Tekst i zdjęcia: Andrzej Meller z Gori (pogranicze gruzińsko-osetyjskie) i z Tbilisi specjalnie dla "Tygodnika Powszechnego"
Gruzini boją się rosyjskiej agresji skierowanej już nie tylko na Osetię, ale także bezpośrednio na terytorium gruzińskie. Jadąc drogą z pogranicznego Gori do Tbilisi, na każdym kroku wyczuwa się niesłychane napięcie. Sceny depresji, a chwilami nawet paniki wśród ludności sąsiadują ze scenami, o których powiedzielibyśmy, że są jakby żywcem wyjęte z filmu propagandowego - gdyby nie to, że dzieją się naprawdę: w mijanych wsiach i miasteczkach przy punktach mobilizacyjnych ustawiają się grupy młodzieży, aby zaciągnąć się do wojska.
Strach i mobilizacja
Około godziny 14 stanąłem przy drodze prowadzącej z Gori do Tblisi, aby dostać się do stolicy. W Gori, które w sobotę były wiele razy bombardowane, panował chaos i tylko chyba cud sprawił, że nie dochodziło do wypadków. Karetki na sygnale ścigały się z wozami pancernymi cywile jeździli jak szaleni, ignorując wszelkie przepisy drogowe.
Zapytałem stojącego ze mną Gruzina, czy także jedzie do Tblisi. - Nie, w przeciwną stronę, do Cchinwali - odparł. - Tam są wszyscy mężczyźni z mojej rodziny, nie zostawię ich, jadę walczyć.
Po jakimś czasie zatrzymał się żółty ikarus z rezerwistami wracającymi z frontu na tyły - i czekający ze mną tłum rzucił się do środka. Żołnierze siedzieli bez koszul, w pół goli, z nieśmiertelnikami na szyjach, wymęczeni. Broń obijała się o krzesła.
Kiedy przejeżdżaliśmy obok palących się bloków na przedmieściu Gori, kobiety zaczęły histeryzować i płakać. Obok bloków stały niedokończone jeszcze, nowe domy, które też stały się ofiarą rosyjskich bomb. - Bolszewickie skurwysyny! Ledwo stanęliśmy na nogi po tylu latach, a tu znowu - krzyczał na cały autobus dziadek, który potem wysiadł w Mcchecie. Autobus gnał ponad 100 km na godzinę, kierowca i pasażerowie bali się rosyjskiego nalotu.
Na całej trasie od Gori do Tblisi, przez 60 kilometrów, w cieniu drzew chowali się przed słońcem żołnierze, policjanci i mieszkańcy wiosek. W paru miejscach młodzi chłopcy, najwyraźniej nie objęci jeszcze poborem, zapisywali się przy ustawionych biurkach - na ochotnika, do walki.
Sobotnie naloty
W sobotę od wczesnych godzin rannych rosyjskie samoloty prowadziły bombardowania wielu celów na terenie Gruzji, także cywilnych. Bombardowano m.in. port Poti, bazy wojskowe, a także pozycje gruzińskie w Wąwozie Kodori (na pograniczu gruzińsko-abchaskim). Bomby miały spaść też w pobliżu rurociągu, którym transportowana jest ropa z Morza Kaspijskiego na Zachód.
W mieście Gori - nad granicą gruzińsko-osetyjską, 18 km od stolicy Osetii Południowej, Cchinwali - bomby trafiły w wieś pod miastem i w budynki mieszkalne w samym mieście. Było wiele ofiar cywilnych. Dziewczyna, która wróciła z przedmieścia opowiadała, że na ulicach leżą rozerwane ludzkie szczątki. Mieszkańcy Gori kryli się w piwnicach. Po jednym z kolejnych nalotów, około godziny 10, pobiegłem na przedmieścia. Widziałem zrujnowane domy cywilne, a w jednym z nich zabite dziecko.
