Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Jak nie kochać starości

Jak nie kochać starości

05.05.2014
Czyta się kilka minut
„Zupełnie nowe życie. Już pora, bo stare nieźle się zużyło. Więc nowiutkie życie podsuwa mi intersieć, żebym mogła łowić w nią siebie dzień po dniu”. Tak 1 stycznia Joanna Kulmowa zaczęła karierę blogerki.
Fot. Grażyna Makara
K

Kremowe tło, czarne pochylone litery, pod każdym wpisem rytmiczny wiersz, pod każdym wierszem obrazek z różą.

21 kwietnia: „Znowu nie mogę w lustrze odnaleźć siebie. Jakoś od wewnątrz jestem zawsze ta sama, od tylu lat niezmiennie ja. I tylko słowa to zdradzają, bo oczy nie chcą. W oczach nie ma już światła. Przemycam światło w moich wierszach”.

25 marca (86. urodziny): „Więc jak nie mamy kochać starości? Chociaż ciągle jeszcze nic o świecie i o nas samych nie wiemy. Wciąż duchem niespokojni, wciąż zadający światu niestosowne pytania”.
3 marca: „Tak bym chciała odchodzić w porze rozkwitu i budzenia się zieleni. Żeby nikt nie złościł się, że dostał kataru na moim pogrzebie”.

14 stycznia: „Pod prąd płynę, uparty potok. Właśnie teraz, kiedy już nie pora na mnie, ogłaszam swój manifest. Ja – ni to liryczka, ni satyryczka. Ni zgorzkniała, ni dziecięca. Zbuntowana, a wbrew sobie promienna. (…) Dopiero w drewnie / poczuję się pewnie”.

5 stycznia: „Tyle już temu lat skarżyłam się na nieznośne EGO! Zestarzało się, a jednak kuśtyka za mną uparcie. Infantylne jakieś. Nie ma co: człowiek starcem bywa z wiekiem, ale dzieckiem przez całe życie”.

Bunt odmładza

Wpisy pojawiają się codziennie. Czasem wspomnienia, często teraźniejszość. A więc pobudki przed świtem, wpatrywanie się w płowiejącą czerń nieba, w zarysowujące się obłoki: „Moim narzekającym rówieśnicom radzę: rano patrzcie w okno. Tam są nie tylko chmury”. Słuchanie pierwszego skrótu wiadomości w radiowej Dwójce, potem Rachmaninowa, Haydna i Mozarta. Wyjścia do przychodni, jej przeklęte schody. Samochodowe wycieczki z mężem, przekraczanie prędkości na wiejskiej drodze, mandat skwitowany śmiechem. Odbieranie telefonów z zaproszeniami na spotkania autorskie: „Nie, nie przyjechałaby. Tak, zechciałaby. Ale nie mogłaby. Fajnie byłoby. Ale nie wyszłoby. Za daleko. Już za trudno”. Męczące sny o znajomych, których nie może rozpoznać.

Często refleksje, czasem emocje. A więc złość na polityków: „Otwieram telewizor, żeby się trochę powściekać... Mój Boże, jak bunt odmładza!”. Lęk przed nacjonalistami: „To jest sprawa wiecznie żywa. Płynie przez nasz kraj podskórnie, jak brudne kanały pod miastem”. Rozczarowanie nową poezją i nową krytyką literacką: „wymyśliła sobie, że tylko niezborne wyplute słowa są poezją. Nie zobaczy moich pejzaży, mojej harmonii nie posłyszy”. A także nową literaturą dla dzieci: „nie mogę zrozumieć upartego pragnienia dorosłych, eby dzieci wcześnie poznawały przaśną rzeczywistość, szarą codzienność, smutek śmierci. Na miłość boską, dzieciństwo zdarza się tylko raz i powinniśmy nasycać je jak najdłużej bajkami (...). Wyobraźnia jest spiżarnią pełną na całe życie. Tam szukajmy konfitur”. Niechęć do wszechobecnej nagości: „Czasem wydaje mi się, że psychicznie lepiej czułabym się w dziewiętnastym wieku, który nie pozwalał damom odsłaniać nóg powyżej kostki i tak pięknie stopniował zaangażowanie miłosne”. I tęsknota za wiejskim krajobrazem: bielą zaśnieżonych pól, czernią sosen zamykających horyzont, różem zachodzącego słońca. Przywoływanie snu wspomnieniem górskiej łąki, zapachu malin, poziomek i usychających traw.

