Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Galaktyki z betonu

Są wszędzie. Trudno wyobrazić sobie bez nich świat, jaki znamy. Na co dzień nie zwracamy nawet na nie uwagi. Obrosły społecznymi mitami. Bloki mieszkalne – dobre są czy złe?

Reklama

Galaktyki z betonu

Galaktyki z betonu

04.06.2018
Czyta się kilka minut
Są wszędzie. Trudno wyobrazić sobie bez nich świat, jaki znamy. Na co dzień nie zwracamy nawet na nie uwagi. Obrosły społecznymi mitami. Bloki mieszkalne – dobre są czy złe?
Katowice, osiedle Walentego Roździeńskiego. Zdjęcia pochodzą z książki Beaty Chomątowskiej „Betonia. Dom dla każdego”, wydanej właśnie przez Czarne. MATERIAŁY PRASOWE / KRZYSZTOF SKŁODOWSKI
W

W zbiorze „Gra na wielu bębenkach” Olgi Tokarczuk znajdujemy opowiadanie o matce bliźniaków żyjącej w wieżowcu, która odkrywa pod podłogą bogactwo dźwięków; śpiewaczka z piętra niżej, przygotowująca się do występów, otwiera przed nią zupełnie nowy świat. W zwykłym mieszkaniu w bloku można odnaleźć „Ariadnę na Naksos”.

Miron Białoszewski, choć swój mrówkowiec na Saskiej Kępie nazywał „Chamowem”, codziennie ćwiczył w nim zmysł obserwacji, stwarzając od zera własny blokowy kosmos. Wiele zależy od wrażliwości tego, kto patrzy; jego osobistych doświadczeń, nawarstwionych przekonań i uprzedzeń. W zbiorowej świadomości blokowiska obrosły jednak mitami, które powiela się przy każdej okazji, nie przejmując się tym, że bywają ze sobą sprzeczne.

Ideologia po obu stronach muru

Mit pierwszy: bloki stanowią dziedzictwo systemu społeczno-politycznego wprowadzonego i utrzymywanego siłą po naszej stronie żelaznej kurtyny; niechciany owoc przynależności do Bloku Wschodniego.

Ten mit jest żywotny nie tylko w Polsce. W Niemczech tuż po zjednoczeniu każde zdjęcie bloków opatrywano informacją, że to spuścizna postenerdowska. Nie był to zabieg neutralny: chodziło o ustalenie hierarchii. Ossis, czyli ci ze Wschodu, mieli być, w przeciwieństwie do Wessis, plemieniem wiodącym szarą i smutną egzystencję w identycznych bryłach z prefabrykatów. Jakby Zachód nie miał swoich osiedli świadczących o zauroczeniu hasłami „miejskości poprzez zagęszczenie”, gigantycznych miast satelickich pokroju Gropiusstadt czy Märkisches Viertel. W tym ostatnim radykalna młodzież na czele z Ulrike Meinhof w 1968 r. usiłowała uświadamiać proletariat, nakłaniając go do buntu przeciw „fabrykom do mieszkania”. Kiedy jednak mieszkańcy przeczytali o sobie jako o wykorzystywanej przez biurokratów bezradnej masie sfrustrowanych ludzi na państwowym garnuszku, niekoniecznie chcieli współpracować z nieproszonymi obrońcami.

W Republice Federalnej Niemiec jeszcze w latach 60. budowano jedno betonowe osiedle za drugim, aż nastąpiło otrzeźwienie, po którym z ulgą pozbyto się wyposażenia fabryk domów na rzecz rodaków zza wschodniej strony muru oraz ekipy Edwarda Gierka, zapowiadającej coroczną budowę 220 tysięcy mieszkań dla „pokolenia drugiej Polski”.

