograniczyć migrację. Stało się inaczej. Dziś brytyjski NHS cierpi na najdłuższe w historii kolejki, postępuje prywatyzacja usług medycznych i opiekuńczych, a urodzeni za granicą to już blisko jedna trzecia wszystkich praktykujących w Zjednoczonym Królestwie lekarzy (i ponad jedna piąta wszystkich pielęgniarek). Deficyty są tak duże, że związki zawodowe apelują nie o przymknięcie, lecz szersze otwarcie drzwi dla kolejnych tysięcy przedstawicieli personelu medycznego z innych krajów.

Przyszłość pracy w tym kluczowym sektorze będzie więc oznaczać także pogłębiające się nierówności na skalę planety. Jedne kraje będą kształcić kadry opiekuńcze, inne będą milionami ściągać opiekunki dla starzejących się generacji rodziców i dziadków. „W globalnej wymianie pracowników ochrony zdrowia są regiony, które pełnią rolę dawców” – ujmuje to brutalnie jeden z raportów Międzynarodowej Organizacji Pracy. Są kraje takie jak Filipiny, skąd wyemigrowała połowa wszystkich pielęgniarek – 51 proc. wszystkich osób z uprawnieniami pielęgniarskimi pracowało za granicą w 2021 r. – mimo że w kraju pracy dla nich nie brakuje. Zamożny Zachód chętnie z takich „dawców” korzysta. Ułatwienia w pracy filipińskich pielęgniarek w Niemczech były choćby tematem niedawnej wizyty Olafa Scholza w Manili. Nieświadom chyba kolonialnego brzmienia swoich słów kanclerz powiedział, że jego kraj chce skorzystać z „bogactwa wykwalifikowanych pracowników, jakim dysponują Filipiny”.

Paradoks globalizacji: najwięcej wykwalifikowanych pracowników ochrony zdrowia wyjeżdża z krajów, gdzie najbardziej ich brakuje. A będzie gorzej.

Epoka maszyn

Może jednak sztuczna inteligencja i automatyzacja wybawią nas od znoju pracy i uwolnią więcej czasu? Będziemy może starsi, ale zdrowsi i mniej obciążeni zawodowo? Z pewnością do tego chcieliby nas przekonać miliarderzy z Doliny Krzemowej. A za nimi media, które chętnie pochylają się nad każdą tego typu informacją. Nie od dziś zresztą.

Gdyby ktoś wsiadł w wehikuł czasu i cofnął się do lat 20. poprzedniego stulecia, mógłby odnaleźć w prasie znajomo brzmiące nagłówki. „Przemija czas wiernego osiołka” – donosił „New York Times” nieco jeszcze żartobliwie w 1922 r., ogłaszając nadejście „epoki mechanicznej”. Czyli takiej, w której maszyny wyręczą człowieka pracy – mężczyznę i kobietę – od najbardziej niewdzięcznych obowiązków.

Ale im bliżej Wielkiego Kryzysu, tym retoryka „epoki mechanicznej” była bardziej złowroga. Coraz poważniejsze robiły się ostrzeżenia o „technologicznym bezrobociu” – określeniu, którego autorstwo przypisuje się wybitnemu ekonomiście Johnowi Maynardowi Keynesowi, sporo piszącemu o wpływie produktywności na relacje pracy i kapitału.

Sam Keynes był jednak w długim horyzoncie optymistą. Twierdził, że gospodarcze załamanie i „olbrzymia anomalia” bezrobocia przesłaniają korzyści ze wzrostu wydajności, które pozwolą kolejnym pokoleniom cieszyć się wielokrotnie większym dobrobytem przy krótszej pracy. Keynes przewidywał wielki gospodarczy boom w przemyśle, wytwórstwie, rolnictwie, górnictwie i transporcie (w czym się nie pomylił) oraz skrócenie tygodnia pracy (w czym jego prognoza sprawdziła się gorzej, ale do tego wrócimy).

