Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Ja żyję „na całego”

Ja żyję „na całego”

20.10.2013
Czyta się kilka minut
Powiedziałam, że do Ciebie przyjdę, nie przyszłam. / Powiedziałam, że za Ciebie wyjdę, nie wyszłam. Agnieszka Osiecka
Agnieszka Osiecka, Paryż, 1957 r. Fot. DZIĘKI UPRZEJMOŚCI STOWARZYSZENIA INSTYTUT LITERACKI KULTURA
M

Młodzieńcze pamiętniki Osieckiej to lektura pasjonująca: żywa, bardzo literacka, niekiedy niezamierzenie zabawna kronika przeżyć rezolutnej i czupurnej dziewczynki.

Agnieszka Osiecka często „mówiła żartem”, zmieniała porty, pakowała walizki i z miłości leciała na koniec świata. Podobną taktykę stosowała w pracy. „Uważam, że mój rozwój możliwy jest tylko przez nielojalność, przez dziesiątki małych zdrad” – pisała w „Rozmowach w tańcu”. W tym wywiadzie rzece z samą sobą sprzecza się, wykłóca, dopuszcza do głosu przeciwstawne impulsy. Jej piosenki układają się w rozwichrzoną biografię: dziewczyny fatalnej, zdolnej do wariackiego zakochania, zauroczonej, ale zarazem kapryśnej, niewiernej, niezdolnej nigdzie zagrzać miejsca. W końcu również samotnej, niedotulonej, która „sama chciała”. Odradzającej się w euforii drugiej młodości, bo „poznała pana A”. W późnym wierszu, do którego muzykę napisał Grzegorz Turnau, modliła się przekornie: „Daj mi, Panie, rozpoznanie, / czy mam oddać się na złom, / czy dostawszy tęgie lanie, / jeszcze nie pchać się pod prąd”. Ona się pchała. Powiedziała, że już nie zadzwoni, dzwoniła, mówiła „idź już lepiej do niej” – kręciła.
Uczuciowa zachłanność
Obawiałam się lektury dzienników Osieckiej: prowadziła je od 9. roku życia, a redakcja nie zdecydowała się na skróty. W dodatku nastoletnia Agnieszka traktowała pamiętnik skrupulatnie, często zarywając przy nim noce. Wydany właśnie pierwszy tom kończy się w sylwestra 1950 r., kiedy autorka miała zaledwie 14 lat. Trudno uwierzyć, że po sześciu dekadach da się czytać 500 stron zapisków panienki, której życie toczyło się pomiędzy szkołą, basenem a boiskiem do siatkówki. Tymczasem jest to lektura pasjonująca: żywa, bardzo literacka, niekiedy niezamierzenie zabawna kronika przeżyć rezolutnej i czupurnej dziewczynki. Z tych stron przeziera silna osobowość: inteligentna, obdarzona intrygującą urodą Agnieszka zdawała sobie sprawę ze swoich przewag. Chciała imponować, być kochaną, ale także miała ambicje, wiele od siebie wymagała. Rozumiała potrzebę koleżanki, aby być powszechnie lubianą, ale sama jej nie odczuwała: „gdyby mnie wszyscy lubili, to i ja czułabym się w obowiązku lubić wszystkich. Wtedy byłabym płytka i bardzo żadna”.
Agnieszka nie przykładała się do lekcji – nie miała na to czasu, a zdolności pozwalały jej się prześlizgnąć. Szkoła była dla niej miejscem wygłupów, ale także silnych więzi i bystrych obserwacji. Już wówczas była łakoma na ludzi: zafascynowana czyjąś osobowością, angażowała się w przyjaźnie, ale także zapominała, „zdradzała”, snuła intrygi, walczyła o swoją pozycję. Szalała za chłopcami, ale kochała również przyjaciółki – jeszcze w 1993 r. koncert w radiowej „Trójce” zatytułowała „Kobiety mojego życia”. Jako dziewczynka dziwiła się swojej uczuciowej zachłanności: pragnęła nawet szczególnych względów polonistki: „Pomimo, że bardzo kocham panią Różańską, to czuję, że to nie jest krańcowa miłość, bo ona ma inne sprawy na głowie i nie myśli w ogóle o moim uczuciu do niej ani o mojej osobie poza lekcją”. Częścią miłosnej gry były również pamiętniki, o których w „Rozmowach w tańcu” pisała, że „są nieszczere. Ciągle pokazywałam je koleżankom, pisałam »pod kogoś«. Poza tym starałam się przypodobać sobie samej. Jakaś taka marna autopsychoterapia”.
Kakofonie losu
Jak na dzienniki podlotka, dużo tu romantycznych przygód. Po latach Osiecka podważała legendę, jakoby w szatni zrzucała płaszcz, pewna, że ktoś go złapie: „To ja zawsze uganiałam się za chłopcami. Od tego serce mi posiwiało, a głowa jeszcze bardziej”.
