Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Grzech ignorancji

Grzech ignorancji

16.05.2016
Czyta się kilka minut
Dlaczego wielu ludzi polskiej prawicy i Kościoła nie chce w sprawie globalnego ocieplenia słuchać ani Franciszka, ani naukowców?
Fot. James Jordan / GETTY IMAGES
J

Jerzy Zięba, który postuluje zastąpienie antybiotykoterapii i chemioterapii witaminą C, występuje na polskich uczelniach. Maciej Giertych promuje jako profesor belwederski swoją książkę, w której zaniża wiek Ziemi 700 tysięcy razy (to tak, jak gdyby wiek kościoła Mariackiego w Krakowie ocenić na dziewięć godzin). Tzw. antyszczepionkowcy coraz częściej wypowiadają się z pozycji autorytetu. Przez Polskę przetacza się fala pseudonauki.

Ale problem nie tylko w tym, że głosi się nieprawdę. Problem w tym, że instytucje obdarzone wysokim zaufaniem przyczyniają się do rozkwitu fatalnego w skutkach relatywizmu: poglądu, zgodnie z którym wszystkie opinie są równocenne.

Prawda jest natomiast taka, że my, ludzie, wiemy dziś o świecie całkiem sporo, i że są poglądy uzasadnione oraz nieuzasadnione. Istnieje solidna wiedza na temat świata. Ba, każdy z nas ma do niej dostęp. Na wyciągnięcie ręki są tony materiałów edukacyjnych i naukowych; każdy z nas może kupić teleskop, mikroskop albo przenośny czujnik dwutlenku węgla. Wystarczy tylko posłuchać świata i choć trochę rozumieć, jak działa nauka, która stanowi naszą globalną antenę nasłuchową, rejestrującą, co świat do nas mówi. Niedoskonałą, ale jedyną, jaką mamy.

To, że istnieje Lucjan Łągiewka, twierdzący, że potrafi zawiesić prawa Newtona, nie oznacza, że nasze ciało nieprzypięte pasami bezpieczeństwa magicznie wytraci pęd w momencie zderzenia. Musimy nauczyć się radzić sobie z tego typu zjawiskami, a szczególna odpowiedzialność spada na tych, których społeczeństwo obdarza zaufaniem. To nie jest problem akademicki. Niewiedza może mieć śmiertelne skutki.

Niewiedza na temat fizjologii człowieka doprowadziła ostatnio do śmierci małego dziecka, karmionego źle zbilansowaną dietą przez rodziców – przesadnie entuzjastycznych wegan. Niewiedza na temat skutków ubocznych chorób zakaźnych doprowadziła do śmierci innego dziecka, celowo zarażonego ospą na tzw. ospa party [zob. „TP” nr 14]. Niewiedza na temat funkcjonowania ziemskiej atmosfery może doprowadzić do śmierci na znacznie większą skalę.

Przyczynianie się do tej ignorancji, nawet pośrednie, nie różni się pod względem moralnym od promowania niezapinania pasów. To grzech.

Klimat polityczny

Kwestia globalnych zmian klimatycznych to chyba najwyrazistszy przykład. Bo tak się składa, że ich realności wyjątkowo chętnie zaprzeczają (bądź bagatelizują) partie prawicowe – od Partii Republikańskiej w USA po Front Narodowy we Francji. Oraz PiS w Polsce.

Oto Jarosław Kaczyński w marcu 2012 r. w Katowicach: „Weźmy, proszę państwa, sprawę CO2 i pakietu klimatycznego. Co to jest? Ktoś próbuje wmawiać, że to ma jakieś znaczenie dla klimatu, to jest po prostu śmiechu warte. Po pierwsze, nie ma żadnych dowodów, że w ogóle wszystko razem ma jakiekolwiek znaczenie, a jest bardzo wiele dowodów na to, że nie ma”.

A oto obecny minister środowiska Jan Szyszko: „Dwutlenek węgla emitowany w Polsce jest gazem życia dla żywych zespołów przyrodniczych, by stawały się coraz lepsze”. Za tę wypowiedź otrzymał parę miesięcy temu od portalu Naukaoklimacie.pl nagrodę Klimatycznej Bzdury Roku.

Podobne głosy padają w konserwatywnych mediach. Oto choćby Agnieszka Kołakowska w „Rzeczpospolitej”: „Brak korelacji między ociepleniem a dwutlenkiem węgla nie powinien dziwić: od początku związek ten był niejasny i nadal nie wiadomo, w jakim stopniu poziom dwutlenku węgla w atmosferze wpływa na klimat. Ani też jaki jest mechanizm tego wpływania. Ani jaką rolę w poziomie CO2 odgrywa ludzkie działanie”.

Ze sceptycyzmem klimatycznym rodzimej prawicy poważny problem ma polski Kościół. Trudno zaprzeczyć, że prawica jest jego tradycyjnym sprzymierzeńcem politycznym. Tymczasem sygnał „z góry” jest jednoznaczny: wielokrotnie powtarzane stanowisko Kościoła jest zgodne z tym, co głosi nauka – globalne ocieplenie to realne zjawisko, a odpowiedzialność za nie w dużym stopniu ponosi człowiek. Mówili to Jan Paweł II i Benedykt XVI, a ubiegłoroczna encyklika „Laudato si” Franciszka tylko to potwierdza.

Na zorganizowanym w 2013 r. w Brukseli spotkaniu Komisji Episkopatów Wspólnoty Europejskiej podjęto uchwałę, zgodnie z którą „jest niezaprzeczalnym faktem, iż człowiek przede wszystkim odpowiada za zmiany klimatyczne”. Kościół stoi murem za nauką.

Podczas gdy w zachodniej Europie kościelni liderzy i sami katolicy zaczęli się zastanawiać, jak wpłynąć na redukcję emisji CO2, w Polsce np. metropolita częstochowski abp Wacław Depo podczas jednego z Apelów Jasnogórskich ironizował, że na wszystkie moralne zagrożenia świata Unia Europejska proponuje szczyt ekologiczny. Chodziło o paryską konferencję klimatyczną COP21, której uczestników biskupi z całego świata wezwali w Watykanie do „drakońskiej redukcji emisji dwutlenku węgla” oraz działań zmierzających ku zakończeniu epoki paliw kopalnych.