Jednak pesymistów nie brakowało. „Pochód maszyn skutkuje bezczynnością ludzkich rąk”, donosił ten sam „New York Times” już pod koniec lat 20. I za pomocą statystyk dowodził niepokojących zjawisk. Zwiększone użycie prądu, wzrost produkcji przemysłowej oraz wydajności pracy nie idą w parze z rosnącym zatrudnieniem. A jeśli te tendencje się utrzymają, to Amerykę – i cały świat w „epoce mechanicznej” – czeka nie sezonowy, a trwały kryzys bezrobocia. „Maszyny wkroczyły w każdy kąt świata przemysłu, wypychając ludzi z fabryk” – alarmował nowojorski dziennik. Wszystko w tym materiale – od ilustracji i infografik, przez rozumowanie i przyjęte założenia, aż po konkluzje – jest głęboko współczesne.

Nawet spory tamtych czasów były podobne do dzisiejszych. W 1940 r. prezydent MIT, czołowej technicznej uczelni w USA, miał posprzeczać się z prezydentem Rooseveltem o kwestię wpływu maszyn na zatrudnienie. Spór dotyczył tego, czy – jak ogłosił jeszcze w 1940 r. przed Kongresem amerykański przywódca – „nie ma sposobu, by zatrudnić nadmiar wolnych rąk do pracy, uwolnionych przez wydajność naszego przemysłu”. Wkrótce potem USA przystąpiły do wojny i problem bezrobocia zniknął – w kraju nie tylko osiągnięto stan pełnego zatrudnienia, ale stworzono w ciągu zaledwie kilku lat 17 mln nowych miejsc pracy przy zwiększeniu produktywności gospodarki narodowej o 96 proc.

Wydawać się więc może, że tamten spór – jak i wiele późniejszych – wygrali optymiści.

Wolny piątek

Dziś bowiem zastanawiamy się mimo wszystko nie nad rosnącym technologicznym bezrobociem, ale jak – w zgodzie z marzeniami i niespełnionymi przewidywaniami Keynesa – wykorzystać zwiększoną wydajność dla uwolnienia ludzi od znoju.

Zrzeszające rozwinięte gospodarki OECD ogłosiło najwyższe zatrudnienie w historii. I to przy rosnących rok do roku płacach (nawet z uwzględnieniem inflacji) i podwyżce płacy minimalnej od czasów przedpandemicznych we wszystkich krajach, gdzie istnieje prawo o wynagrodzeniu minimalnym.

Nie może więc dziwić, że wracają pomysły mówiące o skróceniu czasu pracy. „Sztuczna inteligencja czyni czterodniowy tydzień pracy nieuchronnym” – orzeka BBC. „Ruch na rzecz czterodniowego tygodnia pracy nabiera tempa” – dodaje biznesowy „Forbes”. A rząd Zjednoczonego Królestwa właśnie ułatwia pracownikom, którzy chcieliby pracować mniej dni w tygodniu, negocjacje z firmami.

Nieprzypadkowo tak duże zainteresowanie tym tematem obserwujemy właśnie w Wielkiej Brytanii. To właśnie tam od kilku lat można domagać się krótszego (przy tej samej liczbie obowiązków i płacy) tygodnia pracy, ale także właśnie tam zakończył się pierwszy tak udany eksperyment ze skróceniem godzin pracy w – jak powiedzielibyśmy w Polsce – „budżetówce”.

W dystrykcie South Cambridgeshire przez 15 miesięcy pracownicy samorządu wykonywali 100 proc. swoich obowiązków w 80 proc. czasu – czyli o jeden dzień mniej w tygodniu. Po zakończeniu okresu próbnego – którego wyniki analizowali badacze z uniwersytetów Salfordzkiego i Cambridge – okazało się, że zmiana była bardzo korzystna. W 24 przebadanych obszarach działania samorządu zaobserwowano poprawę działania w 11 z nich, brak zmiany lub tylko niewielką zmianę w kolejnych 11, zaś pogorszenie w dwóch. Wśród głównych finansowych korzyści odnotowano też 371 tys. funtów oszczędności na kosztach zatrudnienia – okazało się bowiem, że rotacja pracowników spadła w trakcie eksperymentu o blisko 40 proc.

Wyniki z South Cambridgeshire, choć pionierskie, nie są zaskakujące. Większość firm, które realizują podobne programy pilotażowe, zgłasza później pozytywne wyniki lub wdraża skrócenie czasu pracy na stałe. W Polsce pilotaż – oparty na wolnych piątkach – realizuje choćby firma Herbapol Poznań.

Pracować krócej, ale dłużej...

