Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Historia Helblinga

Historia Helblinga

14.12.2010
Czyta się kilka minut
Ta świetna książka nie jest ani obszerna, ani erudycyjna, ani konceptualnie dopięta. Traktuje w gruncie rzeczy o "niechceniu", którego źródłem jest zachwyt wrażeniem. Czymś, co z zasady i zawsze "wypada z ram", co ucieka krytyce.
O

Opowieść zaczyna się tak: "Nazywam się Helbling i sam opowiadam tu swoją historię, gdyż inaczej zapewne nikt by jej nie napisał. W dzisiejszych czasach, kiedy ludzkość stała się wyrafinowana, nie ma nic szczególnie osobliwego w tym, że ktoś, tak jak ja, siada i zabiera się do napisania własnej historii. Moja historia jest krótka, ponieważ jestem jeszcze młody, i nie będzie napisana do końca, ponieważ prawdopodobnie mam przed sobą jeszcze wiele lat życia".

Takie słowa znajdziemy w "Historii Helblinga", niezwykłej opowiastce Roberta Walsera (przekład Małgorzaty Łukasiewicz). Początek niby zwyczajny, a przecież nie, zupełnie banalny, a jednak przykuwający uwagę. Podobnie jak sam Helbling oraz inni bohaterowie Walsera: przeciętni, intrygujący, odmalowani we wszystkich istniejących i nieistniejących odcieniach słów. A raczej: odcieniach wrażeń. Kakofonicznie, wielobarwnie, bez należytego porządku. Tak, po Walserze można się spodziewać wszystkiego.

Z prostej przyczyny przywołuję opowiastkę szwajcarskiego pisarza: gdy próbowałem ogarnąć jednym spojrzeniem wszystkie wątki najnowszego zbioru esejów Michała Pawła Markowskiego, zatytułowanego "Słońce, możliwość, radość", zdałem sobie sprawę, że w istocie czytam taką właśnie walserowską... historię Helblinga. Że choć zbiór to szczupłych rozmiarów, więcej tu treści niż w niejednej z wcześniejszych książek Markowskiego, tak obszernych, tak erudycyjnych, tak dopiętych na ostatni guzik.

"Słońce, możliwość, radość" nie jest ani obszerna, ani erudycyjna, ani konceptualnie dopięta. Jest dokładnie taka jak proza Walsera: stanowi zapis wrażeń. I dokładnie tak samo należy ją czytać: jakby próbowało się uchwycić spojrzeniem błysk światła, jakby dotykiem śledziło się subtelną materię rzeczywistości, jakby prześlizgiwało się okiem po słowach, przy żadnym z nich nie zatrzymując dłużej niż na jedną sekundę. Są ludzie, którzy taki sposób czytania - czytania książek i czytania świata - uznaliby za profanację. Są tacy, jak Markowski, którzy przeczytawszy wiele - i to przeczytawszy sumiennie, z całą rzetelnością właściwą swej profesji - któregoś dnia zadają sobie pytanie: A co, jeśli rzeczy najważniejszych nie sposób wyrazić słowami, nie sposób stworzyć dla nich spójnej narracji, nie sposób opowiedzieć o nich porządnie skrojonej historii?

Tak też, z głębi tych pytań - z głębi wrażenia, choć przecież wiemy doskonale, że wrażenia nie mają żadnej głębi! - myśli i pisze Markowski. Snuje nić opowieści (o Szeherezadzie, o Iwaszkiewiczu, o Cartierze-Bressonie, o Hopperze, o Baconie), a jednocześnie zatrzymuje się w pół kroku, mówiąc, że... najważniejszego powiedzieć nie można: "Wychodzę z Palazzo Reale - czytamy w tytułowym eseju całego zbioru - ciepły jęzor oblizuje mi delikatnie twarz, za chwilę wszystko zacznie się jeszcze raz, od nowa. Nic jeszcze nie zostało przesądzone na zawsze. Dużo radości wokół". To dla mnie najpiękniejsze zdanie tej książki. Zdanie, które otwiera wszystko, nie zamyka niczego.

Przyznam - i niech mi autor wybaczy tę szczerość - że biorąc do ręki "Słońce, możliwość, radość", bardzo bałem się rozczarowania. Poprzedni zbiór esejów, "Życie na miarę literatury", wydał mi się przedsięwzięciem z wielu względów nie do końca udanym. Zamieszczone tam szkice sprawiały wrażenie niedopracowanych, także edytorsko, a zarazem ogarniętych obsesją dopowiedzenia wszystkiego do końca. Zręczność, z jaką Markowski konstruował swoje wywody, była jak zawsze imponująca, ale i często, nazbyt często, uszu czytelnika dochodził niepokojący szelest papieru. Jak gdyby autor gonił od formy do formy, od jednego konceptu do drugiego, byle dalej od przerażającego życia, byle głębiej w egzystencję, w świat ustalonych przez siebie zasad i reguł reprezentacji. Reguły te wykuwał Markowski od lat, w kolejnych nowatorskich szkicach, esejach i książkach. Z początku odkrywcze, z czasem coraz częściej zaczęły przypominać... reguły, które, choć miały czytelnika otwierać na nowe doświadczenia lekturowe, coraz silniej zamykały go w zbiorach zadekretowanych zaklęć.