Abp Depo już wcześniej, 1 stycznia 2013 r., jeszcze podczas pontyfikatu Benedykta XVI, opowiadał w Radomiu, że świat wyznaje dziś „nową religię globalnego ocieplenia i zagrożenia dwutlenkiem węgla”. Postulat podatku za produkcję dwutlenku węgla (skądinąd kontrowersyjny od strony politycznej i ekonomicznej) określił jako „ludobójczy”, utrzymując że „utworzony w ten sposób fundusz przekazywałby środki na aborcję w krajach ubogich, bo tam się rodzi – zdaniem klimatologów – za dużo dzieci, które wydychają dwutlenek węgla”.

Krytycznie o ekologicznym zaangażowaniu papieża Franciszka wypowiadali się księża oraz publicyści. Tomasz Terlikowski sugerował, aby nie słuchać papieża w sprawie globalnego ocieplenia, a zdanie Kościoła i nauki nie jest zgodne: „nieomylność papieska dotyczy kwestii wiary i moralności, a nie przyczyn globalnego ocieplenia i metod walki z nim. To kwestia nauki i polityki”. Zaś „Rzeczpospolita” przytaczała opinie, według których „Laudato si” miałaby być encykliką wręcz... antypolską.

O ile oczywiste są punkty zgodności między światopoglądem konserwatywnym a głosem Kościoła, to nie ma żadnego logicznego powiązania między wiarą w Chrystusa Zmartwychwstałego a nieuznawaniem wpływu dwutlenku węgla na klimat. Jedynym oczywistym związkiem jest polityka.

Polski Kościół został więc wmanewrowany w trudną sytuację. Z jednej strony młot polityki, z drugiej kowadło nauki. Doskonałą tego ilustracją była przedziwna konferencja z 16 lipca w minionym roku, niedługo po oficjalnej publikacji encykliki, zatytułowana „Zrównoważony rozwój i zmiany klimatyczne w świetle encykliki Ojca Św. Franciszka »Laudato si«”. Honorowym patronem był przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Stanisław Gądecki. Odbyła się ona w Sejmie RP, a otwarcia dokonali wspólnie prof. Jan Szyszko i o. dr Tadeusz Rydzyk.

Nad całą konferencją unosił się duch wielkiego nieobecnego, którym była kwestia ograniczenia emisji CO2 w Polsce. Jest to nie tylko fundamentalny problem polskiej gospodarki, ale też temat poruszony przez Franciszka w „Laudato si” – w punkcie 26. encykliki znajduje się wyraźne zalecenie, aby ze względów moralnych (!) drastycznie zmniejszyć emisję tego gazu. Na warszawskiej konferencji temat w zasadzie przemilczano. Cztery referaty wygłoszone w ramach sekcji „Działalność gospodarcza a zrównoważony rozwój i zmiany klimatyczne” dotyczyły kolejno: rolnictwa, gospodarki leśnej (tytuł: „Gospodarka leśna w Polsce wzorem zrównoważonego rozwoju”) i łowieckiej, zaś ostatni był optymistycznym podsumowaniem wygłoszonym przez Jana Szyszkę.

Jeśli faktycznie jest to odpowiedź instytucjonalnego Kościoła polskiego na problem zmian klimatycznych w kontekście nowej papieskiej encykliki, to jest to głos w najlepszym razie nieśmiały, realistyczniej mówiąc – ostrożny, a przy odrobinie polemicznego zapału można by go po prostu określić jako usłużny wobec interesów politycznych PiS.

Pozory argumentów...

Istnieją trzy tradycyjne „zasłony dymne”, które pomagają w publicznym głoszeniu stanowisk niezgodnych ze stanem wiedzy naukowej: pseudoargumenty, brak konsensusu naukowego i stronniczość naukowców czy wręcz globalny „spisek klimatyczny”. Przyjrzyjmy im się kolejno.

Kwestia zmian klimatycznych obrosła niewiarygodną liczbą mitów i jawnych kłamstw. Prawdziwa tragedia polega nie na tym, że w mediach pojawiają się zdania nieprawdziwe, lecz na tym, że osoby je wygłaszające niekiedy doskonale o tym wiedzą.

Prosty przykład. „Wulkany emitują wielokrotnie więcej dwutlenku węgla niż ludzie” (ergo: antropogeniczne globalne ocieplenie to mit). Jawna nieprawda. Nigdy tego nie potwierdzono żadnym badaniem. Twierdzenie to można obalić na wiele sposobów. Od bezpośrednich wyników pomiarów emisji wulkanicznych (wynoszących obecnie ok. 200–300 mln ton CO2 rocznie, w porównaniu z ok. 30 mld ton rocznie emitowanymi przez ludzi) po wykresy poziomu CO2 w atmosferze, na których widać minimalną tylko korelację z globalnym poziomem aktywności wulkanicznej czy ślady wzrostu po wielkich erupcjach.

Innym przykładem są „zmiany kosmiczne”. „Źródła tych zmian [klimatycznych] biorą się głównie z kosmosu, który – w różny sposób i z niezbyt dobrze zrozumianych przyczyn – wpływa na to, co się dzieje na Ziemi” – pisał w felietonie „Realizm w obliczu świeckiej religii” na łamach „Rzeczpospolitej” prof. Jan Winiecki. Otóż owe zmiany nie następują w takiej skali czasowej, aby mogły odpowiadać za globalne ocieplenie w ciągu ostatnich 150 lat. Ich wpływ jest zresztą doskonale znany, wielokrotnie przeliczony i zdecydowanie mały w porównaniu z czynnikiem ludzkim.

Rzecz jednak w tym, że podobne tezy od początku mają stanowić tylko cieniutki pozór argumentu. Nie ma artykułów naukowych czy encyklopedii geologicznych, w których można by znaleźć ich źródło. Debata naukowa na ten temat nie istnieje, a skład gazów wulkanicznych i skala ich emisji są znane od dziesiątków lat – co elegancko obala „argument spiskowy”. Geolog Frank Clarke w swojej monografii z 1920 r. pt. „Data of Geochemistry” zebrał dane z globalnych pomiarów wulkanicznych emisji CO2 i podał wynik zbliżony już do współczesnych oszacowań. Sam efekt cieplarniany, czyli podstawowe zjawisko fizyczne napędzające globalne zmiany klimatyczne, przewidziano w latach 20. XIX w., a potwierdzono w latach 50. XIX w. Pierwsze precyzyjne obliczenia wpływu zawartości CO2 na temperaturę Ziemi opublikował chemik Svante Arrhenius w 1896 r. Czy wszyscy ci naukowcy, i tysiące ich następców, zostali wstecznie wciągnięci do globalnego spisku klimatycznego, wiele dekad przed jakąkolwiek publiczną debatą na ten temat?