 To skromna opinia. Trzynastoletnia Agnieszka czuła się kobietą i nie ukrywała wyższości wobec przyjaciółek – delikatnej, łatwo dającej się urazić Ewuni czy egzaltowanej Elizy, jakby wyjętej z powieści Lucy Maud Montgomery. Sama bez przerwy się zakochiwała, zwykle w kilku chłopcach naraz. Prowadziła podchody, analizowała niejasne sygnały. Zwykle jednak nie była pewna, czy rzeczywiście kocha, a jeśli tak, to kogo.
Bohaterami pierwszego tomu są bracia Rajscy – Agnieszka najpierw straciła głowę dla Janka (marzyła nawet, by ciężko zachorować i w obliczu śmierci wyznać mu uczucie), a następnie przerzuciła się na Jerzego. Równolegle spotykała się ze Stachem, który sprowokował ją do rozmyślań nad cielesnymi aspektami związku. Ten z kolei był zazdrosny o żałosnego Ludwika, z którym na wszelki wypadek „chodziła”, choć nie czuła do niego nic „prócz ludzkiej odrazy i pogardy”. Jako epizodyczne postaci pojawiają się chłopcy, którzy się w Agnieszce „bujali”, użyteczne zapchajdziury.
Nie była to zresztą niewinna kokieteria; Osiecka zastanawiała się nad moralnym wymiarem swoich obyczajów i była gotowa je zmienić, gdyby absztyfikant wprost wyznał jej cierpiącą miłość: „ja nie naprawię zła, gdy nie wiem o jego istnieniu. Ergo, jestem egoistką, a więc nie popsuję sobie przyjemności dotąd, aż nie będę miała pewności, że jej »uprawianie« nie psuje komuś życia. Lekkomyślnie naciągam strunę do ostateczności. Prowadzę grę na 2 frontach. Ryzykuję. Jak jednak niewiele lekkoduchów, gotowa jestem ponosić wszelkie konsekwencje takiego postępowania”.
W sprawach sercowych kilka tygodni bywa epoką, w której rodzą się i wygasają namiętności. Kiedy nie wychodzi wielka miłość, Agnieszka potrzebuje atencji, flirtu, podboju, kompana do zabawy.
„Żal mi jej z góry – pisze o koleżance – bo mam zamiar odbić jej – i wszystkim moim koleżankom polującym na niego – Bogdana Jaworskiego, największą »gratkę« wieczoru. Mam na to ochotę właśnie dlatego, że on mnie absolutnie nie zainteresował, o czym one doskonale wiedzą, a one za nim szaleją. Bardzo lubię takie »kakofonie losu«”. Agnieszka żałuje dziewczyn, które nie potrafią zachować się równie bezczelnie i podpierają ściany...
Nie mów do mnie jak do żony
To dosyć cyniczne podejście u nastolatki. Agnieszka naprawdę była jednak bardziej doświadczona i świadoma możliwych rozczarowań niż większość rówieśniczek. Gdy w grudniu myślała o wakacjach z chłopakiem, wiedziała, że mogą nie dojść do skutku: „Mamy jeszcze bardziej realne marzenie – lato, pierwsze (i chyba ostatnie – bo Stach nie ma »cierpliwości« – względne), wspólne nasze lato”. Na tę nieco gorzką dojrzałość wpłynęła sytuacja domowa.
Ojciec Agnieszki, Wiktor Osiecki, był Polakiem z wyboru, a jego korzenie odzwierciedlały narodową mieszankę monarchii austro-węgierskiej. Był pianistą i kompozytorem, grywał w kabaretach i teatrach. Córkę rozpieszczał: w powojennej Warszawie stworzył jej mieszczański dom, posyłał na lekcje trzech języków, basen i korty, kupował modne stroje. Ona jednak zauważała, że do tej burżuazyjnej harmonii należała również gra pozorów: ojciec ciągnął romans ze śpiewaczką Józefiną Pellegrini, która w końcu została jego drugą żoną. Agnieszka współczuła matce, ale krytycznie oceniała jej postawę: spragnionej czułości, odtrącanej, całkowicie oddającej się rodzinie kobiety-bluszczu. Chłodno kalkulowała też swoją pozycję w rodzinnym układzie: „Dla głupich histerii czy zboczeń seksualnych mego ojca i chwilowych ambicji Mamy nie wyniosę się w chwili nastroju wraz z nią z domu, aby sobie ostatecznie popsuć młodość przez pogorszenie sytuacji materialnej”.
Agnieszka obiecywała sobie nie iść w ślady matki: „Z chwilą, gdy poczuję wstręt i nudę w stosunku do symbolicznego domu, odważę się powiedzieć »dość« i pożegluję dalej w poszukiwaniu szczęścia i maksimum skoncentrowanego, pędzącego życia”. W tym akurat okazała się konsekwentna. „Możesz bredzić... Pleść bzdury... Androny... / Tylko błagam cię: nie mów, nie mów, tylko nie mów do mnie jak do żony” – pisała w piosence „Sztuczny miód”. Ojca swojej córki, Daniela Passenta, zostawiła dla znacznie młodszego od siebie mężczyzny. „Agnieszka dążyła do tego, co jest niemożliwe, tzn. wiecznego uwodzenia, pogoni za szczęściem, wiecznego żaru – wspominał Passent. – W związku z drugą osobą nie oczekiwała tego, czego oczekuje większość ludzi, czyli domu, zupy, spacerów – oczekiwała miłości pięknej, romantycznej, fascynującej, z ogniem, który wiecznie płonie”.
