Reklama

Głosy za klauzurą

Głosy za klauzurą

14.08.2017
Czyta się kilka minut
Nuty niosą w sobie nie tylko aurę dawno minionej liturgii, ale też zapał, ekstazę i cierpienie tysięcy zaangażowanych w nią mniszek.
Parapet chóru muzycznego z wizerunkiem św. Cecylii w kościele we Frydmanie RAFAŁ MONITA
O

Oświcie pod dom przychodziła kapela, żeby obudzić pannę ze snu. Potem przyoblekano ją w strojną suknię z welonem i prowadzono do ołtarza. Panna rzucała pieniądz na tacę, oddawała towarzyszącym jej druhnom upleciony z ziół i kwiatów wianek, ściągała z palca pierścień, który zaraz potem wsuwano na dłoń oblubieńca. Goście i familianci wygłaszali kwieciste oracje. Po zakończeniu ceremonii wyprawiano ucztę weselną ze skocznymi tańcami, które przeciągały się nieraz do białego rana.

W domu wspólnej samotności

Dziewczyna odbywała kolejny, być może najdonioślejszy rytuał przejścia w swoim życiu. Deklarowała oblubieńcowi miłość i wieczne oddanie. Nie składała jednak ślubów wierności mężczyźnie. Ślubowała niewinność Chrystusowi i wymieniała obrączki z figurą w kościele. W pewnym momencie staropolski obrzęd obłóczyn przestawał przypominać ceremonię ziemskich zaślubin. Pannie obcinano włosy w obecności wszystkich zgromadzonych, zdejmowano jej świecką szatę i przyoblekano w habit. Kobieta żegnała się z rodziną i dotychczasowym stanem posiadania: często w bardzo młodym wieku. Choć prawo kościelne nie dopuszczało do nowicjatu panien poniżej 15. roku życia, do niektórych klasztorów trafiały nawet 12-latki. Z początku o ich losie – podobnie jak o losach pozostałych dzieci – decydowali wyłącznie rodzice. Po soborze trydenckim (1545-63), który za jeden z głównych celów postawił sobie odnowę dyscypliny i ogólną poprawę obyczajów, Kościół zaczął pilnować, by decyzja o wstąpieniu do klasztoru była wyborem świadomym i gruntownie przemyślanym.

Po złożeniu ślubów wrota zakonu zamykały się za nią na zawsze. Jedyny obrzęd przejścia, jaki ją jeszcze czekał, to pogrzeb – ostateczne wykluczenie z ludzkiej wspólnoty i połączenie ze światem zmarłych.

Małgorzata Borkowska OSB, benedyktynka i historyk życia zakonnego w Polsce przedrozbiorowej, nazwała tę społeczność „domem wspólnej samotności”. Klauzura, upowszechniona z końcem XIII wieku przez papieża Bonifacego VIII, z jednej strony sprzyjała całkowitemu skupieniu na kontemplacji Chrystusa, z drugiej – radykalnie ograniczała możliwość kontaktu z osobami z zewnątrz. Mniszki spędzały noce w pojedynczych, wyposażonych po spartańsku celach. Nie mogły trzymać w nich psów, kotów ani żadnych innych oswojonych zwierząt. W zakonach o najsurowszej regule obowiązywał nakaz ascezy i milczenia, przerywanego jedynie na czas wspólnych modłów, śpiewów i świątecznych rekreacji. Członkinie klasztornej wspólnoty żyły pośród innych ludzi – praczek, kucharek, parobków, posługaczy, staruszek na dożywociu i panien oddanych na edukację – zamknięte w swym odosobnieniu jak w bańce mydlanej. Nie mogły opuścić domu swego oblubieńca podczas wojny, a nawet wówczas, gdy morowe „Powietrze na Granicach korony Polskiey pokazało się”, chyba że sam biskup udzielił im pisemnego zezwolenia.

Nie wszystkie wytrzymywały. Te mniej odporne psychicznie popadały w smutne odrętwienie albo wręcz przeciwnie, dostawały ataków histerii, których w żadnym razie nie dało się pomylić z ekstazą religijną. Sfrustrowane zakonnice plotkowały, donosiły na siebie nawzajem, snuły wymyślne intrygi. Niektóre próbowały uciec.

