Gdzieś między gotyckim zamczyskiem, arktycznym bezkresem a jatką z ludzkim mięsem rozgrywa się najnowsza wersja opowieści o szalonym naukowcu i jego ludzkim/nieludzkim dziele. Liczba filmowych adaptacji, choćby luźno inspirowanych powieścią Mary Shelley, idzie już w setki, toteż chciałoby się zobaczyć na ekranie coś nowego – na miarę naszych czasów, naszych pytań, lęków i obsesji.
„Frankenstein” Guillerma del Torro
Tym razem dominuje gigantyczne filmowe zamczysko, albowiem jego budowniczy, Guillermo del Toro, spełnia po prostu dziecięce marzenia. Do swojego humanoidalnego bestiariusza, z Pinokiem, baśniowym faunem czy tajemniczą istotą wodną, włączył teraz mitycznego Potwora, który od 1818 roku na różne sposoby straszy i przypomina, czym tak naprawdę jest potworność i co to w ogóle znaczy być człowiekiem.
W nowym „Frankensteinie” te kwestie, jakkolwiek wypowiadane literalnie, wielokrotnie schodzą na drugi plan, bo przykrywa je hollywoodzki spektakl przebrany w kampowe scenografie. Wszystko jest więc ostentacyjnie przeskalowane: wszelkie konstrukcje, kostiumy, kolory, pejzaże i efekty specjalne.
W tym miejscu powinny wyświetlić się multimedia. Nie jest to jednak możliwe ze względu na Pani/Pana wybór preferencji plików cookies. W przypadku chęci wyświetlenia całości materiału wraz z multimediami niezbędna jest zmiana wybranych wcześniej preferencji.
Te ostatnie miały być rzemieślnicze, znaczone ręką ludzką, w wielu jednak momentach wydają się wręcz nieludzkie, jakby stworzone przez AI, co staje się jednym z paradoksów tego filmu. Niby wiernego pierwowzorowi, ale z zupełnie innym rozłożeniem akcentów.
Toksyczny ojciec zamiast szalonego naukowca
Na przykład, osłabiając wątek moralnej odpowiedzialności naukowca (w tej roli Oscar Isaac), del Toro zanurza się w rejony toksycznego ojcostwa. Jego doktor Frankenstein to nie tylko ofiara własnego ojca czy „ojcobójca” Harlanda, ale – znacznie bardziej niż w którejkolwiek z wcześniejszych wersji – wyrodny ojciec Potwora, któremu zaszczepił najgorsze z możliwych wzorców człowieczeństwa i jednocześnie broni się przed uznaniem go za syna.
Gra tę postać ucharakteryzowany jak najbardziej „do poznania” Jacob Elordi, starający się uczłowieczyć swojego bohatera. I to zarówno w jego samotności, jak i szaleństwie, co można uznać za preludium do roli innego „obcego”, czyli Heathcliffa w najnowszej adaptacji „Wichrowych wzgórz”.
Bo tak jak przedwojenny Bela Lugosi był upiorny, a Robert de Niro w wersji sprzed ponad trzydziestu lat wyglądał niczym ofiara ciężkiego wypadku, tak Elordi ma być w roli monstrum po prostu seksowny. Nawet świeżo pozszywany z wojennych trupów przypomina antycznego herosa. A z czasem, im lepiej jego bohater zadomawia się w swojej fizycznej powłoce, zaczyna być coraz bardziej cielesny, w znaczeniu ludzkim i męskim. Lecz z tego faktu niewiele wynika dla filmu.
Współczesne lęki w gotyckim kostiumie
Tkliwość Elizabeth bierze się raczej z romantycznej fascynacji innością, z humanitarnej wrażliwości, pozostającej w kontrze do męskich ambicji i rywalizacji – albo z ukłonu do naszych czasów. Nie ma w tym natomiast żadnego przekroczenia, podobnie we freudowsko podwojonej roli Mii Goth.

Po co zatem seksualizować potwora? Jedno jest pewne: jego piękno ma oswajać obcość, pokonać poznawczo-emocjonalny dysonans tak często wywoływany przez androidy w filmach science fiction. Z tak cielesnym potworem łatwiej się utożsamić i współodczuwać, zwłaszcza w drugiej części, kiedy film przejmuje jego perspektywę.
Oczywiście, współczesna refleksja posthumanistyczna w jej krytycznym wydaniu jakoś się przebija u del Toro. Bo przecież Harland jako sponsor i nadzorca eksperymentu musi przywodzić na myśl dzisiejszych bogów z branży big tech, próbujących pokonać śmierć i przejąć rząd naszych dusz. Kiedy jednak sam reżyser mówi w suplemencie do filmu o „kwestionowaniu kapitalizmu”, brzmi to cokolwiek fałszywie.
Efektowny spektakl bez kinowego oddechu
„Frankenstein” jest przede wszystkim imponującym wysokobudżetowym widowiskiem Netflixa i można tylko żałować, że nie doczekało się ono w Polsce dystrybucji kinowej. Oglądane w warunkach domowych, mimo całej swojej efektowności i emocjonalnego ładunku, wywołuje przesyt pomieszany z niedosytem.
Ta dwuipółgodzinna ucieczka w okrutną baśń, prócz wspomnianego wątku ojcowsko-synowskiego, ostatecznie potraktowanego nazbyt sentymentalnie, ma przede wszystkim olśniewać swoją trochę przekręconą wyobraźnią. I pod tym względem spełnia swe zadanie, aczkolwiek rzadko staje się czymś więcej niż mistrzowskim ożywianiem dekoracji i trucheł.
„Frankenstein” – reż. Guillermo del Toro. Prod. USA 2025. Netflix.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















