Pomidorowej na czystym sumieniu się nie ugotuje. Ale czy koniecznie na przecierze z Chin?

Polska stała się największym w Europie importerem koncentratu pomidorowego z Chin. Nie zwiększyliśmy zakupów – Włosi je zredukowali. I mieli powody.
Czyta się kilka minut
Co roku pod koniec lata wiele włoskich rodzin w ramach wieloletniej tradycji przygotowuje domowy przecier pomidorowy. Podczas Social Passata w Orti Generali, Turyn, 5 września 2025 r. // Fot. Stefano Guidi / Getty Images
Co roku pod koniec lata wiele włoskich rodzin w ramach wieloletniej tradycji przygotowuje domowy przecier pomidorowy. Podczas Social Passata w Orti Generali, Turyn, 5 września 2025 r. // Fot. Stefano Guidi / Getty Images

Dwanaście i pół miliona. Liczone w dolarach to śmieszna kwota – tyle kosztuje jedno skrzydło myśliwca F35 albo kafelki do nowego hotelu, którym pewien amerykański gwiazdor kina postanowił uszczęśliwić zaciszną dzielnicę Krakowa. Jakby to miasto i tak już nie więdło, wysysane przez turystycznego tasiemca. Uzbrojonego w cztery kółka na każdą walizkę.

Ale jest pewien wymiar, w którym ta skromna suma daje honorowy sukces. Oto zrównaliśmy się z Włochami na rynku pomidorowym.

Ileż to już lipców i sierpni spędziliśmy tu razem z nożem nad deską do krojenia, umacniając się w wierze, iż pod względem smaku i rozmaitości naprawdę nie ma się co wstydzić. Jeśli wam bawole serca pękają z dumy, a lica kraśnieją na malinowo, powstrzymajcie się na chwilę. Bo sukces, o którym dziś mowa, na razie dotyczy koncentratu. Z Chin. Polska stała się właśnie największym w Europie jego importerem. Ale nie dlatego, żeby radykalnie zwiększyła zakupy, tylko że Włosi, prześcigający dotąd nas i całą resztę o kilka długości, zredukowali swój import.

Po co w ogóle Włochom, potędze pomidorowej, chiński surowiec i czemu nagle się to skończyło? Na pierwsze pytanie odpowiedź jest prosta jak rachunki w klasie pierwszej. Jedna trzecia światowych upraw pomidora znajduje się w Chinach i z wielu względów jest to wszystko o rząd wielkości tańsze. 

To właściwie konstans naszego doświadczenia zakupowego i tylko z rzadka jeszcze szokuje, jak w przypadku miodu: sprowadzany statkiem przez pół globu, na półkach naszych wielkich sklepów kosztuje za kilogram mniej niż wynoszą skromnie liczone koszty własne polskiej pasieki. Nie mamy podstaw prawnych, by wątpić, że jest to miód, skoro tak stoi w papierach, a powołane do tego inspekcje nie znajdują niczego zdrożnego. 

Pozostaje nam tylko dla obrony przed tym bezsmakowym syropem suwerenny rozum uzbrojony w wiedzę, jakiej dostarcza napis na zakrętce – bo w przypadku miodu pojawił się niedawno nakaz oznaczania kraju pochodzenia. Poczytajcie, niezła powtórka z geografii.

Co nie dotyczy jednak przetworów z pomidora i sprytni Włosi skrzętnie z tego korzystali. Sprowadzali skondensowany przecier, dolewali wody i dodawali soli, po czym pakowali to jako „włoską” passatę albo koncentrat. Potem to szło głównie na eksport z odpowiednim przebiciem, bo każdemu się lepiej kojarzy Sorrento niż Xinjang. 

Tak, dobrze pamiętacie, to region na wschodzie Chin zamieszkały przez Ujgurów represjonowanych i wyzyskiwanych w obozach pracy. Także w rolnictwie – bo właśnie w Xinjang rosną te chińskie pomidory.

O przecierowym procederze mówiło się w mediach od dawna. Włoskie lobby rolnicze co jakiś czas organizowało protesty i kampanie – często ginące w zgiełku innych, dotyczących np. zboża czy oliwy. Rok temu za temat wzięła się BBC – w tych dniach trochę głupio stawiać ją za wzór rzetelności, ale akurat tutaj zrobiła porządne śledztwo. Wynajęła laboratorium, które potrafi profilować związki chemiczne obecne w glebach różnych regionów, i posłała próbki „włoskich” koncentratów z wielkich supermarketów.