Przekonanie, że przy powstawaniu blokowisk ideologia miała więcej do powiedzenia po wschodniej stronie żelaznej kurtyny, też trudno uznać za dogmat. Jak udowadnia Adrian Forty w książce „Concrete and Culture. A Material History”, na Zachodzie bloki z prefabrykatów powstawały tylko dopóty, dopóki dopłacano do nich z publicznych środków, były bowiem ściśle powiązane z polityką socjalną. Odpowiadali za to głównie socjaldemokraci. Partie socjaldemokratyczne za pomocą kolejnych programów dotowanego budownictwa podtrzymywały wrażenie, że dbają o poprawę życia obywateli, zwłaszcza robotników, nie podejmując rzeczywistych reform. Tak działo się w Wielkiej Brytanii, Francji czy Szwecji – z uwzględnieniem różnic związanych z realiami danego kraju.

Słabość tego podejścia wykorzystała później prawica. Najsłynniejszą areną politycznej walki stało się osiedle Pruitt-Igoe w amerykańskim St. Louis, którego upadek, przypieczętowany pokazowym wyburzeniem, obwołano „dniem, w którym umarł modernizm”. Przedstawiciele amerykańskiej prawicy dowodzili, że za porażkę w postaci stopniowej przemiany bloków w slumsy – a ze slumsów właśnie przybyli tu czarnoskórzy lokatorzy, licząc na lepsze jutro! – odpowiada brak zaangażowania, jakie wymusić może tylko prywatna własność. Wyszydzali koncepcję „realnego socjalizmu”, zapominając wspomnieć o błędach w jej wprowadzaniu. Być może bowiem Pruitt-Igoe nie stoczyłoby się w przepaść, gdyby jego ogarnięci reformatorskimi zapędami pomysłodawcy nie ograniczyli się tylko do budowy bloków dla najuboższych, ale zapewnili również środki na ich codzienne utrzymanie, remonty i ochronę.

Ideologia miała oczywiście duże znaczenie również przy wznoszeniu prefabrykowanych osiedli w naszej, środkowo- wschodniej części Europy, ale nie mniej istotną rolę odgrywała gospodarka wraz z jej prawami podaży i popytu. Dzięki intensywnemu programowi zbrojeń, wymagającemu rozbudowania produkcji stali i betonu, powstawały nadwyżki materiałów, które trzeba było gdzieś wykorzystać – najlepiej w budownictwie, bo mieszkań nieustannie brakowało.

Grzech modernizmu?

Mit drugi: osiedla bloków to spadek po modernizmie, który zafundował nam Le Corbusier. W domyśle: za monotonię krajobrazu europejskich miast odpowiadają postępowi architekci o lewicowej orientacji. Lub ogólniej: architekci narzucający swoje utopijne wizje społeczeństwu.

Trudno zaprzeczyć, że uczestnicy Międzynarodowych Kongresów Architektury Nowoczesnej, na czele z „papieżem modernizmu”, mieli spory udział w rozpowszechnieniu pomysłu „maszyny do mieszkania” i zasad nowoczesnej konstrukcji budynków, a także opartej na socjalistycznych pryncypiach obietnicy zapewnienia każdemu obywatelowi, niezależnie od pozycji i dochodów, jednakowych standardów życia. Tyle że prototyp dzisiejszego bloku, budynek „Dom-ino” opracowany przez Le Corbusiera na potrzeby szybkiej odbudowy wsi we Flandrii po I wojnie światowej, powstał dopiero w latach 20. minionego wieku, wieńcząc co najmniej stuletnie wysiłki licznego grona wynalazców, którzy głowili się, jak wykorzystać beton do szybkiego, taniego i masowego budowania.


