Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Ironista nie bez reszty

Ironista nie bez reszty

23.10.2016
Czyta się kilka minut
Ostrożność Wallace’a czyni z niego ironistę niekompletnego, którego chciałoby się zapytać: „co myślisz?”, licząc na nieironiczną odpowiedź.
Z

Zapytany kiedyś o swój stosunek do telewizji (pytanie było z tezą – służyło wyciągnięciu z autora jego rzekomej antypatii do tego medium), David Foster Wallace odpowiedział, że jej popularność w USA nie wzięła się znikąd. W społeczeństwie Wallace dostrzegał konsekwentną niechęć do frustracji i cierpienia. A temu właśnie sekunduje telewizja, produkując treści przyjemne i stroniące od bólu. I nie jest to wyłącznie amerykańska przypadłość, lecz raczej generalna tendencja kultury Zachodu, która marginalizuje ból, sprzęgając go jednocześnie z apoteozą przyjemności. Ale nie wynalazła tego telewizja – mówi Wallace. – Ona po prostu to wzmocniła, czyniąc z siebie atrakcyjny przedmiot ironicznych komentarzy.

Rok temu czytaliśmy o bolączkach Amerykanów, ich terapeutycznej obsesji, o seksualnych pragnieniach i dewiacjach w „Krótkich wywiadach z paskudnymi ludźmi”, zbiorze form narracyjnych, w których Wallace drobiazgowo konstruował paranoiczne i zachwycające wnikliwością portrety. „Rzekomo fajna rzecz, której nigdy więcej nie zrobię”, kolejny zbiór w przekładzie Jolanty Kozak, ma podtytuł „eseje i rozważania”. Jest w nich obsesyjna, uwodząca drobiazgowość, zapiski paranoi, ale też znacznie więcej samego Wallace’a – analityka, autoanalityka i jedynego w swoim rodzaju piewcy ironii bez ironii.

Dziękujemy za ironię

Na tom składa się siedem esejów, publikowanych pierwotnie m.in. w „Harper’s Bazaar” czy „Esquire”. Są tu teksty o tenisie, matematyce, kinie Davida Lyncha, telewizji, jest też tytułowy esej – zapis z rejsu luksusowym liniowcem na Karaiby. Imponujący zakres tematów, podjętych z dowcipem i błyskotliwością intelektualisty, który w swoich obserwacjach nie tyranizuje nas ironią. A mógłby.

Bo – jak sam pisze – „nie sposób przyłapać ironisty”. Teza eseju „E UNIBUS PLURAM: telewizja a fikcja amerykańska” wskazuje jednakże na bardzo mroczną podstawę tej estetyki: „ironia i ośmieszenie są zabawne i efektywne, a jednocześnie powodują skrajną rozpacz i zastój w amerykańskiej kulturze”. Telewizja świetnie operuje ironią i jest przy tym na nią całkowicie odporna. Tyrania ironii jest więc niepowstrzymana, bo opiera się na założeniu: „nie mam na myśli tego, co mówię”. Nie można zadać pytania ironiście, ponieważ zawsze ten, kto pyta, poczuje się jak histeryk. Wallace ujawnia się w swoich rozważaniach o telewizji jako intelektualista niezwykle wyczulony na ten złudny mechanizm, który w istocie okazuje się maszyną paraliżującą. Co zatem pozostaje? Sam autor określa swoje rozważania „biadoleniem na niemożność buntu przeciwko aurze, która unieważnia wszelki bunt”, jednak w tym „biadoleniu” tkwi realna troska o kondycję amerykańskiej kultury. Troska, która nie jest ironiczna, dlatego wybrzmiewa tym bardziej, im bardziej ironiczny jawił się jej autor w swoich „Krótkich wywiadach”. Esej o telewizji jest refleksją tyleż o medium, co o samym piszącym, jakże sprawnie przecież posługującym się ironią.

Smutek luksusów

Mechanizm zawłaszczania aktów oporu, który determinuje skuteczność telewizji, jest również właściwością aury luksusowego rejsu, którą Wallace opisuje w tytułowym eseju. „Rzekomo fajna rzecz...”, spełniona fantazja o luksusie, to triumf wakacji nad śmiercią. Jakkolwiek patetycznie to brzmi, Wallace wie, co chce przekazać. Katalogując skrupulatnie wszystkie wrażenia w quasi- -wizjonerskim stylu („Widziałem białe jak cukier plaże i jasnoniebieską wodę”), uczestnik Siedmionocnego Rajdu Karaibskiego na pokładzie jednostki „Zenit” stopniowo obnaża bezbrzeżny smutek całego przedsięwzięcia. Rejs, podobnie jak ironia, rozłożony na poszczególne części składowe staje się wydarzeniem maskującym społeczną rozpacz. Wallace wnikliwie przygląda się oferowanym broszurom promującym rejs, które stanowią dla niego najdoskonalszy przykład reklamy apodyktycznej, czyli nie zachęcającej do snucia fantazji, lecz fantazję konstruującej. Nikt nie musi niczego wymyślać, bo broszura ekskluzywnego doświadczenia nie schlebia wolności wyboru, ona ją po prostu ignoruje. Rejs jest więc rozkoszą obligatoryjną, zadowoleniem gwarantowanym i obowiązkowym, dlatego tym bardziej dotkliwie rozczarowuje i wzbudza poczucie winy. Jeśli przyjemność jest już oferowana, to kto jest winny jej braku? Oczywiście ten, kto nie umie jej doświadczyć. „Ale największym chyba źródłem stresu są dla mnie kontakty z kabinową służbą sprzątającą, gdyż to są tacy rozpieszczacze, że mózg staje”. Ta obsesyjna wręcz precyzja obserwacji i katalogowanie najbardziej absurdalnych detali mają w tym eseju niezwykłą siłę, ujawniają bowiem, jak dalece sięga zarządzanie ludzkim doświadczeniem. Zarządzanie, które nie pozostawia miejsca na uczucie inne niż przyjemność zbiorowej fantazji o luksusie. To doświadczenie jest też udziałem uczestników Targów Stanu Illinois (esej „Oddalenie się od bycia już dosyć oddalonym od wszystkiego”), gdzie pośród szczegółowej prezentacji bydła Wallace demaskuje najbardziej elementarne ludzkie lęki.