Jedna trzecia z nich była chińska. Dziennikarze weszli potem incognito na teren fabryki, która wypadła wysoko w rankingu fałszywek, porobili trochę zdjęć, pogrzebali też w papierach celnych. Zrobiła się większa afera w paru krajach i duże sieci musiały ratować reputację. W końcu wizerunkowy balast okazał się za ciężki, zwłaszcza że wiedza o represjach wobec Ujgurów jest o wiele powszechniejsza niż parę lat temu.

Włosi w tym roku przestali więc kupować przecier z Chin. Co wcale nie znaczy, że surowiec z ich własnych (i egipskich – bo to tania alternatywa) pól jest z pewnością wolny od wyzysku. Ale to jest już temat znany, rozmawialiśmy parę razy o tym, jak gorliwymi ogrodniczkami są mafia i camorra.

W tej całej historii ciekawi mnie natomiast owo „surowcowe DNA”, które da się łatwo i niewielkim kosztem ustalić; ciekawe, czy rozdzielczość badań schodzi do poziomu regionów... Na pewno nie mówi nic o smaku i satysfakcji z jedzenia, tu wkraczają inne zupełnie spektrometry, kulturowe, a czasem, jak w przypadku Xinjangu, moralne.

Nie dalej jak tydzień temu brukselski europarlament rozwodnił proponowaną dyrektywę, która narzuca firmom obowiązek kontroli przyrodniczej i społecznej szkodliwości używanych surowców. Prace nad tym trwają już drugi rok i na każdym etapie standardy ulegały osłabieniu. 

Mądrość bowiem brukselskiego etapu polega teraz na „ułatwianiu życia” przedsiębiorcom, co ma pomóc rządzącym dotąd centrystom obronić się przed falą populizmów. Żeby jednak przepchnąć poprawki, dzięki którym nasi przetwórcy nie będą musieli się nikomu tłumaczyć z chińskiego przecieru, owi centryści (rodzina, do której należy nasza KO i PSL) połączyli siły z populistami, dotychczas otaczanymi tzw. kordonem sanitarnym. 

Wielkie, puste słowa. Za długo żyliśmy pod PO-PiS-em, który teraz jeszcze uśmiecha się do Konfederacji, żeby nas to dziwiło.

Musimy sami sobie utrudniać życie. W miarę możliwości portfela. Bo pomidorowej na samym czystym sumieniu się nie ugotuje. Macie słoiki z własnym przecierem i gwiżdżecie na obłudę polityki rolnej? Gratuluję, dam się zaprosić, a za tydzień znajdę wam w spiżarni inny powód do zgryzot.

Logika nakazywałaby, żebym teraz podał przepis na zupę pomidorową, ale zabilibyście mnie śmiechem i kto by za tydzień znów wam popsuł apetyt? Jedyne, co nieraz tu powtarzam: jeśli macie na to czas, zawsze lepiej wziąć całe pomidory z puszki, a nie siekany miąższ lub przecier w butelce – bo w ich przypadku przynajmniej widać, jakiej są jakości i możemy odrzucić „sos”, do którego Bóg wie, co dodano.

Tymczasem zostawię wam przepis na wytrawne muffinki – mogą iść w parze ze słodkimi, które piekliśmy tydzień temu

Muffinki pomidorowe // Fot. M.studio / Adobe Stock

Są o tyle „sezonowe”, że ważną rolę pełnią w nich podpieczone pomidorki koktajlowe, a o tej porze roku tylko po obróbce termicznej nadają się do jedzenia. No i koncentrat. Jakość i cena ma znaczenie, w kuchni zawsze używam tzw. potrójnego, na polskim rynku praktycznie jest do zdobycia tylko jednej firmy, którą uważam za dobrą i bez żadnych podtekstów reklamowych.

Muffinki pomidorowe

  • 250 g mąki
  • łyżka proszku do pieczenia
  • 50 g tartego parmezanu
  • 2 jajka
  • 100 ml mleka
  • 4 łyżki oliwy
  • 3 łyżki koncentratu pomidorowego
  • 250 g pomidorków
  • 2 łyżki kaparów z soli
  • 2 łyżki pestek słonecznika
  • oregano, ew. ostra papryczka

W dużej misce mieszamy mąkę, proszek, ser, sól, pieprz i oregano

W drugiej misce rozkłócamy jajka, dolewamy mleko, oliwę, i koncentrat pomidorowy, dokładnie mieszamy

Potem szybko łączymy mokre z suchym, dosypujemy przepołowione pomidorki, opłukane z soli kapary i prażone pestki słonecznika

Nakładamy do papilotek (10-12 szt), kładziemy na wierzch po połówce pomidorka, pieczemy w 180 stopniach ok. 20 minut.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru NR 48/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Koncentrat sumienia