Tyle że wbrew nadziejom Keynesa nie pracujemy krócej, bo pozwoliła nam na to większa produktywność – albo nie do końca wyłącznie dlatego. Okazuje się bowiem, że w krajach zamożnych średnia przepracowanych godzin spada w ostatnich latach i tak. Bez związku z wzrostami lub spadkami w produktywności poszczególnych gospodarek i niezależnie od tego, czy rządy lub firmy chcą wprowadzić podobne udogodnienia, czy nie.

Nad tą zagadką głowili się eksperci Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Europejskiego Banku Centralnego. Doszli do wniosku, że po części wynika to z większego udziału kobiet w rynku pracy, które częściej łączą niepełny wymiar godzin z pracą opiekuńczą i obowiązkami domowymi. Po części z utrzymywania miejsc pracy nawet w niepełnym wymiarze godzin – które, jak kalkulują firmy, opłaca się bardziej niż zwalnianie i zatrudnianie za wyższe stawki na te same stanowiska później. Jeszcze inny powód to rzekoma skłonność młodych ludzi do zaakceptowania niższych honorariów za więcej czasu dla siebie.

Ale niższa średnia przepracowanych godzin bierze się także z tego, że… zwyczajnie chcemy pracować krócej. I nie da się – do tego wniosku doszli badacze MFW – z tym wiele zrobić. Np. zachęcić za pomocą rządowych programów dopłat czy ulg podatkowych do większej liczby spędzanych w pracy godzin ludzi, którzy mają dzieci albo planują założyć rodzinę. Lepiej pozwolić im pracować krócej, ale zwiększyć liczbę ogólnie zatrudnionych w gospodarce – oferując także krótszy dzień pracy osobom starszym.

To kolejny paradoks. Pracujemy coraz krócej, ale nie dlatego, że wyręczają nas maszyny, czy dlatego, że AI uczyniło naszą pracę bardziej wydajną. Jest raczej na odwrót. To właśnie po to, byśmy byli bardziej wydajni i dali z siebie jak najwięcej w jak najkrótszym czasie, kolejne firmy i rządy decydują się skrócić ramy etatu. I to także sposób, by pracując krócej, pracować dłużej – np. po siedemdziesiątce. Co może być w świetle opisywanych wyżej zmian i tak konieczne.

Brudny sekret AI

Zarazem sztuczna inteligencja – czy raczej zaawansowane algorytmy predykcyjne i modele językowe, bo to je mamy na myśli, mówiąc o AI – faktycznie zmieni świat pracy. Nie chodzi jednak o to, że jutro zastąpi nas przy biurku robot, a pojutrze zniknie praca kierowców, kelnerów i księgowych. AI w świat globalnych podziałów wprowadzi… jeszcze więcej nierówności. Tak przynajmniej wynika z najnowszej analizy badaczy z Banku Rozliczeń Międzynarodowych (BIS).

Giulio Cornelli, Jon Frost i Saurabh Mishra spróbowali oszacować wpływ wdrażania narzędzi AI na nierówności ekonomiczne i rynek pracy. Doszli do wniosku, że inwestycje w ten sektor zwiększają dochody najlepiej zarabiających i tworzą więcej miejsc pracy dla specjalistów, zarazem uderzając w mniej wykwalifikowanych pracowników, np. ograniczając ich udział w podziale zysków z implementacji tych nowych technologii.

To, co badacze wykazali na podstawie danych i modelu, dziennikarze i aktywiści podkreślają w tekstach i apelach. Aby AI – choćby algorytmy „rozpoznające” konkretne obrazy, miejsca czy trasy – mogła działać dobrze, potrzebuje tysięcy godzin niskopłatnej, powtarzalnej i rutynowej pracy. Za wieloma modelami rzekomo napędzanych „sztuczną inteligencją” usług stoją anonimowi ludzie. Jak w „zautomatyzowanej” restauracji typu fast-food, gdzie jedzenie przygotowują pracownicy ukryci za ścianą, aby nie było ich widać.

Delegowanie taniej i energochłonnej pracy na ludzi jest opłacalne oczywiście tylko wówczas, gdy wykonuje się ją nie w centrali w Szwecji czy USA, ale w najbiedniejszych regionach świata. Tam, gdzie energia elektryczna i ludzkie życie są dobrem tanim. I choć mało kto o tym wie i się nad tym zastanawia, popularnym miejscem do „rekrutowania” osób wykonujących pracę „uczenia” algorytmów są obozy dla uchodźców, np. wokół kenijskiego Dadaab czy libańska Szatila.