W każdym spośród siedmiu esejów: czy to analizując filmy Lyncha, genialnego tenisistę Michaela Joyce’a, czy swoje własne fascynacje sportem, Wallace ujawnia się jako eseista głęboko zafascynowany osobą, zjawiskiem i okolicznościami, które opisuje. Nie stroni od mocnych, choć bardzo zindywidualizowanych puent, przez co jego rozważania mają niekiedy tendencje moralizujące. Ale jest to moralizator, który sam siebie wciąga w logikę morału. Nie jest dydaktykiem na obwarowanej pozycji eksperta, posiadaczem wiedzy, który chce nią epatować na intelektualnie ubogą Amerykę. Nadużywa ironii, przed którą przestrzega, widzi własne uwikłanie w zbiorową fantazję, ale zachowuje także pozycję spoglądającego „z ukosa”; obecnego, ale nie bez reszty.

Wallace jest w końcu pisarzem fikcji, a ci „urodzeni podglądacze”, jak ich przedstawia, nie lubią być obiektem uwagi innych. „Nie lubią być obserwowani”. Wallace obserwuje, ale i daje się obserwować; zdradza swoje sympatie, podsuwa przedmioty niechęci. Z dozą czarnego humoru, ale i z samokrytyką. Został obwołany jednym z największych postmodernistów, choć postmodernistów właśnie oskarżał o uczynienie pisarzy swojej generacji sierotami tęskniącymi za powrotem rodziców. Jednak – jak zakończył jeden z wywiadów – rodzice nie wrócą, a to oznacza, że postmodernistyczne sieroty same stają się rodzicami.

Trochę z boku

Ta świadomość jest czytelna szczególnie w momentach moralizatorskich ambicji, w chwilach upominania się o postawę, która przekroczy ironiczną obojętność, stanie się momentem oporu wobec jej tyranii, wobec apodyktyczności reklam i społecznej bierności. Ale nawet wówczas Wallace daleki jest od lamentów nad upadkiem kultury, które mógłby przecież, ze swoim warsztatem, ubierać w ironiczne, prześmiewcze i błyskotliwe opowieści, podszyte obezwładniającym lękiem i pogardą dla mas. Mógłby, ale w każdej z tych potencjalnych identyfikacji nie pojawia się w całości, pozostawia sobie resztę siebie, dzięki czemu ma narzędzia zarówno do krytyki, jak i do fascynacji. Ta reszta, rodzaj nieironicznej ostrożności w przyjmowanych językach, czyni z Wallace’a ironistę niekompletnego – takiego, którego chciałoby się zapytać: „co myślisz?”, licząc na nieironiczną odpowiedź.

Wallace przyznawał zresztą otwarcie, że „jeśli próbujesz być pisarzem w kulturze, której religią jest celebrytyzm, w kulturze emocjonalnej, duchowej i filozoficznej fascynacji oglądaniem i byciem oglądanym, naprawdę musisz być trochę z boku”.

„Trochę”, czyli nie całkiem wewnątrz i nie całkiem poza. Za „Rzekomo fajną rzeczą” stoi, jak się wydaje, właśnie taki twórca. W obliczu obezwładniającej ironii i apodyktyczności reklamy ten rodzaj postawy i pisarstwa jest formą skutecznego oporu przed podporządkowaniem. I nie chodzi tu o pozycję ironicznego dystansu, lecz o świadomość celu i konsekwencji swoich uwikłań, a także o odwagę i gotowość na bycie „przyłapanym ironistą”. Dlatego eseje i rozważania nie są buntem, lecz właśnie oporem wobec tych mechanizmów, które w zachodniej kulturze rozpoznaje Wallace. W oczekiwaniu na polski przekład jego najbardziej czytelniczo pożądanej powieści, „Infinite Jest”, to dobra strategia przetrwania. I przygotowania. A jest się na co przygotowywać, bo, jak zapewniał Wallace, jego opus magnum to książka „smutna”. Trudno nie wierzyć temu wyznaniu czytając „Rzekomo fajną rzecz”. ©

David Foster Wallace „Rzekomo fajna rzecz, której nigdy więcej nie zrobię”, przeł. Jolanta Kozak, W.A.B., Warszawa 2016

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]