Emisje wulkaniczne przekraczające emisje ludzkie są zmyślone w jednym tylko celu – aby dobrze udawały argument i aby kiedyś kogoś przekonały – kogoś, kto nie chce albo nie potrafi skonfrontować tej tezy z faktami. Uwierzenie w pseudoargument to pech, który może spotkać każdego. Powielanie pseudoargumentów – zwłaszcza gdy ma się realny wpływ na debatę publiczną – jest już skrajnie nieodpowiedzialne.

…i pozory kontrowersji

Kolejną zasłoną dymną, za którą chowają się „zaprzeczacze”, jest niepewność wyników naukowych i brak konsensusu. Strategia ta stosowana jest również w Polsce. Taka jest m.in. nić przewodnia wydanego ostatnio w Polsce pseudopodręcznika biologii pt. „Zbadaj ewolucję” (Wydawnictwo Fronda), będącego w istocie zakamuflowanym tekstem kreacjonistycznym.

Przyjrzyjmy się strategii „zasłony dymnej”, zaczynając od podstaw. Nauka nie jest metodą osiągania niepodważalnej pewności. Metodę naukową można krótko określić jako drogę uzyskiwania coraz lepszych przybliżeń, programowo otwartą na możliwość zmiany. Nie jest doskonała, ale to jedyna nam znana metoda poznawania świata przyrody. Kto się więc spodziewa, że racjonalne decyzje można podejmować tylko na bazie tego, co „pewne i niepodważalne”, od razu stawia niemożliwe wymagania. Pewność stuprocentowa jest domeną nauk matematycznych. Nauki empiryczne skazane są na to, co Popper określał jako „prawdoupodobnienie” (verisimilitude).

Kolejne międzyrządowe panele klimatyczne (IPCC) wkomponowały zresztą ten znany fakt w treść swoich raportów. Każda teza najnowszego raportu końcowego (AR5) opatrzona jest określeniem wyrażającym związany z nią poziom pewności. Przykładowo okres 1983–2012 był prawdopodobnie najcieplejszym 30-letnim okresem na półkuli północnej w ciągu ostatnich 1400 lat. Słowo „prawdopododobnie” (likely) oznacza, że szacowane prawdopodobieństwo prawdziwości tej tezy wynosi powyżej 66 proc. Zdanie „czynniki antropogeniczne stanowią dominujący czynnik powodujący zaobserwowane ocieplanie się klimatu w drugiej połowie XX wieku” opatrzone jest klauzulą „niezwykle prawdopodobne” (extremely likely), co oznacza poziom pewności powyżej 95 proc. To dużo czy mało? Niech każdy oceni samodzielnie. Tak czy inaczej, lepiej na razie się nie da.

Warto podkreślić, że liczby te nie powstały w wyniku głosowania, lecz są ilościowym wyrazem poziomu niepewności związanego z daną metodą, tak jak dokładność co do milimetra stanowi cechę pomiaru linijką.

Osobnym problemem jest kwestia poziomu zgodności naukowców. Ten też nigdy nie będzie stuprocentowy. Nawet w sprawach tak oczywistych, jak ewolucja życia na Ziemi, poziom zgodności społeczności akademickiej wynosi, zależnie od badania, „tylko” 95-99 proc.
W przypadku globalnych zmian klimatycznych podobne „badania opinii” wykonywano wielokrotnie. W często cytowanym badaniu Petera Dorana z 2009 r. wystąpił znamienny „efekt schodkowy”.

Uczestnikom zadano pytanie: „Czy uważasz, że ludzkie działanie jest znaczącym czynnikiem wpływającym na globalne temperatury?”. W grupie respondentów niebędących naukowcami pozytywnie odpowiedziało 58 proc. W grupie naukowców niebędących klimatologami – 77 proc., w grupie klimatologów, również nieaktywnych zawodowo – 88 proc., a w grupie zawężonej do klimatologów aktywnie badających zmiany klimatyczne: 97,5 proc. Krótko mówiąc, antidotum na wątpliwości to po prostu wiedza.

Ciekawe, że najniższy odsetek zgody wystąpił u ekonomistów, co wydają się potwierdzać doświadczenia polskie. Cytowany wyżej Jan Winiecki jest profesorem ekonomii. Swego czasu głośno było o wypowiedzi w Radiu Tok FM prof. Elżbiety Mączyńskiej, która stwierdziła, że człowiek odpowiada za zmiany klimatyczne jedynie w 2 procentach. Prof. Mączyńską uhonorowano później za te słowa laurem Klimatycznej Bzdury Roku. Jest ekonomistką.

Pycha i ignorancja

Wróćmy do zasadniczego problemu. Kościół polski stoi w obliczu jednoznacznego stanowiska naukowego oraz równie jednoznacznego głosu Watykanu. Kluczowy z punktu widzenia religijnego nie jest jednak aspekt naukowy tego zjawiska, lecz etyczny.

Cytowana już encyklika porusza wiele problemów etycznych związanych z postawami ekologicznymi, m.in. kwestię globalnej solidarności. Nie wszystkie części świata zostaną jednakowo dotknięte przez zmiany klimatyczne, a Polska nie jest w grupie „pierwszego ryzyka”. W encyklice postawiona jest jednak teza, że kraje emitujące więcej CO2 powinny wziąć odpowiedzialność za cierpienie ludzkie, które wynika ze zwiększonych emisji (co miałoby być argumentem za ową „antypolskością” encykliki). Nasz kraj jest tymczasem 20. w rankingu państw ze względu na roczną emisję CO2. I, co zabawne, produkuje go akurat tyle, ile wynosi roczna globalna emisja wulkaniczna...

Całą kwestię naszej zgody czy niezgody na to, co mówi społeczność naukowa, można sprowadzić do relacji człowiek–świat. Potraktujmy naukę jako globalny układ zmysłowy i nerwowy ludzkości. Czy jest niedoskonała? Oczywiście, bo niedoskonały jest człowiek. Czy jest podatna na korupcję, oszustwa i przeinaczenia? Oczywiście, bo to ludzkie słabości. Czy mamy coś innego? Nie mamy. Nie posłuchać głosu nauki w groźnej sytuacji wymagającej decyzji dlatego, że nauka jest niedoskonała, to jak nie odskoczyć w obliczu nadjeżdżającego auta, ponieważ istnieją złudzenia optyczne.

