„Who’s Afraid of Gender?” („Kto się boi gender?”) – pyta mnie okładka książki Judith Butler w witrynie księgarni tuż obok najbliższego sklepu spożywczego. Tego dnia akurat dokładnie wiedziałam kto, bo trwał szczyt klimatyczny w Baku, podczas którego stało się jasne, że na słowo „gender” w dokumencie reagują alergicznie Rosja, Egipt, Iran, Arabia Saudyjska i… Watykan. No jakże tego małego państwa, zamieszkanego głównie przez katolicki kler, mógłby nie martwić gender? Mniej niż tysiąc mieszkańców, oprócz rodzin Gwardii Szwajcarskiej obywatelami są tylko papież, kardynałowie, księża i zakonnice. Równowaga płci wśród mieszkańców niemal nieistniejąca... Cóż taki kraj może dodać do globalnej rozmowy o wpływie płci kulturowej i biologicznej na sytuację kobiet w dobie katastrofy klimatycznej? Co ważniejsze: kogo właściwie Watykan na takich szczytach reprezentuje? Garstkę kleru, która go zamieszkuje, czy miliard trzysta milionów katolików na świecie? Państwo powstałe w wyniku traktatu z faszystowskim włoskim rządem w latach 20. XX w. ma bardzo dziwny status na scenie międzynarodowej.
O co poszło w Baku? Chodziło o przedłużenie programu z Limy ze szczytu klimatycznego w 2014 r., gwarantującego wsparcie finansowe dla kobiet, które w nieproporcjonalnie większym stopniu niż mężczyźni cierpią z powodu zmian klimatu. ONZ szacuje, że 80 proc. uchodźców klimatycznych to kobiety. W odpowiedzi kilka delegacji z Unii Europejskiej opuściło salę. To właśnie delegacje z UE i Afryki chciały poszerzenia sformułowania dokumentu z Limy o stwierdzenie, że sposób odczuwania przez kobiety zmian klimatu może być różny, ze względu na „płeć kulturową (gender), płeć, wiek i rasę”.
Watykan i jego sojusznicy tłumaczyli swój opór tym, że to może obejmować także transkobiety. Przedstawiciel papieża zaapelował, by szukać języka akceptowalnego dla wszystkich krajów uczestniczących. W sensie – języka akceptowalnego dla maleńkiej monarchii absolutnej zamieszkałej przez księży oraz dla potęg demokracji takich jak Rosja i Arabia Saudyjska, żyjących ze sprzedaży surowców? Ostatecznie osiągnięto porozumienie, modelując język. Niesmak po sojuszu Watykanu z petrodyktaturami jednak pozostaje.
Oczywiście, watykańska alergia na gender to nic nowego. Przecież od lat obserwujemy, jak tematy związane z płcią i współczesna dyskusja o niej są tam niewygodne. I nie, nie jest to tylko nerwica polskich biskupów ani pewnego krakowskiego księdza profesora. Żeby odświeżyć w pamięci to, jak się ów antygenderyzm konstytuował, ściągam z półki inną książkę o tytule „Kto się boi gender?”, autorstwa Agnieszki Graff i Elżbiety Korolczuk. I już na samym początku znajduję wiele odpowiedzi.
Przede wszystkim koalicja Watykanu z autorytarnymi reżimami przestaje być tak nieoczywista, gdy autorki przypominają zjawisko widoczne w watykańskiej dyplomacji już od szczytu ONZ w Pekinie w 1995 r. To wtedy, w reakcji na międzynarodową politykę równościową, powstać miała koalicja broniąca „tradycyjnych wartości rodzinnych”. Ten sojusz, przez amerykańskiego politologa Clifforda Boba nazwany siecią „baptist-burqua”, przekształcał się, przybierał formy różnych kampanii w zależności od kraju, czasem kierując ostrze krytyki w przepisy zwalczające przemoc domową i obronę tradycyjnej rodziny, innym razem promując delegalizację aborcji lub ograniczanie praw osób LGBT+. I owszem, w tej koalicji mieścili się zarówno muzułmańscy fundamentaliści, kraje takie jak Egipt czy Arabia Saudyjska, jak i ewangelikalni chrześcijanie i mormoni.
Watykan zmieniał też sposób opisu przedmiotu swojego zainteresowania. Najpierw wyraźnie był reakcją na równouprawnienie kobiet, potem wziął na sztandary antygenderowowość, dowolnie żonglując tym terminem, żeby z czasem zacząć zwalczać rzekomą ideologię LGBT. Teraz ostrze przesuwa się w kierunku paniki związanej z osobami trans. Badaczki znajdują jednak wspólny mianownik: „kampanie przeciwko gender dotyczą polityki reprodukcji, pokrewieństwa i hierarchii władzy między płciami”.
W tematach reprodukcji, jak wiadomo, z Watykanem ciężko się gada już od pół wieku, nawet tematu antykoncepcji nie chce on odpuścić, mimo że wierzący katolicy na całym świecie nie stosują się do jego zaleceń. Z hierarchią władzy między płciami w Watykanie sprawa jest chyba dość jasna. Ze swoim autokratycznym systemem politycznym zbudowanym z mężczyzn, ludnością złożoną z kleru oraz mizoginistyczną teologią, której katolicyzm nie chce odpuścić, raczej nie należy do promotorów równouprawnienia.
Czyli kogo reprezentował na szczycie klimatycznym Watykan? Ciebie, mnie?
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