Będziemy tu siedzieć razem

Głos w słuchawce jest przyjemny, mocny, spokojny.

– Nie wiem, czy mam czas na rozmowę, moim kalendarzem zarządza mąż. Janku, co mamy w tym tygodniu? Aha, we wtorek sąsiad przychodzi na Anioł Pański. To może we środę? Tylko musi pani wiedzieć, że nie lubię wywiadów. Bo ja często mówię ironicznie, a w druku to wychodzi śmiertelnie poważnie. Słyszy pani teraz, że się uśmiecham? Pani też chyba zaczęła.

Warszawa, samo południe. Małe mieszkanie na piątym piętrze kamienicy przy Noakowskiego. Kuchnia tak wąska, że nie zmieszczą się dwie osoby. Gabinet dwa na dwa i pół metra, między regałem a szafą wysokie łóżko, nad nim powieszone maski z jasełek. I salon: regały zapełnione książkami, na wprost drzwi kanapa, fotel i stolik kawowy, bliżej okna przykryty białym misiem tapczan, nad tapczanem kilim, na kilimie szabla. Obraz Jezusa Miłosiernego, medale za 50-lecie pożycia małżeńskiego, zegar z kukułką.

Joanna ostrożnie siada w fotelu, Jan wstawia tulipany do wazonu, podaje pączki i kawę, proponuje wino.
– Niestety nie mamy trzech takich samych kieliszków, ale przecież nie będziemy się tym przejmować. Słodzi pani? – Jan przynosi srebrną cukiernicę z wygrawerowaną hitlerowską gapą. – Mój wuj był pierwszym po wojnie kustoszem na Wawelu. Z tej cukiernicy słodził gubernator Frank. I pani teraz. W takiej kolejności, proszę to uszanować.

– Panie Kulma, tam są serwetki! Podaj, żebyśmy nie musiały po tych pączkach oblizywać palców.
Uśmiechnięci, eleganccy. Ona w ciemnej aksamitnej spódnicy, białej bluzce z falbankami i fioletowej apaszce, z pierścionkiem na palcu („Nie znoszę moich dłoni są za wielkie, zamówiłam sobie koronkowe rękawiczki, żeby ich już nie pokazywać”). On w spodniach w kantkę i jasnej koszuli, pod krawatem. Zaczyna uroczyście:

– Pani Kalino, doszliśmy do wniosku, że my...

– Że my będziemy tu siedzieć razem. Bo nie jesteśmy pojedynczy.

– 60 lat żyjemy razem. I gdy jesteśmy we dwójkę, jest nam lżej. Ona mówi, że jak zostaje sama, to czuje się, jakbym zostawił ją na pożarcie. Proszę zadawać pytania, tylko proszę pamiętać o jednym: że Joanna absolutnie wszystko, co miała do powiedzenia, powiedziała w wierszach. Ma trzy i pół tysiąca wierszy, przeze mnie skatalogowanych.

– Nie mów, Janek, bo to przerażające!

– Opisała już wszystko, łącznie z aktem seksualnym: „A kiedy wszystko zgaśnie, to wtedy jest najjaśniej, najłatwiej”...

– Najprościej, Janek, nie przekręcaj! – Joanna marszczy brwi. I zaczyna śpiewać swoją piosenkę z repertuaru Anny German. A potem mówi:

– Janek kiedyś powiedział, że gdybyśmy się ładnie zdradzali, to by było coś interesującego dla biografów.

– Proponowałem jej, żeby się puściła.

– I korzyść byłaby podwójna, bo i przyjemność, i skandal. A ja nic. Czyli nic w nas ciekawego.

Uratowana spod muru

Wychowała się w Łodzi. Głośnej, dusznej, pełnej głodnych dzieci bawiących się w bramach posępnych budynków z czerwonej cegły. Cieszyła się, kiedy mogła wyjechać z miasta, oddychać powietrzem bez dymu, chować się w wysokiej trawie, wspinać na drzewa.

Jej dziadek był właścicielem fabryki włókienniczej, ojciec księgowym. Zasymilowana rodzina żydowska – to wyrażenie ją irytuje.
– Nie byliśmy zasymilowani! Byliśmy Polakami.

