„Pochodzenie ma znaczenie” – wcale nas nie zdziwi, że tę toporną rymowankę głosi na oficjalnych stronach rząd. Wszystko ma teraz narodowość i najlepiej siedzieć w domku, uprzednio zatrzasnąwszy patentowy zamek. Okna też lepiej pozamykać, od zaduchu jeszcze nikt nie umarł, a w przeciągu to się zaraz zagranicznej influency można nabawić, w głowie się zalęgną jakieś niepolskie z ducha ideologie – przecież większość wiatrów w Polsce wieje z zachodu. Nie bójmy się głośno tego powiedzieć: z Niemiec.
Dlaczego dopiero teraz marszałek Hołownia jako pierwszy zaczął mówić wprost o polskim wietrze?! Doprawdy, Szymonie, gdybyś napisał to pięć lat temu w felietonie w „Tygodniku”, docenilibyśmy ten galop, ale wolałeś odejść w świat, gdzie każdy absurd zostanie wzięty na poważnie. Czekam, kto pierwszy z kandydatów wysunie żądanie przebudowy ustroju pogodowego pod kątem bezpieczeństwa. Państwo z kartonu nie umie zadbać, żeby Polak przestał oddychać tym, co mu Niemiec podesłał!
Cóż, oryginalni endecy umieli przynajmniej strugać ładne pałki. „Swój do swojego po swoje” – to mowa pięknie wiązana, choć sznur zapleciono z nienawiści. W przeciwieństwie do ich rasistowskich majaków, potrzeba ochrony rynku jest dzisiaj poważna, bierze się z rzeczywistych zagrożeń. O pochodzeniu przypomina minister rolnictwa w komunikacie o pryszczycy na Słowacji i Węgrzech. Apeluje, żeby kupować tylko mięso i ser z tak zwanych „sprawdzonych” źródeł, czyli, jak rozumiem, nie od przysłowiowej baby albo od kolegi szwagra, który robi wędlinę domowym sposobem.
Cóż, kiełbasa albo gomółka sera, której jedyną pieczątką jakości są muchy odganiane znad niezbyt czystej lady, mogą na nas sprowadzić rozstrój lub problemy medyczne, jednak to my będziemy te koszty ponosić, a nie świnie czy krowy w polskich hodowlach. Im wirus zagraża na tuzin bardziej bezpośrednich sposobów.
Węgrzy i Słowacy mówią o bioterroryzmie, to znaczy świadomym wpuszczeniu choroby w ich system hodowli. Od kiedy z solidnych źródeł zaczęliśmy się dowiadywać, że cała niedawna pandemia koronawirusa mogła faktycznie mieć początki w nowoczesnym laboratorium, a nie w lepkich od posoki zakamarkach targów z żywym inwentarzem, tego rodzaju teorie łatwiej osadzają się w świadomości.
Cóż, bycie ofiarą knowań dobrze robi na kompleksy, ale to nie znaczy, że tym razem nie mają racji. W tych rozważaniach ginie jednak istota problemu – obcy agent nie miałby czego szukać, gdyby nie sposób, w jaki się produkuje mięso w tych krajach (i wszędzie dookoła).
Klatki i przegródki ustawione w niekończących się rzędach jak komórki tabeli Excela, wypełnione abstrakcyjnym „pogłowiem”. To jest prawda o kiełbasie i serze ze „sprawdzonych źródeł”. Ciąg produkcyjny z jednym ogniwem białkowym – najsłabszym, a jednak niezbywalnym. W pewnym momencie przypomina ono o tym, że jest ciągle, ku utrapieniu akcjonariuszy i regulatorów, żywym organizmem i podlega regułom biochemii, a nie tylko kwartalnym trendom zysku i dyrektywom do spraw dobrostanu. Zderzamy się z granicą możliwości adaptacji przyrody do naszych projektów.
