Reklama

Hydrozagadka

Hydrozagadka

22.03.2018
Czyta się kilka minut
Gdyby były tu termometry, już teraz, w połowie marca, wskazywałyby w południe prawie 40 stopni Celsjusza. W obozie dla Rohingów w Balukhali z każdym tygodniem będzie tylko goręcej, to pewne. Nie wiadomo tylko skąd brać wodę, która nadaje się do picia.
G

Gorąco to mało powiedziane. Słońce w zenicie dosłownie pali głowę. Pomiędzy barakami powietrze tańczy w ukropie, układając fatamorgany z kawałków bambusu, plastikowych plandek i pyłu, który o tej porze roku unosi się stale nad obozem, niczym żółtawy, znoszony welon. Muhammad Kabir ułożył się jednak wygodnie na drewnianej ławeczce w cieniu werandy swojego prowizorycznego sklepiku i z rezygnacją wypatruje ciężarówki, która zbliża się w jego stronę, ciągnąc za sobą długi ogon pyłu. Przeklęty żółty osad oklei zaraz wszystko w sklepie i Muhammad, nie wiadomo już po raz który tego dnia, będzie musiał przetrzeć mokrą szmatą towar, którego i bez tego nikt nie chce kupować. Trochę tanich plastikowych zabawek z Chin, kilka worków z soczewicą i przyprawami oraz trzy noże. Od asortymentu w jego sklepie biedniejsi są tylko potencjalni nabywcy z okolicznych szałasów. Ale nie o tym chciałby teraz Muhammad Kabir porozmawiać.

– W Birmie to była woda! – wzdycha, jednocześnie podnoszą się z trudem z ławeczki, by przynajmniej twarz ochronić przed fontanną pyłu, która za kilka sekund wystrzeli spod kół ciężarówki prosto w werandę. – W zagłębieniach wielkich zielonych liści po deszczu zbierało się jej tyle, krystalicznie czystej, że wystarczyło trzepnąć gałęzią i miałeś prysznic. Czasem nie mogłem się opanować i dla żartu strącałem te małe źródełka na głowę bratu, kiedy szliśmy na przykład po drewno do lasu.

Woda koloru lassi

Co do panowania nad sobą, to Muhammad nie narzeka, niestety, ostatnio na brak okazji do trenowania tej cennej umiejętności, odkąd niemal 50 sąsiadów w niespełna dwa tygodnie wylądowało bądź u lekarza, bądź nawet w szpitalu z objawami ostrego zatrucia. Podejrzanego nie trzeba było nawet szukać. Pierwsze zachorowania wystąpiły dwa dni po uroczystym oddaniu do użytku nowej studni na zboczu pagórka, na którym Muhammad mieszka w towarzystwie ponad dwustu innych rodzin. Na początku były coraz liczniejsze narzekania na ból brzucha. Potem kolejni sąsiedzi zaczęli mieć biegunkę. Kiedy cztery pierwsze osoby lekarze musieli odesłać do szpitala, społeczność na wzgórzu wiedziała już, że wody z nowej studni nie wolno używać nawet do mycia.

– Śmierdzi po prostu, jakby zgniłymi jajami. Niech no ktoś pośle jakieś dziecko z butelką do tej studni – zarządza nagle Mustafa, sąsiad Muhammada, włączywszy się do rozmowy. Tylko przypomnijcie, żeby nie piło!

Chwilę później na werandzie sklepu Kabira zjawia się spocony młodociany posłaniec z butelką wypełnioną czymś, co na pierwszy rzut oka wygląda na lassi, czyli jogurt rozcieńczony wodą, który w tej części Azji pija się chętnie dla orzeźwienia. Biaława substancja ma konsystencję wody, ale tylko tyle ją z nią łączy. Po odkręceniu zakrętki nawet z większej odległości czuć wyraźnie siarkowodorową nutę, zmieszaną z czymś stęchłym. Kilka osób upewnia się jeszcze, że próbkę pobrano z właściwego źródła. Ktoś wsadza palec w otwór butelki i przysuwa zmoczony pod sam nos. Nie ma wątpliwości. To właśnie ta trucizna, którą ich obdarowano. Inna sprawa, że początkowo nie była aż tak nieprzejrzysta. Śmierdziała wprawdzie siarką, ale przecież w niektórych źródłach woda ma właśnie taki intensywny zapach, lecz nadaje się do picia. A nawet ma właściwości zdrowotne.

– Cieszyliśmy się jak dzieci – kontynuuje Muhammad. – Jak się rozejrzysz po okolicy, zobaczysz w promieniu dwustu metrów może ze trzy studnie, ale wszystkie już wyschły. Coś złego dzieje się tu pod ziemią. Może za dużo ludzi na tak niewielkim terenie, za dużo odwiertów i woda chowa się przed nami w głąb ziemi? Najbliższą działająca studnię mieliśmy dopiero tam, za tymi drzewami – wskazuje ręką w dal. – To jakieś 500-600 metrów w linii prostej, ale jak musisz przejść z ciężkimi naczyniami, góra, dół, góra, dół po tych pagórach, przeciskając się między szałasami, to się robi w obie strony wyprawa na prawie godzinę. A dla starszych to już mordęga. Ze dwieście rodzin tak się męczyło przez kilka miesięcy.