W Gori pojawiły się pierwsze oznaki paniki. Mieszkańcy coraz bardziej obawiają się, że gdy Rosjanie odbiją Cchinwali z rąk gruzińskich - a źródła w Moskwie twierdzą, że to się już stało - armia rosyjska może wejść głębiej na teren Gruzji i uderzyć na Gori, najbliższe większe miasto.
Wśród mieszkańców coraz częściej słyszy się krytyczne wypowiedzi pod adresem rządu i prezydenta Micheila Saakaszwilego. Zarzuty kierują się także wobec gruzińskich mediów, że nic nie mówią o ofiarach. Niektórzy ludzie przeklinają wręcz "Miszę".
Jeśli wojska gruzińskie przegrają to starcie, a Rosjanie będą nadal bombardować miasta w Gruzji, można spodziewać się, że popularność Saakaszliwego w społeczeństwie osłabnie. Być może o to właśnie chodzi Rosjanom: o doprowadzenie do zmiany władzy w Gruzji. Ale nawet jeśli taki jest ich plan, na razie - mimo strachu, a chwilami paniki, gdy lecą bomby - Gruzini raczej mobilizują się, obojętne, lubią prezydenta czy nie.
Nocna bitwa o Cchinwali
W nocy z piątku na sobotę toczyły się ciężkie walki o Cchinwali. W Gori - odległym o 18 km od Cchinwali - ziemia drżała od eksplozji, a na ulicach Gori obozowały setki gruzińskich żołnierzy z nowych jednostek kierowanych na front.
Jeszcze w sobotę rano rozmawiałem w Gori z żołnierzami gruzińskimi wracającymi z frontu, którzy mówili, że Cchinwali przechodziło w nocy wiele razy z rąk do rąk, że cały czas trwają intensywne walki, a liczba ofiar jest wysoka.
Kilka godzin później strona rosyjska podała, że stolica Osetii Południowej jest pod jej kontrolą. Strona gruzińska zaprzeczała. Jak wygląda prawda - nie wiadomo .
"Nie mamy odwrotu"
Gdy o ósmej rano szedłem pod pomnikiem Stalina - urodził się tu, w Gori, i nadal ma tutaj swój pomnik - na okolicznych trawnikach spali wycieńczeni młodzi żołnierze w hełmach, którzy uczestniczyli już w walkach. Podeszło do mnie paru chłopców. Zapytali: "Dlaczego Rosjanie nas zabijają? Powiedz światu, że niedługo nas nie będzie, jeśli nie przestaną".
Na placu spotkałem znajomego M., którego spotkałem już podczas kaukaskich wędrówek. Jego formacja "Mchedrioni" (gruzińskie siły specjalne) to weterani wojny w Abchazji. - Idziemy dziś do boju - powiedział. - Dodo jest z nami.
Dodo Magnolia to legenda tej formacji: 55-letnia kobieta i pułkownik sił specjalnych, kobieta, trzykrotnie ranna, która po zakończeniu w latach 90. wojny w Abchazji zajmowała się dywersją na pograniczu rosyjsko-gruzińskim.
M. był roztrzęsiony: - Misza [prezydent Gruzji Micheil Saakaszwili - red.] posłał do boju także niedoświadczonych chłopców. Sprawdziłem im trzy karabiny i wszystkie trzy się zacinały, a tam boje straszne. Misza zrobił tak, że nie mamy drogi odwrotu. Jak nie wygramy, niedługo Ruscy będą w Gori i innych miastach.
Sobota 9 sierpnia, godzina 17.30 czasu polskiego
Obszerne korespondencje Andrzeja Mellera z obu "frontów" kaukaskiego konfliktu - z doliny Kodori na pograniczu Gruzji i Abchazji i z granicy Osetii i Gruzji - ukażą się w najbliższym wydaniu "Tygodnika Powszechnego"; w kioskach od środy 13 sierpnia.
Dowiedz się więcej:
Andrzej Meller, korespondencja z pierwszego dnia konfliktu
Andrzej Meller, "Niepokoje w kraju duszy"
Krzysztof Strachota, Miecz Damoklesa nad Tbilisi
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.