Alternatywą jest zaufanie wybranej jednostce, traktowanej jako autorytet większy od całej społeczności naukowej. Cytowany już wyżej prof. Winiecki informuje w swoim artykule, że sceptycyzm wobec zmian klimatycznych wyraził również „niemiecki fizyk prof. H.J. Luedecke” oraz „Francuz, prof. P. Darriulat, były dyrektor badań w wielce cenionym międzynarodowym ośrodku CERN”. To nie jest przepis na systematyczną, racjonalną metodę obchodzenia się ze światem. To przepis na sektę. Nie możemy metodycznie liczyć na to, że 97,5 proc. ekspertów się myli tylko dlatego, że jest to zgodne z naszymi przekonaniami. Racjonalne, zorganizowane działanie – czy to ze strony rządów, czy Kościołów – nie może się opierać na zaufaniu, że w danym konkretnym wypadku to właśnie mniejszość składa się z heroicznych geniuszy, samotnych Galileuszów, zaś my posiadamy dar dostrzeżenia tego z wyprzedzeniem. Decydujący głos ma uzasadnienie naukowe, razem z właściwym jej poziomem niepewności.

To dlatego zresztą wspominane oświadczenie episkopatów europejskich – że odpowiedzialność człowieka za zmiany klimatyczne jest „niezaprzeczalnym faktem” – również należy skrytykować. Raport IPCC nadaje temu zdaniu poziom pewności 95-100 proc.; badania ankietowe wskazują, że zgadza się z nim 97,5 proc. ekspertów. W nauce o przyrodzie nie ma „niezaprzeczalnych prawd”. Musimy nauczyć się mądrze i konsekwentnie żyć z tym faktem. Poznawanie świata musi więc iść w parze z poznawaniem nauki.

Słuchanie świata

Świat nie przejmuje się naszymi ideologiami i beznamiętnie robi swoje, zgodnie z prawami przyrody. Nasze szczęście, że przy tym odpowiada na pytania. Czujnik wetknięty w wyziewy wulkaniczne to pytanie zadane światu. Rzecz w tym, czy zechcemy wysłuchać odpowiedzi.

W 1990 r., z okazji Światowego Dnia Pokoju, Jan Paweł II świetnie uwypuklił właśnie tę kwestię: „Kiedy umieścimy problem kryzysu ekologicznego w szerszym kontekście pokoju w społeczeństwie, będzie nam łatwiej zrozumieć znaczenie, jakie ma uważne słuchanie tego, co mówi nam Ziemia i atmosfera: to mianowicie, że we Wszechświecie występuje porządek, który trzeba uszanować”.

Kwestia naszych relacji ze światem nie jest kolejną abstrakcyjną dysputą – to kwestia realnych działań. I realnego cierpienia ludzkiego, które może być ich konsekwencją. Nie można się chować za pseudoargumentami, za wyimaginowanym brakiem konsensusu naukowego, czy wreszcie za poglądami politycznymi. Na obecnym etapie rozwoju nauki i przy doskonałym dostępie do informacji niesłuchanie świata już dawno przestało być naiwną, nieświadomą niewiedzą. Jest świadomą ignorancją.

A świat nie wybacza ignorancji. Bez litości karze ludzi uważających, że swoją wolą i swoimi poglądami są w stanie unieważnić prawa fizyki, biologii, oceanologii czy nauk atmosferycznych. Niesłuchanie świata i niezrozumienie nauki jest grzechem o potencjalnie śmiertelnych konsekwencjach.

Współpraca Błażej Strzelczyk

NIE TYLKO FRANCISZEK: PAPIEŻE O EKOLOGII
Obok problemu konsumizmu budzi niepokój ściśle z nią związana kwestia ekologiczna. Człowiek, opanowany pragnieniem posiadania i używania, bardziej aniżeli bycia i wzrastania, zużywa w nadmiarze i w sposób nieuporządkowany zasoby ziemi, narażając przez to także własne życie (...). Człowiek mniema, że samowolnie może rozporządzać ziemią, podporządkowując ją bezwzględnie własnej woli, tak jakby nie miała ona własnego kształtu i wcześniejszego, wyznaczonego jej przez Boga, przeznaczenia, które człowiek, owszem, może rozwijać, lecz któremu nie może się sprzeniewierzać.
Jan Paweł II, encyklika „Centesimus annus”

Możemy odpowiedzieć na to wielkie wyzwanie: aby odkryć na nowo oblicze Stwórcy w Stworzeniu, aby odkryć na nowo w oczach Stwórcy obecność naszej odpowiedzialności za jego Stworzenie, którą nam powierzył, tworząc moralny charakter stylu życia, który musimy przyjąć, jeśli chcemy zająć się problemami zmian klimatycznych, i jeśli naprawdę chcemy osiągnąć pozytywne rozwiązania.
Benedykt XVI Światowe Dni Młodzieży 2008

KATECHIZM KOŚCIOŁA KATOLICKIEGO O IGNORANCJI
Kanon 1791: Ignorancja często może być przypisana odpowiedzialności osobistej. Dzieje się tak, „gdy człowiek niewiele dba o poszukiwanie prawdy i dobra, a sumienie z nawyku do grzechu powoli ulega niemal zaślepieniu” („Gaudium et spes”, 16). W tych przypadkach osoba jest odpowiedzialna za zło, które popełnia.
Kanon 1859: Grzech śmiertelny wymaga pełnego poznania i całkowitej zgody. Zakłada wiedzę o grzesznym charakterze czynu, o jego sprzeczności z prawem Bożym. Zakłada także zgodę na tyle dobrowolną, by stanowił on wybór osobisty. Ignorancja zawiniona i zatwardziałość serca nie pomniejszają, lecz zwiększają dobrowolny charakter grzechu. ©

