Reklama

Jak Belgowie zabierali dzieci

Jak Belgowie zabierali dzieci

08.04.2019
Czyta się kilka minut
François d’Adesky miał 7 lat, kiedy wraz z rodzeństwem przywieziono go do Europy.
B

Był rok 1953 i jego ojcu, belgijskiemu górnikowi, skończył się kontrakt w Afryce. Matkę, Rwandyjkę, pożegnał przed wejściem do samolotu. Według Belgów administrujących Ruanda-Urundi, ówczesnym terytorium powierniczym ONZ, nie miała prawa do własnych dzieci.

Szacuje się, że w czasach kolonialnych ze związków belgijskich osadników i kobiet z dzisiejszych Konga, Rwandy i Burundi urodziło się od 14 do 20 tys. dzieci. Nazywano je métis. Biali ojcowie zwykle ich nie uznawali, w lokalnych społecznościach integrację blokował ostracyzm; w efekcie wiele wychowało się w sierocińcach lub specjalnych szkołach z internatami. Inne podzieliły los d’Adesky’ego: na przełomie lat 50. i 60., kiedy wszystkie trzy kraje uzyskiwały niepodległość, tysiące métis oddzielono od matek, sióstr i braci, a następnie wywieziono do Belgii. I tu pozostawały na uboczu – zostawał przy nich co dziesiąty ojciec, przed adopcją rozdzielano rodzeństwa, zmieniano imiona – nierzadko przez całe życie próbowały odbudować tożsamość.

W miniony czwartek premier Belgii Charles Michel przeprosił w końcu métis w imieniu państwa. Uznał, że jego poprzednicy prowadzili w Afryce „politykę porwań”, powiedział o niesprawiedliwości i cierpieniu doświadczonym przez kobiety, którym zabrano dzieci, obiecał otwarcie archiwów. Dwa lata temu przeprosiny – za segregację métis i zakazywanie małżeństw mieszanych rasowo – wystosował belgijski Kościół katolicki.

François d’Adesky zobaczył matkę po 23 latach. Wyszedł na prostą – zdobył w Europie wykształcenie, zrobił karierę w ONZ, założył stowarzyszenie na rzecz praw métis. Teraz ma 73 lata. „Trudno siebie budować, gdy całe życie nie ma się tożsamości. Warto się przed śmiercią dowiedzieć, kim się jest” – stwierdził po słowach premiera. ©℗
Na podst. lesoir.be

Czytaj także: Olga Stanisławska: Ludzkie ZOO na miarę XXI wieku

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]