Rodzice robili jej wymówki, że gra w klasy z żydowskimi dziewczynkami, że przejmuje od nich sposób mówienia. W domu dbano o formę i maniery. Uczono ją trzymania się prosto, nie tylko w przenośni: musiała przechadzać się po mieszkaniu z kijkiem za plecami. „Nie garb się!”, „Jak chodzisz!”, „Schowaj brzuch” – słyszała ciągle. I może dlatego tak trudno jej teraz się przyzwyczaić do swojej nowej zgarbionej sylwetki.

Miała 11 lat, kiedy wybuchła wojna. Spędziła ją z rodzicami w Milanówku. Żyli z lekcji języków udzielanych przez ojca, z jego wygranych w brydża, z matki robótek na drutach. Joanna też chciała pomóc: w trzecim roku wojny napisała i zilustrowała książeczkę dla dzieci, a potem sprzedała ją zaprzyjaźnionej sklepowej za zapas kartofli na zimę. Została zawodową pisarką.

Pod koniec lipca 1944 r. przeniosła się z rodziną do Warszawy. Na Wolę. Na początku Powstania zaczęła się jej rzeź: gwałty, mordy, palenie żywcem. Joannę zaprowadzono pod mur, ustawiła się do rozstrzelania z dziwnym spokojem, bez dygotu. Nagle zobaczyła nadbiegającego oficera, usłyszała: „Kobietyprecz!”. Teraz pyta na blogu: „Czy mnie, uratowanej spod muru, najbliższe jest nadawanie wszystkiemu pozoru lekkości?”.

– Jo, opowiedz o najszczęśliwszym dniu życia.

– Najszczęśliwszy dzień to nie był dzień ślubu, tylko pierwszy dzień Powstania. Kiedy wyszliśmy z bramy, a nasza ulica Chłodna była wolna i śpiewaliśmy ze łzami w oczach „Warszawiankę”: „Oto dzień dziś krwi i chwały, oby dniem wskrzeszenia był”... I wszyscy śpiewali. Czysto.

Była w pierwszej grupie uchodźców.

– Wehrmacht, ci trochę łaskawsi, prowadził nas do Pruszkowa. Szłam z matką i ciotką, ojciec już nie żył. W Gołąbkach widzę pole. Mówię: „Uciekamy”. Mama: „Oszalałaś, Joaśka, zabiją cię!”. Zaczęłam biec zygzakiem przez pole, tak jak czytałam w kryminałach: że trzeba zygzakiem, jak strzelają. Strzelać strzelali, ale pewno w powietrze. Jakiś czas mieszkałyśmy w tych Gołąbkach, w nieukończonym domu, spało się na betonie, 30 osób pokotem. Bardzo śmiesznie było.

– Widzi pani – uśmiecha się Jan – my mamy radość życia. My jesteśmy z pokolenia przeznaczonego... do życia.

Rzeczywiście był ładny

Kiedy doszedł ją huk armat nadciągającej wyzwolicielskiej armii, zaczęła krzyczeć ze strachu. Przypomina jej się to za każdym razem, kiedy słyszy petardy. Nie lubi głośnego śmiechu za oknem, przeraża ją niespodziewany dzwonek telefonu.
Wróciła z matką do Łodzi, ale nie odzyskały już przedwojennego mieszkania; nowy właściciel nie chciał ich nawet wpuścić, jakby „bał się, że meble rzucą im się do nóg ze skowytem”. Wprowadziły się na Wólczańską, do znajomego doktora, który przygarniał ocalonych.

Joanna nie przejmowała się nędzą i tłokiem (zajęta była nawet spiżarnia i służbówka), nie słuchała tragicznych historii lokatorów. Siedziała na balkonie i szkicowała swoje odbicie, zarysowane w szybie uchylonych drzwi, śpiewała i tańczyła przed lustrem po dziadkach, chodziła na wszystkie spektakle Teatru Wojska Polskiego, a potem o nich śniła. Grała samą siebie przed rodziną i znajomymi; potknięcia w roli rozpamiętywała przed snem. Nie bała się być śmieszną – bała się być niekochaną.

Czytała jedną po drugiej książki o rewolucji francuskiej. Chciała zrozumieć, skąd bierze się łatwość mordowania. Im bliżej była zrozumienia, tym bardziej się bała. Tym trudniej było jej zasnąć. Zdarzało jej się płakać ze strachu przed ludźmi – a przecież ludzie ocalili jej życie. Życie, które – jak wtedy wierzyła, nauczona przez matkę – jest jedno, zawsze doczesne, nigdy wieczne.