Czytaj także: Filip Springer: Życie w płycie


Był wśród nich Thomas Edison, owładnięty ideą domu, do stworzenia którego wystarczałoby wiadro wypełnione cementem, Alexander Brodie, główny inżynier Liverpoolu, Auguste Perret czy szwedzki architekt i wojskowy Fredrik Blom, twórca systemu konstrukcyjnego pozwalającego na składanie budynków z gotowych elementów i transportowanie ich z miejsca na miejsce. Potrzeba była uniwersalna, od Londynu poprzez Paryż po Nowy Jork; napędzała ją konieczność. Po rewolucji przemysłowej wraz z rozwojem miast ściągały do nich rzesze robotników, którzy musieli gdzieś mieszkać. Budownictwo z cegły było kosztowne i czasochłonne, a warunki w czynszówkach stawianych dla robotników, jak berlińskie Mietskaserne, pozostawiały wiele do życzenia.

Droga do sukcesu nie była jednak tak prosta, jak wyobrażali to sobie entuzjastyczni pionierzy betonu. Najpierw powstawały pojedyncze prototypy, gęstniejące w grupki budynków o klasycznych fasadach maskujących wnętrza z prefabrykatów, dopiero później – pierwsze małe kolonie w rodzaju Betondorp w Amsterdamie, przyjmowane przez otoczenie z mieszanymi uczuciami. Przyspieszenie nastąpiło dopiero po II wojnie światowej – wraz z rozwojem technologii i tym razem już naprawdę palącą potrzebą zapewnienia dachu nad głową milionom ludzi.

Jak było z wielką płytą

Mit trzeci: blok równa się wielka płyta, a ta, jaką znamy z Polski, jest podarunkiem radzieckim. Biografie ludzi, którzy przyłożyli rękę do powstania polskiego bloku wzorcowego, typ W-70 (,,W” od Warszawy, ,,70” – od roku, w którym powstał), zupełnie jednak tego nie potwierdzają.

Kazimierz Piechotka – były powstaniec warszawski i żołnierz Armii Krajowej. Jego żona Maria – powstańcza łączniczka. Oboje – architekci kojarzeni nie z urzędową monotonią, lecz z dobrym projektowaniem. Projekt kompleksowego systemu budownictwa mieszkaniowego z wielkiej płyty, opracowany przez zespół pod ich kierownictwem na potrzeby konkursu ogłoszonego w lutym 1967 r., był systemem otwartym, który pozwalał dowolnie przestawiać i łączyć ściany. Na bazie wielokrotności modułu opartego na długości ludzkiej stopy można było tworzyć różne mieszkania – z kuchnią dużą lub małą, ze ścianami, stropami i oknami różnej wielkości, możliwymi do montażu w różnych miejscach.

Konkurs ogłoszono, bo toporność „leningradczyków” – bloków, jakie wraz z licencją chciał nam wcisnąć Związek Radziecki – zdegustowała nawet peerelowskich decydentów. Data skierowania W-70 do produkcji pokazuje przy tym, że systemy wielkopłytowe zaczęły być w Polsce stosowane na dużą skalę dopiero w erze Gierka. Nim w całym kraju wyrosły kolejne kupowane za dewizy fabryki domów, stosowano inne technologie. Bloki budowano częściowo z cegły, częściowo z prefabrykatów, potem w technologii wielkiego bloku, dużych elementów z betonu, z których montowano ściany wewnętrzne i stropy. Samych zaś systemów wielkoblokowych i wielkopłytowych, opracowanych przez rodzimych inżynierów, było kilkadziesiąt, nie licząc oboczności takich jak rama H czy technologia monolityczna (w której powstało m.in. warszawskie osiedle Za Żelazną Bramą). Przekonanie, jakoby blok z wielkiej płyty pojawił się pewnego dnia i natychmiast rozpoczął triumfalny pochód przez kraj, należy więc włożyć między bajki. Ewolucja dokonywała się stopniowo, jak w antropogenezie.

Legenda osiedlowej arkadii

Mit czwarty: życie na blokowiskach w PRL-u było idyllą w porównaniu z dzisiejszymi anonimowymi osiedlami. Osiedla te, również złożone z bloków, tylko że grodzone, określane są mianem „osiedla apartamentowców”, co sytuuje je o klasę wyżej w kategorii budownictwa mieszkalnego.

