Reklama

Nie bądź niegrzeczna

Nie bądź niegrzeczna

20.05.2019
Czyta się kilka minut
Najwyższy czas skończyć nie tylko z ukrywaniem pedofilii w Kościele, ale też z jedną z jej przyczyn: wychowywaniem do uległości i posłuszeństwa. Z kulturą lekceważenia dzieci.
STREFAPSOTNIKA.PL
W

Wszyscy dorośli byli kiedyś dziećmi, ale niewielu z nich o tym pamięta” – stwierdził Antoine de Saint-Exupéry w „Małym księciu”. W prozie realnego życia jest inaczej – wszyscy dorośli byli kiedyś dziećmi, ale wielu z nich pamięta tylko to, co chce pamiętać.

Wielu dorosłych wie na przykład, że jako dzieci byli bici, ale nie pamiętają, co wtedy czuli: nie pamiętają upokorzenia, przerażenia, osamotnienia, niesprawiedliwości, gniewu, poczucia bycia zdradzonym przez tych, którzy mają chronić, a nie ranić. Pamiętają natomiast, że „dzięki biciu wyrośli na porządnych ludzi” i że „zasłużyli na bicie”, bo to oni byli źli, nieposłuszni, krnąbrni, niegrzeczni. A wszystko, co robili rodzice, było dobre i słuszne.

Wielu dorosłych wie, że jako dzieci byli lekceważeni, upokarzani, traktowani jak meble, maskotki albo tresowane zwierzątka, wiedzą, że nikt nie liczył się z ich opiniami i potrzebami. Ale nie pamiętają, co wtedy czuli: nie pamiętają gniewu, niezgody, niesprawiedliwości, poczucia odrzucenia przez tych, którzy mają przecież chronić, nie ranić. Pamiętają za to, że byli głupi i nie mieli nic ciekawego do powiedzenia, bo każde dziecko jest głupie i nie ma nic ciekawego do powiedzenia, bo „dzieci i ryby głosu nie mają”.

Wielu dorosłych pamięta nienawiść do szkoły, ale nie pamięta, że była ona dla nich źródłem stresu i rozpaczy, a nie edukacji i socjalizacji. Nie pamiętają strachu, wysiłku, poczucia niesprawiedliwości ani przytłoczenia faktem, że byli akceptowani przez nauczycieli i rodziców tylko wtedy, gdy spełniali ich oczekiwania, dobrze się ucząc, a właściwie po prostu kolekcjonując dobre oceny i dobrze się zachowując („dobrze”, czyli tak, jakby w ogóle nie istnieli), a gdy tych oczekiwań nie spełniali, byli karani dwukrotnie: najpierw w szkole, a później dodatkowo w domu. Pamiętają natomiast, że „ten etap trzeba przejść”.


Czytaj także: Przemysław Wilczyński: Moje ciało jest moje


Wielu dzisiejszych rodziców wie, że byli karani za każdy przejaw własnej indywidualności, od kiedy tylko nauczyli się mówić „nie” (lub jeszcze wcześniej, gdy odwracali głowę od kolejnej łyżeczki „za mamusię” i byli karmieni na siłę), aż do chwili, gdy skończyli tak długo wyczekiwane 18 lat i zgodnie z prawem mogli wyrazić swoje zdanie (lub aż do chwili, gdy wyprowadzili się z domu i rodzice stracili nad nimi władzę, podkreślaną wcześniej na każdym kroku słowami: „Dopóki mieszkasz w moim domu, musisz mnie słuchać”). Ale nie pamiętają, że czuli się wówczas stłamszeni, jak w klatce. Pamiętają natomiast, że klatka była ze złota, a poidełko zawsze pełne.

Duża część dzisiejszych dorosłych wie, że jako niemowlęta bardzo szybko nauczyli się zasypiać samodzielnie w łóżeczku, bo rodzice zostawiali ich tam, by się wypłakali i po niekończących się torturach strachu zasnęli w końcu z wyczerpania. Nie pamiętają tego, bo pamięć żadnego człowieka nie sięga tak daleko, ale gdy teraz o tym myślą, nie widzą przerażonego dziecka, które na nikogo nie może liczyć. Widzą natomiast „rozwrzeszczanego bachora”, który terroryzuje swoich rodziców i którego od maleńkości trzeba uczyć, że „świat nie kręci się wokół niego”.