Żeby uporządkować myśli, pisała wiersze. Z rytmem, rymem, pointą. Postanowiła pokazać je swojemu mistrzowi, Janowi Brzechwie. Kiedy zjawiła się w Domu Literatów, Brzechwy akurat nie było; otworzył jej rysownik Jan Szancer. Wziął od niej plik kartek, zajrzał i powiedział: „Gdyby moja córka pisała wiersze, tłukłbym ją codziennie”. A potem zaprowadził ją do redakcji „Przyjaciela”. Spodobała się tam jej okupacyjna bajka. W pierwszą rocznicę wybuchu Powstania Joanna biegała po Piotrkowskiej od kiosku do kiosku; jej nazwisko wisiało za szybą, wydrukowane na pierwszej stronie.

Jeszcze przed maturą zaczęła przychodzić na spotkania młodzieży Związku Literatów. Siedzący przy orzechowym stole młodzi literaci wydawali jej się starzy i sztywni. Nie dała im się namówić do porzucenia rytmu i rymu, nie posłuchała też, kiedy kazano jej się opowiedzieć po jednej ze stron literacko-politycznego sporu. „Nie odrodziłam się w »Kuźnicy«, nie przekułam dla »Odrodzenia«, zawisłam w próżni; zdaje się, że wiszę tak do dzisiaj” – napisała po latach.

Zdała na historię sztuki, potem do szkoły aktorskiej, dzisiejszej filmówki. A potem poznała Jana. W 1951 r. koledzy zaciągnęli ją na wykład o teatrze lalkowym. Prelegent mówił strasznie długo; kiedy przyszedł czas na pytania, Joanna podniosła rękę.

– Widzę, wstaje wysoka smukła brunetka…
– Miałam 176 cm, teraz mi ubyło dwanaście.
– Bardzo efektowna wtedy była, bo już przestała...
– Nie byłam kulawa. Ani garbata.
– Wstaje i mówi: „Czy pan przewodniczący pamięta, że nad nim wisi zegar?”.
– I co ja zrobiłem? Zaprosiłem ją do Grand Hotelu.
– Najpierw przez parę nocy chodziliśmy po parku. I kłóciliśmy się.
– Powtarzała, że jestem gorszy niż esesman.
– Bo on mówił tak bezwzględnie, że „trzeba ulegać dziejowym koniecznościom”. A ja, że nie ulegnę.
– A potem się spieraliśmy o małżeństwo. Ona, że nie wierzy w małżeństwo i w dzieci. Ja, że daję jej trzy miesiące. Po tygodniu już przyszła.
– O, jaki dumny. On rzeczywiście był ładny wtedy. I jedynie centymetr niższy ode mnie. Tylko dlatego za niego wyszłam, że wszyscy poprzedni dobiegacze byli niżsi.
Wzięli ślub w grudniu 1952 r.
– Czy pani wie, że ten człowiek w życiu nie splamił się tym, żeby swojej ukochanej żonie powiedzieć, że ją kocha? Jemu by to nie przeszło przez gardło.
– Bo to jest puste słowo!

Po piątej eksmisji

Zamieszkali w Warszawie, gdzie Joanna zaczęła podyplomowo reżyserię. W podróż poślubną pojechali do Krynicy – przez dwa tygodnie Jan przynosił jej do łóżka czekoladę zpianką.

To w Krynicy Joanna zobaczyła przeklęte pomarańcze. Przechodząc przez jadalnię zamienionej na pensjonat dla luminarzy willi Patria, zatrzymała się w zdumieniu: na stołach leżały owoce, których od lat nie było w sklepach. Oburzona, postanowiła napisać satyrę na tuczących się cytrusami dygnitarzy. Zaczęła od słów: „Państwową skodą albo zisem / obok państwowej połowicy / jedzie dyrektor tudzież vice / na wikt państwowy do Krynicy”. A potem rozniosła maszynopis po redakcjach – od „Szpilek” po „Nową Kulturę”. Kiedy jeden naczelny wypraszał ją z gabinetu, szła do następnego; wreszcie zwróciła się do samego Jerzego Putramenta. Przeczytał dwukrotnie, schował do kieszeni i powiedział, że zaniesie towarzyszom. Jej nazwisko jeszcze nie było znane, a już stało się podejrzane.