Lekarstwo na smutek

Większość jednak z pokorą znosiła trudy życia zakonnego, nawet jeśli nie czerpała prawdziwej radości z bycia Chrystusową oblubienicą. Ogromna w tym zasługa muzyki, która dawała ujście najintensywniejszym emocjom, towarzysząc mniszkom nie tylko w modlitwie i liturgii, ale też w codziennym i odświętnym życiu wspólnoty – podczas obłóczyn, obrzędu konsekracji dziewic, świąt patronek i egzekwii nad trumnami zmarłych sióstr zakonnych. Nie tylko śpiewały – grały też na organach i dobierały się w zespoły instrumentalne. Mocnym piętnem na ich twórczości odcisnęła się teoria afektów, wywiedziona jeszcze z antycznego przeświadczenia o sile muzyki, zdolnej ewokować najrozmaitsze namiętności i stany psychologiczne, podparta jednak oświeceniową ideą „tchnień ożywiających”, które – zależnie od kategorii – pobudzają ruch krwi, utrzymują organizm przy życiu i pomagają zachować równowagę między duchowością a sferą zmysłową. Klasztorne muzykowanie stało się lekarstwem dla duszy i ciała.

Wiele wskazuje, że muzyka była najistotniejszym zwornikiem życia wspólnotowego w zgromadzeniach sióstr benedyktynek. Tam też zyskała największą różnorodność formalną – począwszy od jednogłosowego chorału, często z towarzyszeniem organów w praktyce alternatim, czyli gry na przemian ze śpiewem; poprzez wielogłos w postaci prostych opracowań pieśni bądź bardziej wyrafinowanych motetów polifonicznych (tzw. figurę); skończywszy na frakcie, czyli rozbudowanych utworach wokalno-instrumentalnych stanowiących oprawę uroczystej liturgii – wykonywanych przez mniszki samodzielnie bądź z udziałem kapel wynajmowanych z zewnątrz.

Najstarszym istniejącym klasztorem benedyktynek na ziemiach polskich jest opactwo św. Wojciecha w Staniątkach koło Niepołomic, ufundowane w 1228 r. przez kasztelana krakowskiego Klemensa z Brzeźnicy – z myślą o córce Wisennie, która została jego pierwszą ksienią. Pierwotne zabudowania, wraz z całą biblioteką, spłonęły w pożarze w 1518 r. Rekonstrukcję dokumentacji klasztornej trzeba było rozpocząć praktycznie od zera. Zakonnice zostały bez ksiąg liturgicznych. Dorota Szreniawska, ówczesna przełożona klasztoru, zamówiła antyfonarz u benedyktynów z Tyńca. Nowy zbiór sporządził skryba Tomasz, jeden z twórców słynnego Graduału Jana Olbrachta, ufundowanego przez króla dla katedry wawelskiej. Antyfonarz staniątecki, ukończony w 1530 r., jest pod wieloma względami zabytkiem niezwykłym: łączy tynieckie oficjum benedyktyńskie z elementami krakowskiej liturgii katedralnej i śpiewów cysterskich, obejmuje też tropy chorałowe, nawiązujące prawdopodobnie do jeszcze wcześniejszych tradycji benedyktyńskich.

Równie wyjątkowy jest zbiór kancjonałów staniąteckich obejmujący 15 rękopisów z opracowaniami pieśni religijnych, powstającymi od drugiej połowy XVI wieku aż po ostatnie dekady XVIII stulecia. Specyfika tych śpiewów wynika m.in. z okoliczności, że mniszki z opactwa św. Wojciecha nie włączyły się w nurt reformy zakonu zapoczątkowany przez Magdalenę Mortęską, przełożoną kongregacji chełmińskiej. Wyśmiewane kiedyś jako „prymitywy staniąteckie”, dziś olśniewają bogactwem i wielorakością formy – pośród z górą 600 zachowanych utworów można odnaleźć zarówno przykłady monodii, jak i kunsztownej, sześciogłosowej polifonii, często uzupełnianej oznaczeniami basso continuo, przeznaczonymi dla mniszek grających na jednym z dwóch utrzymywanych w klasztorze instrumentów organowych.

Księgi ze Staniątek wciąż są przedmiotem zainteresowania muzykologów i wykonawczyń. Nic dziwnego: nuty zaklęte w papier i pergamin z cielęcej skóry niosą w sobie nie tylko aurę dawno minionej liturgii, ale też zapał, ekstazę i cierpienie tysięcy zaangażowanych w nią mniszek. Zaślubionych Chrystusowi na dobre i złe.©

Muzykę panien benedyktynek 20 sierpnia o godz. 18.00 w kościele św. Sebastiana w Jurgowie przedstawi zespół Flores Rosarum pod kier. Susi Ferfoglii.

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]