Wielu z nich wie, że bardzo szybko nauczyli się kłamać i ukrywać swoje problemy, emocje i potrzeby, bo gdy mówili prawdę, rodzice i inni dorośli albo im nie wierzyli (czasem nawet w tak ważnych kwestiach jak wykorzystywanie seksualne, o czym była mowa w filmie „Tylko nie mów nikomu” braci Sekielskich), albo wierzyli i karali, bagatelizowali lub wyśmiewali. Nie pamiętają jednak uczucia zawodu, niezrozumienia, osamotnienia, niesprawiedliwości i strachu przed karą. Nie pamiętają też, że nieszczerość nie była ich cechą wrodzoną, lecz została wyuczona przez dorosłych.

Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ dzieci potrzebują troskliwych, kochających rodziców tak bardzo, że są w stanie uwierzyć, iż każda wyrządzana przez nich krzywda, a nawet każde okrucieństwo, jest wyrazem troski i miłości. Prędzej stwierdzą, że to one są złe i głupie, niż dopuszczą myśl o odpowiedzialności rodziców za ich krzywdę. Rodzice przecież nie krzywdzą, tylko kochają, troszczą się i chronią! Internalizacja tego przekonania jest tym łatwiejsza, że jest ono wtłaczane do dziecięcych umysłów i serc przez bardzo wielu dorosłych, którzy osiągali pełnoletność w kulturze, której jednym z filarów jest przykazanie „Czcij ojca swego i matkę swoją” (bez względu na to, co ci uczynili), a innym zasada bezwzględnego posłuszeństwa.

Odpowiedzialność rodziców

Czym to skutkuje, wiedzą psychoterapeuci, którzy pomagają swoim pacjentom zbudować poczucie własnej wartości i uczą, że bliska relacja nie musi wiązać się z odrzuceniem, lecz może i powinna opierać się na bliskości, zaufaniu i poczuciu bezpieczeństwa (czyli robią to, co zrobiliby rodzice, gdyby chronili, a nie ranili). Skutki takiego dzieciństwa i zniekształconej pamięci o nim jeszcze lepiej znają dzieci tych dorosłych, którzy kiedyś byli dziećmi, ale pamiętają tylko to, co chcą pamiętać.

Te dzieci również są osamotnione, nierozumiane, bite, lekceważone, upokarzane, traktowane jak meble, maskotki, karane za każdy przejaw własnej indywidualności, odrzucane przez rodziców już jako niemowlęta, kochane i akceptowane warunkowo. Nie wiedzą one, czym jest bliskość, bo nigdy jej nie doświadczyły, nie ufają swoim rodzicom i nie czują się przy nich bezpiecznie. To właśnie takie dzieci posłusznie wypełniają rozkaz „Tylko nie mów nikomu”, bo są wychowywane do uległości i obwiniania siebie. Nie mówią rodzicom nie tylko dlatego, że oprawca im grozi, ale też z tego powodu, że nie mają pewności, czy rodzice staną po ich stronie.

Jeden z bohaterów tego filmu, obecnie dorosły mężczyzna, jako chłopiec powiedział matce, że jest wykorzystywany seksualnie przez księdza. Co zrobiła matka? Nie tylko nie uwierzyła własnemu synowi, ale też zmusiła go do dalszego pełnienia roli ministranta, czyli wepchnęła go z powrotem w łapy dewianta w koloratce. W rezultacie chłopiec przestał jeść i prawie zagłodził się na śmierć – nie widział innego wyjścia z piekła. Inna bohaterka, również już dorosła, wyznaje, że wcześniej nie mówiła o tym nikomu (nawet swoim rodzicom), ponieważ się wstydziła, a ksiądz, który molestował ją ­wielokrotnie, gdy miała ­siedem lat, podczas nagrywanej ukrytą kamerą konfrontacji stwierdził, że była „taką grzeczną dziewczynką” i rozbudziła w nim ojcowskie uczucia. Ona również mówi, że zwyrodnialec wybrał ją, bo była bardzo grzeczna.