Ale dopiero później, gdy opublikowała w „Szpilkach” pamflet „Pozytywni”, nałożono na nią zakaz druku. Jan, wyrzucony ze studiów z wilczym biletem, nie miał pracy. Zdesperowana, zgłosiła się do redakcji „Świerszczyka”. Pisanie dla dzieci znowu dało jej przeżyć.

Po Październiku życie Kulmów stało się słodkie: Jan zaczął reżyserować dla telewizji, z Joanny zdjęto zapis, wydano jej pierwszy tomik. Brakowało im tylko mieszkania – wciąż byli dzikimi lokatorami. Joanna wydrukowała w „Szpilkach” wiersz „Po piątej eksmisji”, w którym przepowiadała, że nawet z cmentarza zostanie eksmitowana. Przeczytał go Putrament, pokazał Cyrankiewiczowi. Przydzielono im pokój z kuchnią na Noakowskiego. Oraz trzy kaloryfery, stertę cegieł do zbudowania ścianki działowej i dwóch murarzy z dawnego Urzędu Bezpieczeństwa.

Wreszcie mogli odetchnąć. Ale już na początku lat 60. znowu zaczęło im być duszno. Rzucili pracę, zostawili mieszkanie, uciekli z Warszawy pod Szczecin, do Puszczy Goleniowskiej.Na skraju wsi Strumiany wydzierżawili przeznaczony dotąd na hodowlę bażantów różowy dom z ogrodem i sosnowym lasem. „Tuż za płotem porastały obficie prawdziwkami wciąż otwarte rany okopów – opisuje Joanna na blogu. – Ciągle jeszcze las pachniał wojną”. Do stacji kolejowej były dwie godziny drogi; nie mieli samochodu, więc Joanna, po trzydziestce, nauczyła się jeździć na rowerze. Odnowili podłogi, odmalowali ściany, zapełnili je książkami i obrazami Nikifora, w salonie ustawili zielony fortepian, przygarnęli psy i koty.

– Czemu teraz nie mamy zwierząt? Bo nie chcemy, żeby zostały same – mówi Joanna. – Czytała pani, co Szymborska napisała o kocie w pustym mieszkaniu? No więc właśnie, tego nie robi się kotu.

Rodzina Strumiańska

W leśnej ciszy, bez towarzyskich zobowiązań, mogli spokojnie tworzyć. On pisał filozoficzne eseje, ona – wiersze i książki, w których starała się uczyć dzieci wyobraźni, czyli „wolności przebywania gdzie indziej”. Sąsiedzi dziwili się ich trybowi życia. „Panie Kulma! – mówił jeden z nich. – Jak pan będzie ciągle czytał i pisał, to pan zgłupieje. Jażem oślepł od tego myślenia”.

Zaczęli pracę u podstaw: dawali lekcje wiejskim dzieciom, odkrywali ich talenty, wysyłali je na studia. Tak powstała ich „Rodzina Strumiańska” – kilkudziesięciu „siostrzeńców” i „siostrzenic”, dzisiaj rozsianych po świecie. Opowiadają o nich, jakby opowiadali o własnych dzieciach. Tylko że własnych nie mają.

– Robiliśmy, co mogliśmy – uśmiecha się Jan.
– Ale tego nie będziemy opowiadać!
– Nie będziemy pani uświadamiać. Przy okazji przeszliśmy wszystkie kuracje.
– Był tu taki specjalista, chodziłam do niego co miesiąc. Mówił, że nie ma przeciwwskazań, że będzie lepiej. I pewnego dnia widzę przed gabinetem cudowny samochód. „Dzisiaj 20 zł więcej za wizytę”, słyszę. „Tak, wiem, panie doktorze. Widziałam auto!”. Więcej do niego nie poszłam.
Na wsi Joanna pełniła rolę felczerki. Pogotowie przyjeżdżało niechętnie, a mieszkańcy bali się je wzywać, żeby nie ponieść kosztów. Kiedy coś się działo, biegli do Kulmów.
– Joanna była potrzebna. Do dzisiaj młodzi do niej przychodzą, po zachętę do życia.
– Mam taki specyficzny rodzaj egoizmu, że lubię pomagać ludziom. To mnie bawi.