Wiece i ogniska
W grudniu 1950 r. Agnieszka zapowiadała: „Dn. 19 XII odbędzie się u nas pierwsza akademia z okazji urodzin Józefa Stalina. Mam prowadzić konferansjerkę, ale to jest jeszcze nieustalone. Z jednej strony chciałabym tego, ale z drugiej mam pewne zastrzeżenia”. Pragnęła błyszczeć w każdej dziedzinie; zazdrościła koleżankom, które miały lepsze wyniki w skokach, a zarazem wyrzucała sobie, że „to świństwo z mojej strony mieć pretensje do czegoś, czego wcale nie umiem”. Miała też ochotę wystąpić na politycznej uroczystości. Ale przecież była „burżujką” i jeszcze nie raz wypomną jej biały telefon... Przeżywała więc konflikt sumienia; nie wstąpiła do Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, bo „takie zapisanie się wbrew przekonaniom, wyłącznie dla zabawy i kilku biletów do kina czy na koncert, byłoby tylko kpinami, a żaden ideał na kpiny nie zasługuje”. Ale już kilka miesięcy później konstatuje, że ma „takie same, a właściwie lepsze warunki życia niż panienki z okresu 20-lecia”, gdy „jeden człowiek miał wszystko, a naokoło 1000 bezrobotnych wyciągało ręce o kawałek chleba. Nie wierzę, żeby teraz najmniej zarabiający robotnik (6-7 tys. zł) miał tak źle, jak wtedy bezrobotny lub robotnik u kapitalisty”.
W liceum Osiecka rozrabiała podczas politycznego referatu, a wywołana do tablicy wypaliła: „Jak ja mam się tłumaczyć, to już wolę głosować za rezolucją”. Dzięki życzliwym nauczycielkom nie wyleciała ze szkoły, a w poważny konflikt z ZMP popadła dopiero na studiach. Wówczas nie zdążyła nawet złożyć porządnej samokrytyki... Ale w jej młodości przełykało się propagandę i bawiło na ognisku, a wiece z chóralnymi pieśniami i morzem sztandarów wzbudzały młodzieńcze wzruszenie. W listopadzie 1950 r. Agnieszka przeżywała obrady Kongresu Pokoju. Zbierała autografy: „Wspaniały był Murzyn z kolonii, jakiś wesoły starszy pan w zielonym szaliku i wreszcie młody, dosłownie »oblegany« Francuz”. Odczuwała wręcz niedosyt: „Tylu delegatów nie widziałam, a tak bym chciała ich zobaczyć, słuchać, co mówią, a nawet rozmawiać z nimi! To są przecież obecnie najlepsi, najwartościowsi ludzie świata”.
Kolacja w tańcu
Pamiętnik Agnieszki to rozmowa z samą sobą, próba uchwycenia codziennych wrażeń. Ale przecież dzieliła się nim z koleżankami i irytowała się kiedy ją plagiatowały. Czasami też zapiski podczytywali rodzice. Dziennik był więc również polem dla autokreacji, gdzie kształtowała charakter i ostrzyła pióro. Pewnego dnia postanawia: „będę się starała pisać w pamiętniku trochę lepszym, niż dotychczas, stylem”. Najbardziej ceni swoją witalność i dziwi się koleżankom, którym jej brakuje. Kujonka Jolka „w ogóle się nie cieszy, że żyje!!”, a Ewa nie kocha wiosny. Dla Agnieszki opisy przyrody i zmiany pór roku są pretekstem, aby zaczerpnąć głębszy oddech, poeksperymentować z językiem. Pod koniec października opowiada: „drzewa nie potraciły jeszcze całkiem liści i ich korony żyjące jeszcze, a już obsypane białym całunem mają w sobie coś, co śmiało nazwać mogę synonimem walki życia ze śmiercią”.
Nastoletnia Agnieszka z pewnością była „starsza” od koleżanek i miała niewyczerpane pokłady radości. Wygłupiała się nie tylko w szkole, ale także w domu: „tańczyłam sama po pokoju, tańczyłam z ojcem, potem, gdy ojciec poszedł do pracy, jadłam (tańcząc) kolację”. W piosence prosiła potem, aby nigdy nie zgorzknieć, nie stracić wzruszenia, apetytu, ambicji, ochoty na szaleństwa. Czy była szczęśliwa?
W „Rozmowach w tańcu” mówiła, że „szczęście to jest radość powtarzana. Jeśli ktoś stanął nad ranem w porcie, spojrzał w morze i zobaczył nagle, jak niebo pęka i ze stalowej jamy wynurza się rdzawa kreska – jak w rozpalonym piecu – to znaczy... no właśnie, to nic nie znaczy. Bo ten, kto znalazł się tam jeden jedyny raz i raz ucieszył się szaleńczo, to nie jest jeszcze człowiek szczęśliwy”.

Agnieszka Osiecka, Dzienniki 1945–1950, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2013

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]