Internet miał być nieskończony i nieskończenie zajmujący

„You are the media now” – obiecywał użytkownikom swojej platformy Elon Musk, ale brzmi to jak cyniczny żart. Bo na dawnym Twitterze, Facebooku, TikToku owszem, możesz wszystko, ale pod warunkiem, że będzie to jeszcze więcej tego samego.
Czyta się kilka minut
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara

Kiedy zapowiadana przyszłość zaczęła w końcu przybierać realny kształt, okazała się rozczarowująca, męcząca i nudna. Otrzymaliśmy podobno skarbnicę wszelkiego ludzkiego dorobku, z której każdy mały krasnal mógł wykrzesać sobie coś ciekawego i samodzielnie dorzucić małą, własną cegiełkę. Internet miał być nieskończony i nieskończenie zajmujący. Tymczasem dotarliśmy do punktu, w którym otacza nas mętna bryja. Właściwości bryi biorą się z przedobrzenia: trochę tak, jakbyśmy chcieli zmiksować śniadanie, obiad i kolację w jedno danie, w nadziei, że suma poszczególnych składników da nam jeszcze lepszy smak. Jest to rezultat zbliżony do efektów eksperymentu przeprowadzonego w dzieciństwie przez pewnego znajomego, który lubił lemoniadę i ser – postanowił więc zrobić serową lemoniadę.

Informacji dookoła jest straszliwie dużo i wiele z nich to rzeczy nadal bardzo interesujące. Zanim do nas dotrą, muszą jednak przecisnąć się przez maszynę do robienia serowej lemoniady. A jest to coraz trudniejsze – paradoksalnie za sprawą udawanego, fikcyjnego gestu przekazania całej władzy w ręce użytkownika. Dzisiaj technologiczni oligarchowie namawiają – lub subtelnie przymuszają – by publikować wszelkie własne treści bezpośrednio na ich kanałach, bez żadnych zewnętrznych linków. „You are the media now” – obiecywał wszechmoc użytkownikom swojej platformy Elon Musk, choć brzmi to jak cyniczny żart przewrotnego czarnoksiężnika. Bo na dawnym Twitterze, czyli X, na Facebooku i na TikToku owszem, możesz wszystko, ale pod warunkiem, że będzie to jeszcze więcej tego samego: powtarzanie identycznych trendów, kopiowanie tematów i stylów, przyswajanie coraz podobniejszych i bardziej anonimowych treści. Oczywiście ktoś powie „to wymyśl coś lepszego”, i będzie mieć niewątpliwie trochę racji – tyle że w sytuacji, w której oryginalność ma się nie opłacać, może przypominać to próbę płynięcia w górę rzeki Kongo.

Ostatnio w „nieopłacalne” zakątki, w których ludzie po prostu rozmawiali sobie o niewinnych hobby, jakby był rok 2016 – zaczęła się wlewać internetowa żybura w postaci produkowanych naprędce memów politycznych czy topornych dowcipasów, przez co przebywanie w tak odległych od komercyjnego potencjału miejscach jak „Znaleziska ze strychu” czy „Folk horror” stało się doświadczeniem nie z tej ziemi, porównywalnym do uprowadzenia przez kosmitów.

Oczywiście, bardzo szanuję i realnie lubię internet, on płynie w moich żyłach. W pewnym sensie dał mi wszystko, jakby to zaśpiewał Krzysztof Krawczyk – wiarę, spokój, gitarę i samochód. Ale jest coś strasznego w tym, że za mglistą obietnicę dostępu do Wszystkiego mamy zapłacić spontanicznością, pomysłowością, kompetencjami umysłowymi. Tak naprawdę – własną głową i luksusem wolności od kalkulacji. A wyrachowanie wkrada się wszędzie: ludzie – choćby nic nie zarabiali na swoich treściach – czekają z podzieleniem się znaleziskiem, spostrzeżeniem, zadaniem pytania do momentu, kiedy będą „dobre zasięgi”. A jeśli nie wyrachowanie, to echolalia, utrata umiejętności wyrażania się po swojemu, a zamiast tego – papugowanie sposobu, w jaki opisujemy coś, co nam się podoba lub czego nie znosimy, pochwały i wyzwiska bezwysiłkowe. Prawdopodobnie i mnie samej zdarza się to częściej niż bym sobie życzyła, nawet jeśli staram się, zanim wyemituję jakąś opinię, wymyślić trzy synonimy dla każdego podejrzanego o kalkowatość wyrażenia.

Ale nuda, żadność i zmęczenie niejako naturalnie sprzyjają ironii. A wybitną ironią losu okazuje się fakt, że zjawisko, nad którym załamywał ręce kilkanaście lat temu amerykański publicysta Andrew Keen – „kult amatora”, którego internet miał rzekomo wynieść na szczyty – teraz bardzo by się nam przydało. Amatora, czyli kogoś, kto tworzy i przyswaja rozmaite wyroby kultury w sposób niezobowiązujący i dla frajdy. W dzisiejszych czasach wydaje się to postawą po prostu grzeszną, postępowaniem wbrew efektywności, opłacalności i tempu, zbędnością budzącą grozę. Prawdopodobnie jednak tylko przy względnie obszernym marginesie przyzwolenia na amatorstwo nasze rozmowy, nasze pomysły i opinie mają szansę zyskać smak strawniejszy niż lemoniada serowa.

Z takiego sera lemoniady nie będzie // Fot. Olga Drenda

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 50/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Serowa lemoniada