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Filozof przyrody i dziennikarz naukowy, specjalizuje się w kosmologii, astrofizyce oraz zagadnieniach filozoficznych związanych z tymi naukami. Pracownik naukowy Uniwersytetu Papieskiego...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Szanowny Panie redaktorze, Z wielkim zażenowaniem przeczytałam Pana artykuł pt "Grzech ignorancji". Tygodnik Powszechny był zawsze postrzegany przez ze mnie jako gazeta rzetelna, wiarygodna, redagowana na wysokim profesjonalnym poziomie, co czyniło mnie jego stałym czytelnikiem. Artykuł, który Pan opracował, a dotyczy spraw które od wielu miesięcy zgłębiam i analizuję, pokazał jednoznacznie że podszedł Pan do tematu z dużą dozą ignorancji, niestety własnej. Pierwszy temat - Jerzy Zięba - naturoterapeuta. Czy zadał sobie Pan trud, aby przeczytać jego książkę, posłuchać jednego z licznych wykładów, wypowiedzi dostępnych w internecie, odwiedzić stronę internetową książki lub fundacji którą założył. Czy sprawdzał Pan źródła naukowe, na które powołuje się ten rzekomy szarlatan? Z artykułu wygląda na to, że powtórzył Pan banały zasłyszane w mediach. Proszę na prawdę to zrobić, bo przynosi Pan wstyd sobie i tak nobliwej gazecie i szkaluje tak zasłużonego człowieka, który pomógł tysiącom ludzi. Przedstawię w skrócie fakty dotyczące pana Jerzego Zięby. Jerzy Zięba jest naturoterapeutą. Z wykształcenia jest inżynierem, jednak od 20 lat zgłębia tajniki medycyny. Jego wiedza medyczna jest ogromna, zwłaszcza z dziedziny biochemii, co pozwala pozwala mu na merytoryczne dyskusje z lekarzami i naukowcami. Wieloletni pobyt za granicą pozwolił mu poznanie służby zdrowia w innych krajach, a doskonała znajomość języka angielskiego umożliwiła mu studiowanie zagranicznych prac naukowych. Pan Jerzy Zięba nie głosi swoich teorii. W swojej książce i wykładach przedstawia opinii publicznej fakty dotyczące terapii medycznych opartych na licznych badaniach naukowych, które z różnych względów nie są stosowane przez polskich lekarzy, a są skuteczne. Pan Jerzy nie neguje osiągnięć medycyny i przemysłu farmaceutycznego, której postęp jest ogromny i która uratowała wiele istnień ludzkich. Jednak słabością współczesne medycyny są choroby przewlekłe, z którymi sobie nie radzi. Alergie, cukrzyca, choroby tarczycy, stawów itd- to zmora współczesnych czasów. Przedstawione przez Jerzego Ziębę alternatywne terapie są naprawdę skuteczne, w odróżnieniu od leków, które często mają skutki uboczne. Idea, która przyświeca podejściu naturoterapeuty to holistyczne podejście do zdrowia człowieka. Główną przyczyną chorób jest niedobór jakiś naturalnych substancji, witamin, mikroelementów, lub nadmiar toksyn w organizmie. Wiem, że wydaje się to niedorzeczne że jakieś witaminki mogą uratować zdrowie. Sama również miałam do tego sceptyczne podejście. Działanie jego terapii wypróbowałam z pozytywnym skutkiem na sobie i mojej rodzinie, na jego stronach jest wiele podziękowań ludzi którym jego rady pomogły. Oczywiście, zawsze można bagatelizować te dane i traktować jako efekt placebo lub zbyt mała próbę. Wyśmiewa Pan Jerzego Ziębę podając informacje, że witaminą C można wyleczyć nowotwory bez podawania chemii. Ale takie są fakty i są na to badania naukowe. Donoszą na ten temat nawet media: Prawdziwy temat na artykuł to zbadanie czemu witaminy C nie podaje się przy leczeniu nowotworów w Polsce. W wielu krajach Przestanie Pan bagatelizować witaminkę C, jeśli przenanlizuje Pan wykład Dr Susan Humphries, która dokąłdnie wyjasnia działanie witamimy C od strony biochemicznej. https://www.youtube.com/watch?v=0b5lNs7ZwYs Wierzy Pan w naukę, fakty. Jednak czy nie daje Panu do myślenia fakt, że Polskie Towarzystwo kardiologiczne poleca margarynę

Szanowny Panie, Krótko odpowiem: tak, zapoznałem się bardzo szczegółowo z książką J. Zięby i tak, poświęciłem sporo czasu, czytając cytowane przez niego artykuły naukowe. Ba, spędziłem ładnych parę godzin na PubMedzie, Scholarze itp., sprawdzając dodatkowe kwestie, które przy tej okazji wypłynęły. Pisze Pan: "Przedstawione przez Jerzego Ziębę alternatywne terapie są naprawdę skuteczne" - otóż zdanie to, zwłaszcza w odniesieniu do onkologii, nie ma uzasadnienia w faktach. Przytaczane przez J. Ziębę odnośniki literaturowe w najlepszym razie świadczą na rzecz tezy, że witamina C może być stosowana pomocniczo w łagodzeniu niektórych skutków ubocznych chemioterapii. NIE świadczą natomiast na rzecz tezy, jakoby stanowiła ona "alternatywną terapię" nowotworów! A tak - niestety - często przedstawia się publiczny odbiór jego wypowiedzi, co Pan zresztą świetnie ilustruje, a czego J. Zięba nie dementuje w najmniejszym stopniu. Moje osobiste odczucie jest takie - a chętnie dowiem się, że jest odwrotnie, i jestem gotów przyznać publicznie, że się myliłem - że J. Zięba celowo nie dementuje tego typu wypaczonych interpretacji badań, które cytuje, ponieważ czerpie z tych interpretacji pośrednio korzyść finansową. Nie twierdzę więc, że jest niedorzeczne, jakoby "witaminki" miały mieć duże znaczenie medyczne. Ba, piszę w moim tekście expressis verbis, że zastosowania medyczne witaminy C są zaskakująco szerokie (komentarz, który dodałem do tekstu po długiej nocy spędzonej na czytaniu artykułów naukowych na ten temat - przyznam szczerze, że spektrum potencjalnych zastosowań medycznych kwasu askorbinowego naprawdę mnie zafascynowała). Podtrzymuję natomiast zdanie, że J. Zięba prezentuje te badania w sposób tendencyjny i nieuczciwy intelektualnie. Pisze Pan, że "witaminą C można wyleczyć nowotwory" - i to jest właśnie ten moment, w którym skądinąd interesujące wyniki naukowe zaczynają być przedstawiane na sposób "sekciarski", przesadzony i ostatecznie niebezpieczny. W tego typu przypadkach niezbędna jest absolutna precyzja! Nie wolno propagować półprawdy. Dla tak sformułowanego zdania nie ma absolutnie żadnego poparcia w powtarzalnych, rzetelnych badaniach naukowych. I tylko o to mi chodziło - o potencjalnie śmiertelną w skutkach, emocjonalną nadinterpretację, która pojawia się w kontekście uniwersyteckim. Jeśli istnieją badania naukowe wykazujące skuteczność witaminy C w, mówiąc kolokwialnie, "leczeniu raka", proszę je wymienić. Chętnie się zapoznam. J. Zięba absolutnie tego typu badań nie cytuje i proszę, abyśmy skupili się na faktach. Pisze Pan: "Oczywiście, zawsze można bagatelizować te dane i traktować jako efekt placebo lub zbyt mała próbę." - oczywiście, że tak! Chodzi o życie ludzkie! Nie wolno nam postępować inaczej, jak tylko z najwyższą ostrożnością, a tego J. Zięba nie robi, budząc nadzieje, dla których nie ma solidnego uzasadnienia.

