Kiedy zapowiadana przyszłość zaczęła w końcu przybierać realny kształt, okazała się rozczarowująca, męcząca i nudna. Otrzymaliśmy podobno skarbnicę wszelkiego ludzkiego dorobku, z której każdy mały krasnal mógł wykrzesać sobie coś ciekawego i samodzielnie dorzucić małą, własną cegiełkę. Internet miał być nieskończony i nieskończenie zajmujący. Tymczasem dotarliśmy do punktu, w którym otacza nas mętna bryja. Właściwości bryi biorą się z przedobrzenia: trochę tak, jakbyśmy chcieli zmiksować śniadanie, obiad i kolację w jedno danie, w nadziei, że suma poszczególnych składników da nam jeszcze lepszy smak. Jest to rezultat zbliżony do efektów eksperymentu przeprowadzonego w dzieciństwie przez pewnego znajomego, który lubił lemoniadę i ser – postanowił więc zrobić serową lemoniadę.
Informacji dookoła jest straszliwie dużo i wiele z nich to rzeczy nadal bardzo interesujące. Zanim do nas dotrą, muszą jednak przecisnąć się przez maszynę do robienia serowej lemoniady. A jest to coraz trudniejsze – paradoksalnie za sprawą udawanego, fikcyjnego gestu przekazania całej władzy w ręce użytkownika. Dzisiaj technologiczni oligarchowie namawiają – lub subtelnie przymuszają – by publikować wszelkie własne treści bezpośrednio na ich kanałach, bez żadnych zewnętrznych linków. „You are the media now” – obiecywał wszechmoc użytkownikom swojej platformy Elon Musk, choć brzmi to jak cyniczny żart przewrotnego czarnoksiężnika. Bo na dawnym Twitterze, czyli X, na Facebooku i na TikToku owszem, możesz wszystko, ale pod warunkiem, że będzie to jeszcze więcej tego samego: powtarzanie identycznych trendów, kopiowanie tematów i stylów, przyswajanie coraz podobniejszych i bardziej anonimowych treści. Oczywiście ktoś powie „to wymyśl coś lepszego”, i będzie mieć niewątpliwie trochę racji – tyle że w sytuacji, w której oryginalność ma się nie opłacać, może przypominać to próbę płynięcia w górę rzeki Kongo.
Ostatnio w „nieopłacalne” zakątki, w których ludzie po prostu rozmawiali sobie o niewinnych hobby, jakby był rok 2016 – zaczęła się wlewać internetowa żybura w postaci produkowanych naprędce memów politycznych czy topornych dowcipasów, przez co przebywanie w tak odległych od komercyjnego potencjału miejscach jak „Znaleziska ze strychu” czy „Folk horror” stało się doświadczeniem nie z tej ziemi, porównywalnym do uprowadzenia przez kosmitów.
Oczywiście, bardzo szanuję i realnie lubię internet, on płynie w moich żyłach. W pewnym sensie dał mi wszystko, jakby to zaśpiewał Krzysztof Krawczyk – wiarę, spokój, gitarę i samochód. Ale jest coś strasznego w tym, że za mglistą obietnicę dostępu do Wszystkiego mamy zapłacić spontanicznością, pomysłowością, kompetencjami umysłowymi. Tak naprawdę – własną głową i luksusem wolności od kalkulacji. A wyrachowanie wkrada się wszędzie: ludzie – choćby nic nie zarabiali na swoich treściach – czekają z podzieleniem się znaleziskiem, spostrzeżeniem, zadaniem pytania do momentu, kiedy będą „dobre zasięgi”. A jeśli nie wyrachowanie, to echolalia, utrata umiejętności wyrażania się po swojemu, a zamiast tego – papugowanie sposobu, w jaki opisujemy coś, co nam się podoba lub czego nie znosimy, pochwały i wyzwiska bezwysiłkowe. Prawdopodobnie i mnie samej zdarza się to częściej niż bym sobie życzyła, nawet jeśli staram się, zanim wyemituję jakąś opinię, wymyślić trzy synonimy dla każdego podejrzanego o kalkowatość wyrażenia.
Ale nuda, żadność i zmęczenie niejako naturalnie sprzyjają ironii. A wybitną ironią losu okazuje się fakt, że zjawisko, nad którym załamywał ręce kilkanaście lat temu amerykański publicysta Andrew Keen – „kult amatora”, którego internet miał rzekomo wynieść na szczyty – teraz bardzo by się nam przydało. Amatora, czyli kogoś, kto tworzy i przyswaja rozmaite wyroby kultury w sposób niezobowiązujący i dla frajdy. W dzisiejszych czasach wydaje się to postawą po prostu grzeszną, postępowaniem wbrew efektywności, opłacalności i tempu, zbędnością budzącą grozę. Prawdopodobnie jednak tylko przy względnie obszernym marginesie przyzwolenia na amatorstwo nasze rozmowy, nasze pomysły i opinie mają szansę zyskać smak strawniejszy niż lemoniada serowa.

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