Wszystkie relacje wideo i teksty Marka Rabija znajdą Państwo w naszym serwisie specjalnym >>>


Rohinga koum

Okolice Balukhali to kilometry kwadratowe pagórków wysokich na kilkadziesiąt metrów, do niedawna porośniętych lasem. Teraz w okolicy zostało ich niewiele. Teren po horyzont usłany jest dachami szałasów, w których mieszkają wypędzeni z Birmy muzułmanie. Mówią o sobie „Rohinga koum”, czyli lud Rohinga. W Birmie ich pobratymcy innych wyznań zwali ich „loomia Bangli”. Bengalscy złodzieje. Według samych Rohingów, w skoordynowanej akcji przeciwko nim, rozpoczętej pod koniec sierpnia ubiegłego roku, birmańskie wojsko wspomagane przez uzbrojonych cywilów zabiło co najmniej 11 tys. osób i puściło z dymem przeszło 250 rohińskich miejscowości. Ponad 700 tys. z nich przedarło się przez dżunglę do Bangladeszu, gdzie wegetują obecnie w obozach takich jak ten w Balukhali, który jest zamieszkany przez około 150 tys. uchodźców. Gdzieś tam, na horyzoncie, szałasy Balukhali łączą się z kolei z szałasami Kutupalong, tymczasowego domu około 400 tys. Rohingów.

Ten górzysty, zalesiony do niedawna teren, uchodźcy wraz z administracją obozu od pół roku czynią sobie jednak tę ziemię poddaną. Na zboczach powycinali w gliniastej glebie stopnie, a na tych najbardziej stromych stokach wzmocnili je dodatkowo workami z ziemią i balami. W wielu miejscach pomiędzy pagórkami przerzucono nawet bambusowe mostki, żeby w każdych warunkach dało się tamtędy przejść suchą stopą. Najpóźniej z końcem maja zacznie się tu bowiem sezon monsunowych ulew, które zaśmiecone, ale suche dolinki między wzgórzami, zmienią w cuchnące bajora, a piaszczyste w tej chwili zbocza pokryją grubą warstwą szlamu.

Trudny nadmiar wody

Nic dziwnego zatem, że na wzgórzu Muhammada Kabira zapanowało radosne podniecenie, kiedy pod koniec lutego gruchnęła wiadomość: będą znowu wiercić! I to porządną, głęboką studnię. Muzułmańska organizacja charytatywna zgłosiła chęć sfinansowania i przeprowadzenia przedsięwzięcia. Kto dokładnie? Na wzgórzu mieszkają świetni rolnicy, znajdzie się też kilku wybornych myśliwych i rybaków. Z czytaniem już gorzej. W Birmie Rohingowie mieli teoretycznie dostęp do szkolnictwa. Nie wolno im było tylko podróżować bez zgody władz, a władze zgody na budowę szkół w miejscowościach zamieszkiwanych przez Rohingów nie wydawały. Zezwoleń na dojazd do najbliższej szkoły również.  

Siedząc w kucki sąsiad Mustafa wpatruje się w swoje bose stopy: – Przyjechali ci wolontariusze, tak się na nich mówi? No właśnie. Flagę błękitną zatknęli, dzieciom dali słodycze, starszym dywaniki do modlitwy. Sądziliśmy, że znają się na swojej robocie, mieli jakieś aparaty, sprzęt, coś wpuszczali w ziemię i wyjmowali. Studnię zrobili nam piękną, zaprosili na otwarcie, pomodlili się nawet z nami, tylko nie powiedzieli, że nikt nie sprawdził czy ta woda jest dla nas bezpieczna.

Administracja obozu? Majhi, czyli przewodniczący lokalnej wspólnoty, zaklina się na Proroka, że zgłaszał przybycie ekipy od wierceń komuś wyżej. Czy ktoś ich skontrolował? Dokonał odbioru studni? Nie wiadomo, ale wielce prawdopodobne, że w tej plątaninie obozowych baraków, ścieżek, schodków wyciętych w zboczach ktoś po prostu przegapił jeszcze jedną ekipę, która przybyła z pomocą.

W rezultacie – jak zauważa melancholijnie Muhammad – największym problemem ich małej wspólnoty na wzgórzu jest woda. Nie spodziewali się tylko, że będzie nim jej brak, a nie nadmiar.

– Oj, nie jęcz już - dokucza mu Mustafa. – Ja się cieszę, że trafiliśmy tylko na partaczy od studnia. Mogli się nam trafić amatorzy bawiący się w lekarzy.


Wyjazd naszego reportera był możliwy dzięki wsparciu finansowemu Czytelniczek i Czytelników pismaPełną listę darczyńców publikujemy TUTAJ >>>

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Historyk starożytności, który od badań nad dziejami społeczno–gospodarczymi miast południa Italii przeszedł do studiów nad mechanizmami globalizacji. Interesuje się zwłaszcza relacjami...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]