Z tym mitem rozstać się najtrudniej: podlany zwykle sentymentalnym sosem, łączy się z tęsknotą za czasami dzieciństwa albo młodości, kiedy wszystko było przyjaźniejsze, radośniejsze, bardziej dostępne i kolorowe. Romantyczna mgiełka osnuwa również bloki, łagodzi kanciastość formy, rozbiela szarość. Łatwo zapomnieć o ciasnocie i mikroskopijnych metrażach, zwłaszcza tych z ery gomułkowskich oszczędności, gdy norma powierzchni mieszkalnej przypadającej na obywatela skurczyła się do pięciu-siedmiu metrów kwadratowych. O ciemnych kuchniach. O akustyce pozwalającej śledzić życie sąsiadów, zwłaszcza zaś ich kłótnie. O blokach bez balkonów albo z ich żałosnymi namiastkami; o czwartym piętrze bez windy. O schyłkowej epoce Gierka, kiedy system dogorywał i na nic już nie starczało pieniędzy, więc wprowadzano się na osiedla złożone z identycznych, szarych i kiepsko wykonanych bloków stojących na błotnistym klepisku, bo place zabaw, zielone przestrzenie i pawilony handlowe zostawały na papierze.

Trudno się dziwić, że gdy przyszły nowe czasy, ci, którzy mogli sobie pozwolić na wyprowadzkę, realizowali czym prędzej fantazje o dworze polskim na przedmieściu, odreagowując lata udręki, naznaczone deficytem prywatności i osobistej przestrzeni. To zaś, że teraz na przyblokowych podwórkach widać mniej dzieci, że rzadziej rozmawiamy ze sobą na klatkach schodowych i nie zawsze znamy sąsiadów z nazwiska, wynika z szerszych przemian.

Społeczeństwo stało się bardziej mobilne. Zmienił się styl życia, pojawiło się mnóstwo nowych możliwości spędzania wolnego czasu.

Badania socjologów miasta pokazują jednak, że mieszkańców osiedli – zarówno tych starszych, jak i nowych, tych z wielkiej płyty i tych z cegły – nadal jednoczą różne czynniki, podobnie jak w poprzednich dekadach i niezależnie od ustroju. Psy, małe dzieci, przyblokowe ogródki, samochody. Doszły też nowe elementy, jak kwestia własności mieszkania czy miejsca parkingowe. Bo nie tylko lokatorzy „apartamentowców” z monitoringiem lubią odgrodzić się od świata. Mieszkańcy starszych osiedli też chętnie stawiają płoty i dzielą przestrzeń, by zabezpieczyć własne interesy i oddzielić się od innych. Na przykład od tych, którzy chcieliby zostawić samochód pod ich blokiem, a przyjechali tylko w odwiedziny.

Czarna legenda blokowiska

Mit piąty, konkurencyjny wobec czwartego i funkcjonujący równolegle: osiedle równa się blokowisko, anonimowość. Narodził się w Polsce lat 90. na fali rozliczeń z poprzednią epoką. Osiedla, zwłaszcza te budowane na chybcika i byle jak, zszarzały wówczas i spowszedniały, kojarzyły się z uniformizacją i jedyną dostępną w sklepie sofą, która – jak pisał Barańczak – ,,zawsze jest bordowa”.

Mieszkanie na osiedlu, nazywanym odtąd „blokowiskiem”, stało się – świadomie lub nie – narzędziem stygmatyzacji. Przyczyniły się do tego reportaże o „blokersach” – przedstawicielach nowych subkultur rzekomo opanowujących osiedla, o bezrobotnych bez perspektyw wegetujących na ławkach przed blokiem, o rodzinach z problemami, wypisz, wymaluj z filmu „Cześć, Tereska”. Zgodnie z tym obrazem wszystkie polskie osiedla wyglądałyby jak Bijlmermeer w Amsterdamie czy podparyskie banlieues, gdzie strach się zapuszczać w obawie o własne życie.