Głos użytkownika "grach" dobrze obrazuje zderzenia metody naukowej z jej ludowym odbiorem. Trudno sobie wyobrazić komentarz lepiej obrazujący ten problem. Panie redaktorze, praca szlachetna ale syzyfowa.

Zakładając, że leczymy chorobę która nie leczona powoduje śmierć, to jeśli poniechamy sprawdzonej metody, która jest w iluś tam procentach skuteczna na korzyść metody nowej, niesprawdzonej, nieudokumentowanej, podejmujemy się bardzo sporego ryzyka, a osoba która do tego namawia faktycznie popełnia przestępstwo i moralne, i prawne, a jeśli na skutek zaniechań ktoś umrze to jest to zbrodnia. To jednak działa w obu kierunkach, jeśli nie zaniedbując metody sprawdzonej odmawiamy prawa funkcjonowania i stosowania metody niekonwencjonalnej, nie kolidującej z tymi sprawdzonymi, a co gorsza, jeśli pomimo pozytywnych przesłanek szykanujemy te metody niekonwencjonalne, zatajamy o nich informację, wtedy też dopuszczamy się czynu o charakterze zbrodni moralnej. Wręcz można podejrzewać, że za taką postawą stoi ochrona zysków odpowiednich lobbingów farmaceutycznych. Na koniec czy witamina C może wyleczyć z nowotworu? skoro wielu twierdzi, że może wyleczyć modlitwa, to dlaczego nie witamina C? byle konwencjonalnych, sprawdzonych metod nie zaniedbać. ps. nadzieja nawet złudna nie jest zła, bywa, że ratuje życie, lub przynajmniej czyni jego końcówkę bardziej znośną.

Najbardziej zastanawia mnie, jak do wygłaszania opinii o zmianach klimatycznych zaprasza się nie klimatologów, ale naukowców zajmujących się czymś pokrewnym, żeby móc powiedzieć: "a naukowcy jednak mówią, że to globalne ocieplenie to bzdura". Na tej samej zasadzie można by do naprawy elektryki zamawiać hydraulika - i jeden i drugi instaluje media, więc co za różnica? Tymczasem od dłuższego czasu istnieją strony, np. naukaoklimacie.pl gdzie polscy klimatolodzy rozprawiają się z różnymi zdaniami nt zmian klimatycznych i odsiewają mity od obecnej wiedzy naukowej. A ta nie napawa optymistycznie. Trzecią wartą podkreślenia kwestią jest to, że o planach redukcji emisji CO2 wiadomo od dłuższego czasu, protokół z Kioto ma prawie 20 lat. Było mnóstwo czasu, żeby opracować plany przejścia na odnawialne źródła energii, rozwinięcie nowych gałęzi nauki i techniki, zarobienie sporej kasy na technologiach i zmniejszenie uzależnienia od importu gazu. Ale cóż, do szczęścia wystarczyło nam cieszyć się, że w związku z upadkiem przemysłu ciężkiego mieścimy się w wymaganych wtedy widełkach...

No i w tym leży problem, zarobić mieliśmy nie my, ale inni. O rozwijaniu nowych technologii w Polsce nie było mowy. Mieliśmy kupić od innych to co już "sprawdzone". Płacić, biedować, a na czoło nalepić sobie zieloną nalepkę jacy to ekologiczni jesteśmy, bo już na nic innego nie byłoby nas stać. Zresztą nie wykluczone, że przez swoją globalną, ale głupotę, to nawet nalepki na czole mieć nie będziemy :/

Na szczęście polityka klimatyczna w Polsce działa. Mamy obecnie 14% udział zródeł energii odnawialnych,tj ok 20TWh - przede wszystkim z wiatru a na przykład Australia ma niewiele więcej - 16%. Teraz trzeba zbudować 2 -4 reaktorów jądrowych z 4 blokami po 1000MW do 2030 To będzie ok 16GW i da ok 50% całk produkcji elektrycznej i polska energetyka po dobudowaniu jeszcze kilku el wiatrowych będzie zielona w ok 70%. No i teraz pozostaje jeszcze transport.

metodologii dochodzenia i ustalania tzw. naukowego faktu? Skadinąd wiadomo,ze od stuleci(jeżeli nie od tysiacleci) trwa konfrontacja pomiędzy "empiryzmem indukcyjnym", a "dedukcyjnym hipotetyzmem",w którym zawiera się kwestia, czy wiedzę istotną człowiek zdobywa wraz doświadczeniem świata zewnętrznego, czy jest ona ze swej racjonalnej(i osobowej) istoty, dana człowiekowi(stworzonemu)w jego umyśle. Pojawia się więc już kwestia, czy rzeczywistość jest racjonalna ze swej istoty i czy ona swego stwórcę-pojawia się kwestia istnienia Boga. Z tego pytania wynika następne, bodajże najważniejsze pytanie, w odniesieniu do którego, człowiek kształtuje swoją egzystencję: CO TO JEST PRAWDA? Czy prawda jest istotą istniejącą własnym istnieniem(Bogiem), czy jest przypadkiem wynikającym z relacji innych podmiotów. Czy ta "ontologia" nie jest "scholastycznym dzieleniem włosu na czworo" w wydumanym sporze akademickim? A jednak w tym, co obecnie określamu jako "autorytet nauki", kwestia podmiotowości, czy przedmiotowości prawdy, ma istotne znaczenie. Z tego wynika fundament "naukowej metodologii"-czy nauka uosabiana "naukowymi autorytetami", prawdzie służy, czy prawdą się posługuje? Czy naukowy "kleryk" jest "kapłanem prawdy", czy ideologiem posługującym się prawdami relatywnymi dla celu nadrzędnego. Co jest istotą ludzkiej egzystencji-poznanie, czy doznawanie? Dlaczego wg słów Syna Bozego niemożliwym jest jednoczesna "służba Boga i mamonie"? Wygląda na to,że współczesny system komercyjny wykreował bardzo poważny problem egzystencjalny współczesnego człowieka-konformistyczną sprzedajność, w której sama prawda(wraz z Bogiem) jest wystawiana na publiczny przetarg.