Warszawa jeszcze o nich pamiętała: Jan dalej reżyserował, Joanna dostawała propozycje z redakcji i wydawnictw, tłumaczyła libretta operowe z siedmiu języków. Na zamówienie „Iskier” napisała powieść dla dziewcząt: o czternastoletniej ukrywającej się Żydówce. Zadowolona, że udało jej się ująć poważny temat w błahym gatunku, oddała maszynopis. Był marzec 1968 r. Książka poszła na trzy lata na półkę. Następny tomik – na dziesięć.

Na dobre ze środowiska wycofali się w stanie wojennym. „Przez tyle długich lat żyliśmy we wspólnocie kłamstwa, lokując się w niej różnie – jedni bliżej centrum, inni na obrzeżach. Dopiero teraz pękły więzi: w samym środku naszych znajomości, naszych przyjaźni, rozwarła się czarna przepaść” – napisała Joanna we wspomnieniach.

Jan zatrudnił się w parafii jako organista. Zorganizowali chór, występowali z nim przed papieżem, dostali wyróżnienie Episkopatu. Zawsze z dala od Kościoła, nagle się do niego zbliżyli. W wydawanych w podziemiu wierszach Joanny zaczął pojawiać się Bóg.
W 1996 r. musieli zostawić Strumiany. W PRL-u wyrzucano ich już trzykrotnie: pierwszy raz w 1965 r., za niepodpisanie listu potępiającego List 34, drugi raz trzy lata później, za napisanie petycji w obronie Kisiela i Jasienicy, trzeci – za czasów Gierka. Wydawano nakazy eksmisji, podnoszono czynsz. A oni się nie przejmowali. Ale w wolnej Polsce za płotem powstała ferma norek. Fetor wdzierał się nawet przez zamknięte okna. Nie mieli wyjścia. Zabytkowe meble i książki przekazali Bibliotece Uniwersytetu Szczecińskiego (znalazły się w tzw. Sali Strumiańskiej) i z dwiema walizkami wrócili na Noakowskiego. Joanna o swojej puszczy myśli często, ale nie chce jej odwiedzić. Kiedy dostała zdjęcie odnowionego domu, musiała je podrzeć.

Zawieszam się

Ostatnio zaczęła czuć, że nie nadąża za życiem, że „rzeczywistość gmatwa się i plącze”, a ona sama coraz częściej nie jest w pełni obecna:

– Mówi się na komputer, że się zawiesza. I ja się tak właśnie ciągle zawieszam. A z tym blogiem... Czemu go piszę? Bo ludzie przestali czytać książki. Wydać poezję to jest marzenie ściętej głowy. Próbowałam tu i ówdzie, ale przestałam, bo nie lubię biegać i prosić. Więc teraz piszę na murze.
Wybija trzecia, Jan wynosi do kuchni kieliszki i filiżanki. Żegnając się, mówi:
– Mieliśmy bardzo zabawne i ciekawe życie. Dalej mamy!
Joanna staje za jego plecami:
– No i widzi pani, mógłby być portret pojedynczy? Nie mógł. Musiał być pod-wójny.

JOANNA KULMOWA (ur. 1928) jest poetką, pisarką, scenarzystką, aktorką i reżyserką teatralną. Najbardziej znana z twórczości dla dzieci, m.in. książek „Wio, Leokadio!” i „Stacja Nigdy w życiu”. Odznaczona Gloria Artis i Orderem Odrodzenia Polski, ubiegłoroczna laureatka Nagrody Literackiej m. st. Warszawy. W swoim dorobku ma 52 tomiki i 18 książek prozą, w tym autobiografię.

JAN KULMA (ur. 1924) z wykształcenia jest muzykiem, z zamiłowania matematykiem, filozofem i reżyserem. Były żołnierz AK, powstaniec warszawski. Ostatnio ukazały się wspomnienia Jana Kulmy, zatytułowane „Dykteryjki przedśmiertne”. Joanna Kulmowa jest ich główną bohaterką.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Kalina Błażejowska
Absolwentka dziennikarstwa i filmoznawstwa, autorka nominowanej do Nagrody Literackiej Gryfia biografii Haliny Poświatowskiej „Uparte serce” (Znak 2014). Laureatka Grand Prix Nagrody...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]