Czytaj także: Beata Chomątowska: Odblokowywanie


Tymczasem określenie „blokowisko”, wymyślone w latach 80. przez zespół socjologów, psychologów, ekonomistów i architektów z Krakowa, który pod kierunkiem Janusza Bogdanowskiego i Stefana Pappa miał pomóc w rewitalizacji poprzez sztukę kilku peryferyjnych osiedli, odnosiło się tylko do specyficznego ich typu – ,,wielkich zespołów mieszkaniowych”, cechujących się przesadzoną skalą, powtarzalnością i kiepskim wykonawstwem, pozbawionych miejsc, w których mieszkańcy mogliby wyrażać swoją indywidualność.

Oczywiście w blokach, jak wszędzie, zdarzają się gotowe scenariusze kryminału czy thrillera, a niektóre osiedla noszą wszelkie cechy blokowisk, jednak większość z nich jest całkiem zwyczajna. Nie są ani źródłem wszystkich nieszczęść, ani też czymś najlepszym, co mogło się przydarzyć w budownictwie mieszkaniowym. I będą powstawać nadal, bo inaczej nie da się pomieścić nowych lokatorów rozrastających się bez końca miast-molochów.

Blok jak świat

Oba te mity – o idylli blokowego sąsiedztwa w PRL-u i o blokowisku jako ludzkiej dżungli – unicestwiają mit szósty: że doświadczenie życia w bloku jest przeżyciem uniwersalnym. Skoszarowanie na blokowych osiedlach istotnie umożliwiło kilku generacjom Polaków dorastanie w otoczeniu ludzkiej gromady, nabycie podstawowych umiejętności społecznych w gronie rówieśników z podwórka, wreszcie wejście w życie z przekonaniem, że ludzie są różnorodni nawet w kraju jednolitym etnicznie. Nie zaznają tego dzieci chowane w miejskich enklawach, do których dostęp mierzy się grubością portfela.

Tak, pewne wspomnienia są wspólne, ale każdy ma swoją o bloku opowieść. Weźmy życie społeczne. W NRD system polityczny był bardziej opresyjny i wszyscy mieszkańcy musieli należeć do tzw. wspólnoty domowej, która nie tylko organizowała obchody Dnia Kobiet czy Dziecka, ale pilnowała przestrzegania właściwych postaw. Każdy zobowiązany był do uczestnictwa we wspólnych cotygodniowych porządkach. W PRL, jeśli nawet też wspólnie urządzano przestrzeń wokół bloków, jak na lubelskim osiedlu Mickiewicza, odbywało się to bardziej spontanicznie, a energia do działania stopniowo zamierała.

Czy można zresztą w ogóle porównywać życie w cztero- piętrowcu i w kilkunastopiętrowym wieżowcu, gdzie poranki rozbrzmiewały stukotem nóg lokatorów biegnących do wind – bo było ich zbyt mało, by nie obawiać się o spóźnienie do pracy? Wrocławską superjednostkę, gdzie mieszkańcy opalali się na dachu, z codziennością warszawskich Sadów Żoliborskich? Albo londyński Balfron Tower, gdzie kandydatów na lokatorów lustrował sam architekt, który na krótko postanowił być jednym z nich? Czy wreszcie krakowskie Azory, które wymykają się wszelkim uogólnieniom? To przykład najciemniejszego okresu budownictwa mieszkaniowego epoki Gomułki, lecz jednocześnie przedmiot dumnej samoidentyfikacji dorastającej w tamtejszej Szuflandii młodzieży.

Blok jest tylko formą, ostatnim ogniwem długiego łańcucha prób budowania tanio, szybko i łatwo, dla mas. Cała reszta tkwi w naszych głowach. ©

Galeria zdjęć

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Pisarka, dziennikarka, założycielka Stacji Muranów. Kontakt z autorką: chomatowska@tygodnik.com.pl

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]