Jakże to tak, bal Netfliksa w muzeum? Ścianką dla celebrytów zasłonili Siemiradzkiego! Nareszcie!

Nawet jeśli muzeum to świątynia sztuki, to co się robiło w świątyniach Grecji, podwalinach naszej kultury? Zarzynać, sprawiać, opiekać, zjadać – to przecież ważne religijne czynności.
Czyta się kilka minut
Fot. Diana Taliun / Adobe Stock
Fot. Diana Taliun / Adobe Stock

Tysiąc osiemset lat temu cesarz Karakalla kazał pobudować na obrzeżach Rzymu okazałe termy. Stanęły obok gaju, gdzie w dawniejszych czasach nimfa Egeria udzielała królowi Numie rad w kwestii zarządzania państwem, dając początek jakże żywej do dziś tradycji kobiet prowadzących za rączkę swoich królów i premierów. Oboje nie poprzestawali na dyskusjach, o czym świadczy fakt, iż po jego śmierci wpadła w taką rozpacz, że litościwi bogowie musieli zamienić ją w źródło. Dużo się od tego czasu zmieniło, źródło wyschło, gaj wycięto, jacyś barbarzyńcy odcięli akwedukt, nie rozumiejąc, po co to komu, kiedy starczy gębę w strumieniu przemyć lub chlusnąć na grzbiet z cebrzyka.

Ale główna skorupa term stoi jak stała, z lekka poobkruszana, majestatyczna, doskonale ją pamiętacie, służyła Felliniemu za location szalonego eventu pełnego gwiazd, gwiazdeczek i mrowia pasożytów zlizujących lepki ściek sławy (influencer to nowe słowo, rola jednak prastara i jej marność odwieczna). Słodkie życie rozkrojone z okrucieństwem przyrodnika jak żaba. Skuteczne przypomnienie, iż większość naszych materialnych wspaniałości, jeśli przetrwa, to z nieznaną nam dziś funkcją, ot choćby jako ładne tło dla parady próżniaków.

Takim właśnie tłem stały się ostatnio krakowskie Sukiennice – a ściślej muzeum na piętrze pełne ważnych (nie napisałem: dobrych) polskich obrazów i rzeźb. Gdyby nie dramat dolnośląskiej powodzi, to czołowym tematem rozmów byłyby połajanki wokół zorganizowanej przez Netfliksa gali. No bo jakże tak, proszę ja ciotki, bal w muzeum? Ścianką dla celebrytów zasłonili Siemiradzkiego! I nareszcie! Przestańmy udawać, że przemawia do nas ta sentymentalna tandeta. Szkoda tylko, że goście niby tacy piękni, bogaci i ustosunkowani, a tak ohydnie się poubierali.

Ależ oni jedli i pili w świątyni sztuki! Cóż, dzięki profesorowi Pomianowi wiemy, że muzeum w znanej nam od dwustu lat postaci pełniło parasakralne funkcje. Ale ta epoka powoli dobiega końca. Przecież wszystkie te, skądinąd pożyteczne, ciekawe i z radością witane projekty „przybliżania”, „otwierania”, „wychodzenia na ulicę”, cała ta multimedialna rewolucja i warsztaty dla dzieci (bo tylko im, niestety, wypada brać kredki do ręki, co za niesprawiedliwość!) oznaczają desakralizację i koniec kultu Filcowego Papucia. Ochronna aura świętości ustępuje miejsca technokratycznym wymogom konserwatorskim: nie macać, nie chuchać, bo się zniszczy, a drogie. Ale nie dlatego, że sacrum.

A nawet gdyby świątynia, to skąd ten oburz, że jedli i pili? Co się innego robiło w świątyniach, odkąd Grecy postawili pierwszy z dwóch filarów, na których stoi nasza kultura? Zarzynać, sprawiać, opiekać, zjadać – to są przecież ważne religijne czynności, a palenisko jako symboliczny środek polis oraz jego bogini Hestia to pojęcia kluczowe także dla zrozumienia „politycznej religii”, jaką była grecka demokracja.

Drugi, chrześcijański filar naszej tożsamości łączy świętość z jedzeniem w sposób bardziej symboliczny. Zostawia zabijanie barana wyznawcom starego zakonu, ale jednak pokarm i strawa wciąż krążą blisko centrum całego słownego oprzyrządowania wiary i jej materialnych przejawów. Stąd np. akcja wspólnoty Sant’Egidio przed świętami Bożego Narodzenia urządzającej w kościołach wielkie obiady dla ubogich niektórych gorszy, a innych, równie licznych, raduje. To się wszystko mieści w naszym bagażu, nawet jeśli sami nie sięgamy zeń akurat tego.

To jak, idziecie ze mną na piknik w muzeum? Wybieram się na wystawę Fransa Halsa w Berlinie, zapewniam kanapki i zimne piwo (niestety z butelek, bo glinianego dzbana, jakże stosownego w tym kontekście, nie dźwignę). Grzywnę każdy płaci z własnej kieszeni.

Konfitura z buraków

Jeśli już mamy siedzieć w areszcie, to niechże kanapki będą pamiętne. Jest teraz czas na dobre przetwory z buraków, które jeszcze nie smakują piwnicą.

  • 1 kg niedużych buraków
  • 2 czerwone cebule
  • 1 ząbek czosnku
  • 100 ml octu winnego
  • 150 ml czerwonego, wytrawnego wina
  • 1 pomarańcza
  • majeranek, tymianek, cukier

Buraki obieramy i kroimy w ćwiartki, lekko skrapiamy octem i paroma łyżkami wody, dodajemy nieco majeranku i tymianku oraz skórkę z pomarańczy. Solimy, zapiekamy pod folią w 180 st. przez ok. godzinę, aż zmiękną. Gdy wystygną, trzemy je na drobnej tarce, zachowując płyn, jaki się zebrał w blaszce. Na patelni dusimy pod przykryciem na 2 łyżkach oliwy drobno posiekane cebule z 2-3 łyżkami cukru, aż cebula zacznie się karmelizować. Dodajemy starte buraki z płynem, posiekany czosnek, ocet, wino, parę łyżek cukru, sok z pomarańczy. Dusimy na wolnym ogniu pod przykryciem co najmniej pół godziny, odkrywamy i odparowujemy do pożądanej gęstości.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 38/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Piknik w muzeum