Czytaj także: Radosne bimbanie - Justyna Dąbrowska o tym, czy istnieją "grzeczne dzieci"


Gdyby nie była „grzeczna” (czyli uległa i posłuszna – dokładnie taka, jakie według wielu dorosłych powinny być dzieci) i gdyby rodzice szanowali ją, wspierali, zapewniali poczucie bezpieczeństwa, ten ksiądz zapewne w ogóle nie zwróciłby na nią uwagi. A gdyby jednak odważył się ją dotknąć, jej rodzice natychmiast by się o tym dowiedzieli i zapobiegli dalszemu krzywdzeniu. To zdanie oczywiście nie oznacza, że to ona jest winna! Można natomiast mówić o współodpowiedzialności rodziców, których grzeczne dzieci bały się powiedzieć o swojej krzywdzie, czy – tym bardziej – którzy znali prawdę, ale nie uwierzyli.

Inne występujące w filmie osoby, które w dzieciństwie były wykorzystywane seksualnie przez księży, również nie powiedziały o tym swoim rodzicom (ani żadnej innej dorosłej osobie, bo nie miały w swoim otoczeniu żadnego dorosłego – nauczyciela, babci, wujka – któremu mogłyby zaufać!). Rodzice jednego chłopca dowiedzieli się o wszystkim od lekarki, której zwierzył się po tym, jak po kilku latach molestowania targnął się na swoje życie. Oprawca jednej z ofiar groził jej, że to on powie rodzicom. Tylko jedna bohaterka filmu mogła liczyć na wsparcie swoich rodziców. I dzięki temu do molestowania doszło tylko raz, w przeciwieństwie do innych omówionych w filmie przypadków.

Słowo dziecka nic nie znaczy

Dzieci, które nigdy nie były traktowane poważnie, nie mają podstaw do wiary, że tym razem ktokolwiek im uwierzy. I niestety często mają rację. Wielu ludziom trudno uwierzyć, że w instytucji, która powinna być moralnie nieskazitelna, jest tak dużo zła, w dodatku bagatelizowanego (bo przecież dzieci „same lgną”, a odpowiedzialność za grzechy księży ponosi szatan). Ta niewiara dotyczy jednak nie tylko pedofilii w Kościele.

Wypowiadający się w filmie były jezuita, prof. Stanisław Obirek, zwrócił uwagę, że „jest to po prostu pewnym zjawiskiem, że w rodzinie na przykład nie wierzy się, że wujek może być pedofilem. No jak to? Taki przyjemny wujek, zawsze przynosił słodycze. Albo brat. Jak brat może być takim bandytą, żeby młodszą siostrę wykorzystywać seksualnie?”. To prawda – tym smutniejsza, że zdecydowana większość czynów pedofilnych jest popełniana przez osoby znane dziecku i jego rodzicom.


Czytaj także: Katarzyna Kubisiowska: Szepty i krzyki


Fakt, iż wielu dorosłym tak trudno uwierzyć w to, że szanowany ksiądz czy przyjemny wujek może popełniać czyny pedofilne, wynika jednak nie tylko z podwójnej moralności, czy wyparcia. Także z tego, że dorośli po prostu nie wierzą dzieciom! Słowo dziecka nic w naszej kulturze nie znaczy. Rodzice na co dzień nie wierzą dzieciom, nie szanują ich, nie chronią, nie zapewniają poczucia bezpieczeństwa, lekceważą, więc kiedy dziecku dzieje się krzywda, ono albo im o niej w ogóle nie mówi, albo jest przez nich ignorowane, czy wręcz karane za szarganie dobrego imienia księdza albo przyjemnego wujka.

Jeśli więc chcemy ochronić dzieci przed wykorzystywaniem seksualnym, przede wszystkim powinniśmy wychowywać je tak, by nie bały się powiedzieć „nie”. By wiedziały, że mają prawo do nietykalności cielesnej (a tej wiedzy bicie nie dostarczy). Że są szanowane, wysłuchiwane i obdarzane zaufaniem.