„Ciasne i duszne baraki pełne splątanych kabli i nieosłoniętych przewodów są jaskrawym przeciwieństwem dla niebiańskich kampusów Doliny Krzemowej, w których urzędują nowi panowie naszego świata (...), ale właśnie to tam praca ofiar globalnych katastrof napędza cyfrową rewolucję” – pisał Phil Jones, autor książki „Work Without the Worker: Labour in the Age of Platform Capitalism”.

AI nie wypiera ludzi z miejsc pracy aż tak wprost, jak niedawno nam się wydawało. Jak zwrócił uwagę w eseju „Brudny sekret sztucznej inteligencji” krytyk technologii Paris Marx, dzieje się coś odmiennego. W ciągu ostatniej dekady, gdy autonomiczne pojazdy miały rzekomo zastąpić człowieka za kierownicą, rzeczywiście wdrożono zaawansowane algorytmy w dziedzinie transportu i logistyki. Lecz nie po to, żeby człowieka zastąpić, ale by go jeszcze lepiej nadzorować. Dzięki nim firmy mogą kontrolować każdy krok, ruch ręką i oddech magazyniera, narzucać jeszcze bardziej wyśrubowane normy kierowcom i kurierom, optymalizować obrót towarami na globalną skalę. Co tworzy presję cenową na małych sklepikarzy, lokalnych dostawców i firmy, które nie są w stanie dostosować się do tego typu handlu – gdy upadną, ich miejsce chętnie przejmą kolejne wielkie molochy i ich paczkomaty oraz napędzane „sztuczną inteligencją” procesy.

Pracownicy i algorytmy

Jeszcze gorzej jest w sektorze publicznym, gdzie – to z kolei powiedziała Cathy O’Neil, autorka „Broni matematycznej zagłady” – wdrażanie algorytmów przyjmuje postać transferu finansowego z państwowej kasy do miliarderów z Doliny Krzemowej.

„Algorytmy czy sztuczna inteligencja sprawdzają się doskonale w jednym zadaniu, czyli krótkoterminowym rozwiązywaniu problemów budżetowych narzucanych przez neoliberalizm i politykę oszczędności. Presja na to, by ciąć budżety, narasta – aż dochodzimy do momentu, w którym uznajemy ludzi za zbędny koszt. Mówimy o problemie przepływów w całej globalnej gospodarce. Ludzie tracą pracę w dziedzinie, w której byli wyspecjalizowani. (…) A kto na tym zyskuje? Ci, którzy zastępują to skomercjalizowanym, fatalnym, wadliwym modelem zastępczym. Dolina Krzemowa” – tłumaczyła w wywiadzie dla Fundacji Panoptykon.

Co więcej, o czym O’Neil ostrzegała już blisko dekadę temu: wdrażanie algorytmów do oceny pracy człowieka – np. w systemie oświaty – potrafi być tak nieefektywne, że generuje więcej strat niż pożytku. W tym także ludzkich nieszczęść – zwolnień czy przerwanych karier – których nie da się policzyć w arkuszu i których skutków dla choćby jakości kształcenia nie wyrównają pozorne oszczędności pozyskane z „zastąpienia człowieka robotem”.

Nierówności wypływające z inwestycji w AI, o których piszą autorzy badania Banku Rozliczeń Międzynarodowych, mają właśnie charakter podobnego transferu na globalną skalę. Ktoś pracuje w biednym kraju, spalając „brudną” węglową energię, aby napędzać model komputerowy, który ma obciąć koszty działania firm czy instytucji publicznych w zamożnych krajach, generując nadwyżki, które trafią do jeszcze bogatszych superelit globalnej cyfrowej rewolucji. Nawet więźniów – a być może w dalszej kolejności dzieci i staruszków – można zaprząc do klikania w aplikacje. I to nie dystopia, bo naprawdę takie eksperymenty już mają miejsce.

Jedno o pracy przyszłości jest pewne. Będzie miała swoich zwycięzców i przegranych.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 37/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Praca przyszłości