Najwyraźniej było to widoczne wtedy, kiedy Markowski przeciwstawiał ład egzystencji bezlitosnemu żywiołowi życia. "Literatura nie wyraża życia - czytamy w eseju o Poem - ale je obłaskawia. Literatura to jedna z egzystencjalnych form wypierania życia, które jako takie, bezpośrednio dane, nie jest do zniesienia". Jest jasne, że w tych słowach Markowski bynajmniej nie pisze w pierwszym rzędzie ani o twórczości Poego, ani nawet o literaturze, lecz tylko i wyłącznie o sobie, o swojej idée fixe. O sobie, samym toczącym ciągłą walkę o sens.

Taka postawa zasługuje na wielki szacunek. Sam pamiętam swoje olśnienie, gdy przed kilkunastu laty, przeczytawszy pierwsze eseje sygnowane ręką tego autora, zdumiałem się, iż w tak zaskakujący, a jednocześnie oczywisty sposób można myśleć o literaturze, o świecie. Olśnienie to nie opuściło mnie przez następne lata, bywało jednak wystawiane na ciężką próbę, zwłaszcza wtedy, gdy opozycja między życiem a egzystencją, bezkształtnym żywiołem i "kształtną" opowieścią zaczęła stawać się obiegową monetą w ideowym świecie Markowskiego. Mogę zrozumieć zapał, z jakim autor wprowadzał ją w obieg publiczny: homo narrans, czyli homo sapiens, niczego wszak nie obawia się bardziej aniżeli poczucia, że życie, to znaczy opowieść o życiu, wymknie mu się z rąk. Stąd literatura, jak każdy rodzaj narracji historycznej, zawsze pozostaje w służbie pamięci i życia, nawet gdy zajmuje się zapomnieniem i śmiercią. Jako domena narracji nie różni się wtedy niczym od historii, a patrząc jeszcze szerzej - od kultury, o której Max Weber pisał niegdyś słusznie, że jest to skończony wycinek bezsensownej nieskończoności wydarzeń świata, któremu dopiero człowiek nadaje sens i znaczenie.

Doprowadzając ten punkt widzenia do skrajności, trzeba by zapewne stwierdzić, że zadziwiająco często literatura służy ostatecznie wytwarzaniu czegoś w rodzaju efektu... placebo. Pozwala choremu, "choremu na życie", z powrotem powrócić do ram, z których nieszczęśliwie wypadł. Pomaga udomowić niekontrolowane uczucia i myśli, nawet jeśli nierzadko sama wzmaga niepokój, strach, nostalgię, grozę. Na swój sposób, posługując się pewną metaforą, pozwala zamienić wilka w psa. Pies ma w sobie coś ze swojego dzikiego kuzyna, to jasne. Lecz to jednak pies, nie w lesie żyje, a w domu. Literatura, w szczególności ta wybitna, pozwala mu niekiedy wybiegać się na zewnątrz, posmakować utraconej dzikości, ale wszystko to pod bezpieczną eskortą zasad, zwyczajów i norm, które zabezpieczają powrót do domu - bo ten następuje zawsze.

Czasami zdarza się, że udomowiony pies nie wraca. Co się z nim stało? Został zabity przez wilki? A może przyłączył się do nich i wybrał dzikość? W tym momencie przychodzą na myśl owe naprawdę nieliczne dzieła literatury, które sprawiają, że przeczytawszy je nie sposób już - jakkolwiek górnolotnie to zabrzmi - pokładać wiary w życie. Nie sposób powrócić do domu, ponieważ wszystkie prowadzące doń ścieżki zarosły. To już nie turystyczne wycieczki w regiony literatury, podczas których czytelnik, zamknięty w wygodnym jeepie, obserwuje groźne zwierzęta na zewnątrz, po czym wieczorem wraca do eleganckiego hotelu w śródmieściu i przy wykwintnej kolacji opowiada znajomym z uśmiechem, jak to "okropnie" się bał. Chodzi raczej o takie wyprawy, z których powrót jest właściwie niemożliwy. A więc o takie teksty, które nie oswajają ze światem, nie wiążą z nim, a, całkowicie na odwrót, wyrzucają poza jego nawias. To książki, z których się nie wraca.

Mam wrażenie, że takich książek i takich pisarzy Markowski obawiał się zawsze najbardziej. Że w chwilach, kiedy o nich pisał, czasami zbyt precyzyjnie ustanawiał reguły lektury. Że rzadziej, niż można sądzić, pozwalał sobie - mimo iż to zarzut głęboko niesprawiedliwy, bo któż by potrafił udźwignąć taki ciężar! - na "wypadnięcie z ram", na ucieczkę od krytyki, nawet jeśli przeczyły temu jego własne deklaracje.