Najwyższy czas skończyć nie tylko z ukrywaniem pedofilii w Kościele, ale też z jedną z jej przyczyn – z wychowywaniem dzieci do uległości i posłuszeństwa. I całą kulturą lekceważenia dzieci. ©

PO STRONIE OFIAR O wykorzystywaniu seksualnym nieletnich, o zmowie milczenia i innych grzechach polskiego Kościoła piszemy konsekwentnie od lat. Wybór najważniejszych tekstów „TP” z ostatniego dwudziestolecia na temat, który wstrząsa dziś Polską, w bezpłatnym i aktualizowanym internetowym wydaniu specjalnym. Czytaj na: TygodnikPowszechny.pl/postronieofiar

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Wszystko świeta prawda. Są jednak dzieci, które od pieluch mają swoja osobowość i swoje zdanie i nie czekają bynajmniej, aż im ktoś uwierzy i okaze szacunek. Np. mój syn. W latach 90-ch wprowadzono do szkół religię. Syn, który zerwał z Kościołem pod wpływem doswiadczeń z głupim księdzem przygotowującym go do Pierwszej Komunii, oświadczył, ze na religie chodzic nie będzie. Było to możliwe pod warunkiem, ze opieka domowa wyrazi pisemna zgodę. Byłam gotowa to zrobić, niestety, mój 15-letni syn mi zabronił twierdząc, ze nikt, nawet matka rodzona, nie będzie się wypowiadał w jego imieniu. Wiec w tajemnicy przed nim, po cichu poszłam do wychowawczyni i zgodziłam się "ustnie", na co rozumna kobieta przystała. Przez całe 12 lat zycia szkolnego nie nosił tzw. kapci, już w szkole podstawowej oświadczył, ze ich nosić nie będzie i słowa dotrzymał mimo obniżanych stopni ze sprawowania. Wszystkie późniejsze ważne życiowo decyzje syn podejmował sam, nawet nie informując mnie o tym. Że emigruje z Polski, dowiedziałam się w przeddzień jego wyjazdu:))) I tak źle, i tak niedobrze..

No cóż, wrodził się w matkę:-)

Pani Magdo, proszę mnie nie osłabiać! Jego ojciec był duuuzo gorszy, a co gorsza - źle skończył

Pani Karolino, z Pani wypowiedzi wyłania się obraz złego (Pani) dziecka i złego ojca (czyli Pani męża/partnera). Czy kiedyś przyjrzała się Pani sobie i swoim relacjom z własnymi rodzicami? Tam bywa sedno naszych ocen o sobie i najbliższych. Ale to bolesna i długa droga. Życzę odważnego serca - bo warto.

Przecież matka ledwo kryje dumę ze swojego ancymona! Nie dajmy się zwieść pozornemu narzekaniu ;)

:)))))))))))))))))))

Ależ moje dziecko nie było i nie jest złe, a wręcz przeciwnie:))) Było i jest samodzielne i nie ulegajace presji otoczenia, nawet rodziców. Było i jest przeciwieństwem dzieci opisanych w artykule. Jeśli dla Pana takie dziecko jest złe, znaczy, ze właśnie jest Pan rodzicem opisanym w artykule:)))

Zgadzam się całkowicie. Byłam dokładnie tak wychowana, całe dzieciństwo słyszałam "dzieci i ryby głosu nie mają", "to co ty chcesz jest mało ważne", byłam bita za byle przewinienie (dokładnie pamiętam uderzenie w twarz po tym, jak ściągnęłam skórkę z kiełbasy, której nie zamierzałam zjeść - było tak silne, że mama zaczęła krzyczeć na tatę, że mi ślad zostanie i jak do szkoły pójdę)... Za to w kościele musiałam być 15 minut przed mszą, inaczej bura, ksiądz zawsze święty , dorośli mają rację i tylko ich można dopuszczać do głosu... Obecnie mam swoje dzieci. Postanowiłam przerwać ten łańcuch przemocy wobec dzieci w rodzinie (mój mąż ma podobne doświadczenia). Nasze dzieci są przytulane, śpią z nami jeśli tego chcą i potrzebują, rozmawiają z nami na każdy temat, który ich ciekawi. I nigdy, nigdy nie zostały przez nas uderzone. Ani słownie upokorzone. Mam nadzieję, że wytrwamy. Jest ciężko, bo ten model wychowania "tradycyjnego" siedzi w głowie... I czasem już mam dość i ręka dosłownie sama układa się do klapsa... Ale nie, nie chcę, by moje dzieci przeżywały to, co ja.