Wrzucanie przez autora do jednego worka wszelkich koncepcji tzw. "alternatywnych" jest niepotrzebnym i szkodliwym zabiegiem retorycznym który może całkiem niedługo odbić się czkawką, ale zostawmy to. Polska a globalne ocieplenie ma się tak jak z kawałem o lwie, żabie i krokodylu. Lew zwołał zebranie, ale co chce przemówić, to żaba go przedrzeźnia. W końcu lew woła: "zielone plaskate z wyłupiastymi oczami wynocha!!!", po chwili kłopotliwego milczenia żaba z tupetem dopowiada: "słyszysz krokodyl? wypad stąd!". No i tak, kraje uprzemysłowione narozrabiały, nie czują się w ogóle do odpowiedzialności, ale to Polski się czepiają, która choć nadgania potężny zastój gospodarczy to robi co może i emisji na dobrą sprawę nie zwiększa. Nasze grzechy są niewielkie, ale pokutę usiłuje się nam wcisnąć niewspółmierną do win, rozumiem że możemy za innych część pokuty odbębnić, ale dlaczego za darmo? Zresztą to niewiele da, na dziś rozgrywający są inni, patrz tabelka: https://pl.wikipedia.org/wiki/Lista_pa%C5%84stw_wed%C5%82ug_rocznej_emisji_dwutlenku_w%C4%99gla

Używajmy języka precyzyjniej. Nie chodzi wcale o koncepcje "alternatywne", tylko po prostu zmyślone. Jeżeli nie ma ŻADNEGO poparcia naukowego dla jakiejś tezy - np. takiej, że za wzrost temperatur odpowiedzialne są wulkany albo że problem sepsy można "opanować, zredukować czy nawet całkowicie zlikwidować [...] we wszystkich szpitalach w Polsce" poprzez wysokie dawki witaminy C (choć są bardzo interesujące badania na temat >>pomocniczego<< stosowania wysokich dawek witaminy C przy sepsie (!) ) - to to nie jest "teoria alternatywna", tylko bajkopisarstwo. Jestem wielkim zwolennikiem "otwarcia" nauki na alternatywy - ba! nauka działa porządnie tylko wtedy, kiedy jest programowo otwarta na zmiany - ale muszą to być alternatywy solidnie uzasadnione! Co do kwestii ograniczania emisji CO_2. Ma Pan (Pani?) sporo racji w kwestii skali polskich emisji - Chiny i USA zdecydowanie wiodą. Proszę natomiast zwrócić uwagę, że: a) USA obniża emisje; b) do obniżania emisji nie nawołują żadne określone kraje ani rządy; o tego typu drodze mitygowania zmian klimatycznych informuje międzyrządowy naukowy panel klimatyczny, którego członkami są przedstawiciele 194 krajów świata, a ok. 150 krajów bierze aktywny udział w powstawaniu raportów klimatycznych; c) ideałem byłoby namówienie wszystkich krajów na ograniczenia; pytanie brzmi, co należy robić, kiedy się to nie udaje. Ja nie znam odpowiedzi. Dla osoby wierzącej ważnym punktem odniesienie powinno być jednak zdanie Papieża w tej sprawie. A Franciszek głosi, że etycznie wskazane jest ograniczenie emisji. Nie jest to opinia wiążąca dla rządów (na szczęście to już nie te czasy...), ale powinna być wiążąca dla Kościołów narodowych.

Obaj(chyba, że pan jest?) nie jesteśmy naukowcami, zatem raczej nie powinniśmy się autorytarnie wypowiadać co jest zmyślone, a co nie, osobiście znam sytuację gdy uznany profesor nauk ścisłych należy potajemnie do towarzystwa ufologicznego, bo po prostu boi się o własną pracę, to daje do myślenia w temacie tego czy uznany świat nauki jest tak do końca naukowy i wyzbyty z ideologizmu? Elity nauki wydają się być skażone lobbingiem sponsorów i stereotypami, ostrożność w uznaniu ich ustaleń za ostateczne wskazana, zatem jeszcze raz, zostawmy to pod osąd historii, i tego co nastąpi (prawda w końcu kiedyś wypłynie, no chyba, że się wcześniej unicestwimy) i może autorytarnie nie kpijmy z rzeczy na temat których nie mamy zbyt wiele do powiedzenia, byśmy w przyszłości nie wyszli właśnie na ignorantów. Co to "globalnego ocieplenia" i emisji CO2. Ma pan rację, że moralnym obowiązkiem każdej świadomej istoty jest dbanie o własne środowisko, nie wnoszę żadnych zastrzeżeń do takich apeli, sam jestem ich orędownikiem, ale widzę pewne mataczenie wokół tych spraw. Wmawia się, że palenie jakimkolwiek węglem to istna "pożoga i zniszczenie", a faktem jest, że są różne jakości węgla i różne piece w ramach to których stopień emisji zanieczyszczeń jest diametralnie różny. Wszelkiej maści lobbingi nadużywają tematyki ekologicznej by wejść w rynek i wręcz przymusić konsumenta do wykorzystania ich rozwiązań. Ludzie to widzą i w ogóle zniechęcają się do koncepcji ochrony środowiska, wręcz traktują to jako hochsztaplerstwo (często słusznie). Tymczasem moim zdaniem każdy powinien zrobić co może i potrafi, czyli palisz węglem? to nie pal śmieciami (w sumie zatykają komin, utrudniają spalanie, na dłuższą metę niszczą piec), nie palisz już śmieciami? to zwróć uwagę jakim węglem palisz, jakie ma parametry. Wymieniasz piec? to zwróć uwagę by zapewniał pełne spalanie, będzie i wydajniejszy i bardziej ekologiczny, wydasz więcej, ale mniej węgla spalisz, się zwróci, no i zdrowsza okolica będzie. wzbogaciłeś się? To kup piec ekologiczny, wypasiony, będzie w dodatku niemal bezobsługowy, a i poszczycisz się nim niczym nowym samochodem. Tymczasem u nas robi się tak, węgiel jest beee, zakazać!!! Nie chcecie płacić? Jesteście antyekologicznymi potworami!!!

oraz redagowania "na wysokim profesjonalnym poziomie". Będzie jakieś odniesienie do komentarza ks.Rafała Kowalskiego? http://wroclaw.gosc.pl/doc/3165935.Tygodnikowy-grzech-ignorancji Chciałbym zaznaczyć, że nie atakuję i nie podważam wiarygodności Pana Łukasza Lamży. Zarzut jednak poważny i wypada odnieść się do niego rzetelnie.