"Słońce, możliwość, radość" zmienia to wszystko w sposób zasadniczy, nie tylko dlatego że na okładce dostrzegamy postać chłopca, który dosłownie "ucieka krytyce" ("Escapando de la crítica", obraz Perrego Borella del Caso z roku 1874). Otóż Markowski, mimo że nadal buduje zaskakujące konstrukcje interpretacyjne, tworzy pomysłowe analogie oraz raczy nas oryginalnymi wnioskami, a zatem mimo że nadal robi to, co robił tak udatnie i wcześniej w niezliczonych książkach, esejach i szkicach, jednocześnie puszcza do nas oko i rzecze: "No tak, oczywiście, wierzę we wszystko, co mówię. Oczywiście to wszystko jest ważne. Ale tak naprawdę, mówiąc między nami, liczy się zupełnie co innego. Kilka niezauważonych przez innych detali, jak smuga światła na nagim ramieniu, jak zmięta gazeta toczona przez wiatr. I wiecie co? I nie chce mi się tego dokładnie tłumaczyć".

Nowa książka Michała Pawła Markowskiego traktuje w gruncie rzeczy, jeśli o czymkolwiek, to właśnie o tym: o "niechceniu", którego źródłem jest zachwyt wrażeniem. Czymś, co z zasady i zawsze "wypada z ram", co ucieka krytyce, co - oczywiście - ucieka nawet samemu Markowskiemu, jego spojrzeniu, taksującemu i kadrującemu: "Wyznam szczerze - pisze na zakończenie eseju o fotografiach Cartiera-Bressona - zmęczony pięknymi kompozycjami, z ulgą wyszedłem z zatłoczonego szóstego piętra MOMA na Szóstą Aleję. Z nieba oglądało mnie popołudniowe, ciepłe słońce. Jak okiem sięgnąć - żadnych kompozycji, tylko ludzie śpieszący do domu, wychodzący co rusz, nieodwołalnie, poza mój kadr. Nic nadzwyczajnego, nic się nie rozstrzyga, życie się nie zatrzymuje. Jest, jak ma być. Będzie, co będzie".

Nikły ślad wrażenia, cienka strużka możliwości na jedną krótką chwilę zamieniona w konkret, wyczuwalna dotykiem, zasłyszana uchem, zobaczona okiem. Czy to dosyć, by napisać książkę? Nie, ale też o wrażeniach chyba nie pisze się książek. Wrażenia pojawiają się i znikają, są tchnieniem niepamięci. Poddając się im, pozwalamy sobie na zapomnienie, zapomnienie tego, skąd przybyliśmy, gdzie jesteśmy i dokąd zmierzamy. I dobrze nam z tym. Więc po cóż pisać książki i cokolwiek tłumaczyć?

Markowski pisze z pozoru nie inaczej niż zwykle, z polotem, fantazją, dezynwolturą, lecz zarazem dokonuje dyskretnego przemieszczenia porządków, dérangement de l’axe. Rozpyla zasłonę dymną ze słów, by tym szybciej za nimi się schować, tam, gdzie już nikt go nie znajdzie. Gdzie będzie sam na sam ze swoimi wrażeniami, ze swoim pragnieniem obecności, próbując wydusić ze świata, niczym Hopper w swych obrazach, owo subtelne "coś", które sprawia, że rzeczywistość zrywa sama ze sobą, by dzięki temu stać się rzeczywistością tym pełniej. I wtedy nie ma już rzeczywistości, a tylko wrażenie, jedno, dwa, czasem kilka. Wtedy też nie ma Markowskiego. Jest Helbling, jakiś ciąg plam, strzępki słów, pozrywana linia fabuły, zlepki sensu. I radość, że tak jest. Że odkryło się wreszcie, podobnie jak odkrywa to Helbling, iż najlepiej jest pozostawić rzeczy ich własnemu biegowi. Markowski, jak nigdy dotąd, ufa tutaj samotności i milczeniu.

"Widziałem: ośmiornicę pełznącą po piasku, kobiety czyszczące w morskiej wodzie owczą wełnę, kameleona na targu, dwa złote zęby zaklinacza węży, który wyciągnął jakiegoś gada z tekturowej walizki, kopnął i zrobił z niego kobrę, cmentarz dla zwierząt założony przez Barbarę Hutton, dywan, który robi się pół roku, otwarte zielone drzwi do meczetu, przez które nie wolno wejść, jajka za 70, 60, 50 i 40 dirhamów, stare francuskie skrzynki pocztowe, wyciągane sieci z nieznanymi rybami, wielbłądy na plaży, beznogich żebraków, daktyle, sklep z 30 tysiącami przypraw".

To fragment impresji zatytułowanej "Tanger, 18 sierpnia". Jeśli zapytamy Markowskiego, po co to napisał, odpowie najpewniej słowami, którymi kończy całą książkę: "Najchętniej niczego bym nie tłumaczył". Wytłumaczyć za niego? O nie, to by wszystko zepsuło. Więc niech zostanie, jak jest. Bo przecież będzie, co będzie.

Michał Paweł Markowski, Słońce, możliwość, radość, Wołowiec 2010, Wydawnictwo Czarne.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]