Podobnie jest z kolejną plagą: ptasia grypa jest coraz mocniej obecna na Mazowszu i w Wielkopolsce. Na razie polskim władzom udało się wytargować w Brukseli, że nie zakażą nam eksportu drobiu (przynajmniej do wyborów, potem się zobaczy). Trzeba jednak likwidować ogniska. W branżowym żargonie to się nazywa depopulacja (podobne do „derekrutacji” w nowoczesnych firmach dbających o samopoczucie zasobów ludzkich). Przemysłowa hodowla zna wiele sposobów szybkiego i łagodnego (chcemy w to wierzyć) zabijania – są ujęte w dyrektywie UE 1099/2009, którą powinien czytać każdy, kto jada mięso. Nie żeby nawrócić się na weganizm, ale być bardziej świadomym, dorosłym emocjonalnie spożywcą.
Kury zatem można uśmiercać mechanicznie np. przez „ręczne skręcenie szyi”, jednak przepis stanowi, że taką oldskulową czynność jedna osoba może wykonać tylko 70 razy dziennie. Czemu nie sto? Z troski o nadgarstki czy o psychikę? Kiedy trzeba w jeden dzień zdepopulować 10 tysięcy ptaków, sami rozumiecie, że to za mało. Są szybkie i wydajne środki elektryczne lub gazowe – ale np. duszenie dwutlenkiem węgla ma swoje wady, bo wymaga szczelnego pomieszczenia lub beczki. Dlatego odpowiednie agendy zamierzają zezwolić na nową, stosowaną już masowo za oceanem metodę – pokrywanie stada kur lub świń gęstą pianą złożoną z azotu. Jeśli zostanie to wykonane fachowo, nie budzi odruchów paniki zwierząt, pozbawia czucia i uśmierca przez brak tlenu w parę minut. Pianę potem się zmywa, azot, nieszkodliwy dla ludzi z obsługi, ucieka w powietrze.
Nie odwracajmy wzroku, nie ma powrotu do agrarnej sielanki. Holenderskie władze odradziły niedawno jedzenia jajek z prywatnych przydomowych kurników – zawierają za dużo tzw. wiecznych chemikaliów (znanych pod angielskim akronimem PFAS). Te ślady po wszechobecnym w naszym świecie plastiku biorą się z robaków wydziobywanych przez szczęśliwe kury zgodnie z odwiecznym porządkiem podwórka, w kącie którego stoi pieniek i siekierka. Z tych labiryntów sprzeczności nowoczesnego świata nie ma już dobrego wyjścia, trzeba jakoś z tym dalej żyć. Dyskutujmy lepiej o narodowości wiatru, w tej dziedzinie trudno cokolwiek popsuć. Będzie wiał, kędy chce.

Makaron z chmielem i cytryną
W naszym cyklu o wczesnych zielskach z poboczy i zarośli czas na młode pędy dzikiego chmielu (jadamy czubki i pierwsze dwa-trzy listki). Tym bardziej że już są do kupienia jędrne tutejsze szparagi – a chmiel i kształtem je przypomina, i smakowo się z nimi też zbiega, grając na innym, lecz podobnym rejestrze goryczki. Można zatem podawać je obok siebie. Z tym że o ile szparagi lepiej po obraniu upiec, to chmiel zawsze lepiej zblanszować przez kilka minut, a potem poddusić na patelni na oliwie z czosnkiem. Taki mariaż chmielowo-szparagowy spróbujcie doprawić niewielką ilością świeżo startych wiórków chrzanu i oliwą.
A poważniejsze danie?
- 320 g makaronu jajecznego
- gruby pęk pędów dzikiego chmielu (ok. 0,25 kg)
- 1 dymka lub kilka grubych łodyg szczypioru
- skórka z cytryny
- 4 żółtka
- oliwa
- tarty parmezan
- sól, pieprz
Blanszujemy chmiel pocięty na kawałki 2-3 cm, dajemy go na patelnię razem z drobno posiekaną dymką (biała i zielona część) lub grubym szczypiorem i skórką z cytryny, dusimy kilka minut, aż trochę zmięknie. Równolegle gotujemy jajeczne spaghetti lub tagliatelle, kiedy dojdą, przekładamy na patelnię z zieleniną, mieszamy, jeśli wyjdzie za suche, podlewamy odrobiną wody z blanszowania. Na każdą porcję na talerzu wbijamy jedno żółtko i posypujemy garstką sera, po czym zachęcamy gości, żeby szybko mieszali, póki kluski gorące.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