Zarzut rzeczywiście poważny i warto się do niego odnieść. W skrócie: już kiedyś wcześnie w Tygodniku była cytowana wypowiedź Ks. Kowalskiego na sposób, który spłaszczał jego zdanie na temat encykliki Laudato Si'. Wtedy nawiązała się korespondencja między autorem tekstu a Ks. Kowalskim, gdzie nieporozumienie zostało wyjaśnione. Ja, pisząc artykuł, nie wiedziałem o tej korespondencji, w związku z czym nie miałem dostępu do dodatkowych informacji od Ks. Kowalskiego. Ponieważ faktycznie wyjaśnił wtedy swoje zdanie szczegółowo, to - żeby nie mnożyć nieporozumień - wzmianka o wypowiedzi Ks. Kowalskiego została usunięta z mojego artykułu z wydania internetowego "TP", a w nadchodzącym numerze papierowym ukaże się sprostowanie od Redakcji. Jesteśmy w kontakcie z Ks. Kowalskim. Ja osobiście serdecznie przepraszam za niezawinione niedopracowanie. Absolutnie nie było moją intencją celowe przekręcenie wypowiedzi Ks. Kowalskiego: "nie-ekologiczny" charakter Encykliki (o którym była mowa na Twitterze, w tytule wystąpienia Ks. Kowalskiego i w paru innych źródłach medialnych, m.in. w Gościu Niedzielnym) należałoby precyzyjniej określić jako "nie-tylko-ekologiczny", a przede wszystkim antropologiczny.

Jeden z najlepszych artykułów, który przeczytałem w ostatnim roku. Dobrze uargumentowany. Pokazuje gdzie istnieje problem zrozumienia. Pozwoli na spokojnie prowadzić rozmowę. Dziękuję.

Można by odpowiedzieć pytaniem: dlaczego wielu ludzi polskiej lewicy deklarujący się jako katolicy nie chce słuchać Franciszka, Benedykta XVI (ani naukowców) w sprawie ideologii gender? Dalej, dlaczego ignorują słowa z Laudato Si: "Jeśli nie uznaje się w samej rzeczywistości znaczenia człowieka ubogiego, ludzkiego embrionu, osoby niepełnosprawnej – by podać tylko kilka przykładów – trudno będzie usłyszeć wołanie samej przyrody" ? Nawiasem mówiąc przyczyny globalnego ocieplenia, nad którymi w świecie nauki trwa jednak spór (czemu dali wyraz naukowcy z w liście NASA do Papieża a w Polsce m.in. Komitet Nauk Geologicznych Polskiej Akademii Nauk), nie są w Laudato Si kwestią najważniejszą. Papież pisze "liczne badania naukowe wskazują, iż większość globalnego ocieplenia ostatnich kilkudziesięciu lat zawdzięczamy wysokiemu stężeniu gazów cieplarnianych (dwutlenek węgla, metan, tlenki azotu i inne), emitowanych głównie z powodu działalności człowieka”. Przytacza więc hipotezę wynikającą z licznych badań nie stanowiącą jednak istoty encykliki. Encykliki papieskie nie są zresztą z założenia źródłami wiedzy biologicznej, fizycznej, czy chemicznej, mogą co najwyżej powoływać się na autorytet nauki i obecny stan wiedzy w jakimś zakresie. Tak jak czynili to uczeni wykazujący błędy teorii Galileusza- ale chyba nie był to przykład w którym Kościół stając po stronie naukowego mainstreamu uniknął naukowej pomyłki.

Dziękuję za rzetelne podejście do tematu. Z racji zawodu (lekarz rodzinny) na co dzień zmagam się m.in. z konsekwencjami nieudanych terapii niekonwencjonalnych.Poczynając od leczenia miodem Manuka ciężkich infekcji dróg moczowych u dzieci,powikłań sercowo-naczyniowych po odstawieniu leków kardiologicznych (w tym statyn), przedwczesnych zgonów pacjentów onkologicznych leczonych dożylną wit. C (częsta dekompensacja układu krążenia, brak kontroli bilansu płynów) po przypadek sprzed 3dni pacjenta z zaburzeniami rytmu serca i anemią który "dla poprawy zdrowia" zastosował 21dniową głodówkę Małachowa - w tym czasie schudł 17kg, a pił samą wodę-zaniepokojony swoim stanem poprosił o zbadanie. Trzeba wiedzieć że "medycy" jak Jerzy Zięba zastrzegają że nie ponoszą odpowiedzialności za swoje terapie...Swoją drogą trudno uwierzyć że ten człowiek był w stanie przekonać tak wielu ludzi że istnieje lewoskretna Wit C. Skoro podaje się za znawcę biochemii, powinien wiedzieć że tylko prawoskrętna struktura przestrzenna kwasu askorbinowego pasuje do enzymów, transporterów i receptorów białkowych w naszym ciele. Kwas L-askorbinowy skręca światło spolaryzowane w prawo więc prawdziwa Wit C jest tylko prawoskrętna.

Nie dotyczy to tylko medycyny czy nauk o klimacie. Tu jest najbardziej spektakularnie w sensie efektów w rzeczywistości jaka nas otacza. "Ciekawie" jest w naukach historycznych. Nie wiem czy pan redaktor zetknął się już z pseudohistorią pod tytułem "starożytne i wczesnośredniowieczne imperium Wielkiej Lechii". ten fantazmat to klasyczny postmodernizm odrzucający pozytywizm naukowy jako "wielkie kłamstwo", "zastały przesąd" i tak dalej. A wszystkie z jednego kanału na You Tubie się zaczęło i potem jedna książka, potem druga i dużo ściemy. Wyznawcy tego fantazmatu nie mają pojęcia o warsztacie naukowym w naukach historycznych, zwłaszcza o pracy na źródłach, archeologii, językoznawstwie. Ich wnioskowanie jeśli idzie o model to klasyczne błędy logiczne ("czemu nad Wisła nie było rzymskiej prowincji? Musiała być Wielka Lechia. To dowód."). Oczywiście w przeciwieństwie do Ospa Party nikogo nie skrzywdziło to w sensie czysto fizycznym. Ale też ci co mówią o jakiejś "reinkarnacji" końcówki XIX wieku dziś dają do myślenia. Wiadomo, że podobne fantazje skończyły się arjozofią i volkizmem. A czym skończyły się volkizm i arjozofia Europa się bardzo tragicznie przekonała.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]