Mam nadzieję, że inni młodzi rodzice też wyjdą poza swój habitus!

Obawiam się jedynie, że dziadkowie mogą zwracać się do wnuków podobnie jak 30 lat temu do swoich dzieci... Ostatnio mój syn wyraził swoją potrzebę i usłyszał od mojego taty dobrze mi znane z dzieciństwa zdanie "to co ty chcesz jest mało ważne"...

Jako dziadek, zapewniam, że tzw "tradycyjne wychowanie" dalekie jest od moich przekonań, co przekłada się na kontakty z wnukami.Widać, dziadkowie też są różni. Gratuluję sposobu podejścia do wychowania dzieci.

Bardzo dobry materiał.

..i wniosek! nie umiemy wychowywac dzieci ,ani szkola ,Kosciol calkiem NIE! ani rodzice Nie ma modelu ,ktory mozna byloby nasladowac.Dzieci z jednej strony sa straszone ,,a z drugiej wszystko im wolno jedno zle i drugie zle.Wolnosc slowa-- mowi sie co sie chce ,arogancko i obrazliwie.-- Przyklad idzie od gory od rodzicow. od Kosciola ,od szkoly. Internet . pochlania wiele czasu ,dzieciaki sa uzaleznione od "gadulstwa .Artykul ineteresujacy ,ale temat stary i na okraglo przekazywany dalej ,dalej ,dalej mamy juz 2019 ,a temat dalej ten sam

No, nie tak. Konsekwencja, wiarygodność i autentyczność. Dziecko wyczuwa najmniejszy fałsz, gdy tymczasem dla nas jest to dyplomacja.

No, nie tak. Konsekwencja, wiarygodność i autentyczność. Dziecko wyczuwa najmniejszy fałsz, gdy tymczasem dla nas jest to dyplomacja.

„Najwyższy czas skończyć… też z wychowywaniem do uległości i posłuszeństwa. Z kulturą lekceważenia dzieci”. Z drugim zdaniem, czyli apelem o nielekceważenie dzieci, w pełni się zgadzam. Ale pierwsze już mniej mi się podoba, bo sugeruje, iż dzieci – przynajmniej w Polsce – są wychowywane do „uległości i posłuszeństwa”. Widzę akurat co innego. Może na wsiach tak jest, ale w miastach? Chyba, że 20 lat temu? Tendencja jest zupełnie odwrotna, kiedyś „dzieci i ryby nie miały głosu”, teraz mam wrażenie, iż dziecko zajmuje miejsce przysłowiowego „złotego cielca”, któremu: - wszystko bezwarunkowo się należy - granic nie wolno mu stawiać - obowiązkami nie należy go obarczać - nie wolno na latorośl nawet podnieść głosu (bo podobno powoduje to nie do naprawienia szkody psychiczne). Ponieważ takie wychowanie to jest, jak mówią inni, wychowanie żadne (za wcześnie żeby jeszcze ocenić efekty, choć pewne są widoczne gołym okiem), więc w bogatszych krajach panie domu wynajmują opiekunki, na które przenoszą całą odpowiedzialność za wychowanie (czyli jego brak). Ta tendencja wkrótce, wieszczę, zawita i do nas. Od 2 dekad następuje przyspieszenie przemian społecznych, co nie omija i poglądu na sposób wychowania. „Konserwatyści” biją na alarm, „postępowcy” ubolewają iż proces przebiega tak wolno. A o złoty środek tak trudno…
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]