„Familia grande” Camille Kouchner zmienia Francję. Jak ta powieść będzie przyjęta w Polsce?

Po publikacji tej książki inne ofiary kazirodztwa zaczęły ujawniać swoje historie. Boję się jednak, że w Polsce zostanie odczytana jako kolejny dowód na francuską perwersję i wyuzdanie. Czy autorce udało się ująć w słowa to, co nie do pomyślenia?
Czyta się kilka minut
Camille Kouchner. Grudzień 2020 r. // Fot. Bénédicte Roscot / materiały prasowe wydawnictwa Czarne
Camille Kouchner. Grudzień 2020 r. // Fot. Bénédicte Roscot / materiały prasowe wydawnictwa Czarne

W niemal każdym tekście dotyczącym zjawiska określanego we Francji jako #MeTooInceste pada teraz fraza: „La parole s’est liberée”. Słowo się uwolniło, tabu zostało złamane, worek z tajemnicami się rozwiązał. I nagle okazało się, że nawet bardzo porządne rodziny miewają bardzo paskudne sekrety. Po ogólnoświatowej fali ujawniania przemocy seksualnej wobec kobiet nad Sekwaną wezbrała druga fala: dorosłe dzieci zaczęły opowiadać o molestowaniu przez rodziców.

Ustawa powołuje się na książkę „Familia grande” Camille Kouchner

Hasztag #MeTooInceste powstał po publikacji książki Camille Kouchner „Familia grande” w 2021 r. (właśnie ukazała się w Polsce), kiedy, ośmielone szczerym świadectwem tej znanej prawniczki, inne ofiary kazirodztwa zaczęły zamieszczać swoje historie na Twitterze. Za pionierkę ruchu można uznać Christine Angot, która już w 1999 r. wydała brutalnie autobiograficzną książkę „Kazirodztwo”. W nurt ten wpisuje się jeszcze Neige Sinno i jej „Ponury tygrys” (2023).

Książki znacznie się od siebie różnią – Kouchner opowiada o tym, jak była cichym i bezradnym świadkiem molestowania swojego brata bliźniaka. Angot i Sinno same padły ofiarą bestialskich ojczymów. Trochę inne są czasy i inne środowiska, ale jedno pozostaje niezmienne: kazirodztwo to ukryty rak, który toczy całą rodzinę. Krewni zwykle wiedzą, ale wolą odwracać wzrok. I dopóki perwersja nie zostanie ujawniona, zdiagnozowana i nazwana, dopóty cała rodzina tkwi w marazmie.

Z prawnego punktu widzenia zbrodnie uległy przedawnieniu, więc ofiary nie mogą szukać sprawiedliwości, opowiadając o krzywdach w sądzie. Pozostało im tylko pisanie. Zwłaszcza we Francji, gdzie wiara w sprawczą moc literatury nie słabnie, relacje spod znaku #MeToo zapełniły księgarskie półki. A nadzieja na to, że mogą coś zmienić, nie okazała się płonna: między innymi dzięki książkom takim jak „Familia grande” okres przedawnienia gwałtu na nieletnich przedłużono z dwudziestu do trzydziestu lat od uzyskania przez ofiarę pełnoletności.

21 kwietnia 2021 r. francuski parlament jednogłośnie przegłosował ustawę, której celem jest ochrona dzieci przed molestowaniem. Zabrania ona między innymi stosunków seksualnych z osobami poniżej piętnastego roku życia lub z krewnymi poniżej osiemnastego roku życia, nawet jeśli „wyrażą na to zgodę”. Innymi słowy, w świetle prawa wszelkie stosunki seksualne z dziećmi, nawet „dobrowolne”, uznaje się za gwałt. Ustawa rozszerza też definicję gwałtu na „akty ustno-genitalne” (nie samą penetrację), a pod definicję krewnego podciąga też rodzeństwo dziadków.

Co ciekawe, w rządowym portalu prawnym, vie-publique.fr, w którym znalazłam tekst ustawy, w zakładce „kontekst” przywoływana jest książka Kouchner: „Ustawa jest następstwem głośnych spraw karnych z końca 2017 i 2020 roku, w których ofiarami były małoletnie dziewczynki. Prace nad nią rozpoczęły się w kontekście debaty publicznej wywołanej publikacją książki Camille Kouchner »La Familia grande«. Autorka opisuje w niej przypadek kazirodztwa, którego ofiarą miał paść jej brat bliźniak”.

Czy medialna bomba Camille Kouchner jest obiektem literackim?

Mamy więc odważne pisarki, które oskarżają dawnych oprawców, strącają ze świeczników możnych tego świata, wpływają na zmianę prawa. Pokazują, że do wynaturzeń dochodzi także w znamienitych rodzinach i wśród wielkich tego świata. Że kazirodztwo nie skończyło się na zgnuśniałych faraonach i nie ogranicza się do „zdeprawowanej biedoty”. Nie, sprawcą może być też wzorowy obywatel, słynny profesor, znany artysta. Którego przez lata chronią rodzinna omerta i środowiskowa solidarność.

Albo chroniły, bo odkąd wspomniane pozycje pojawiły się na rynku, świadomość wzrosła. Społeczeństwo zdało sobie sprawę z istnienia problemu, a ofiary czują się mniej osamotnione. Jak bowiem stwierdziła w „Teleramie” Marine Landrot, książka Kouchner „budzi sumienia i daje solidne punkty odniesienia wszystkim ofiarom zagubionym w milczeniu i poczuciu winy”.

Niewątpliwie mają one wielką wartość społeczną. Ale czy to dobra literatura? Dobra według kogo czy do czego, chciałoby się zapytać. Nie wchodząc w długie rozważania na temat oceny wartości dzieł literackich, można zaznaczyć, że niepokój krytyków wzbudza czasem terapeutyczno-rozliczeniowy charakter tego typu książek. Nadal obowiązuje (pokutuje?) bowiem przekonanie, że sztuka ma służyć wyłącznie samej sobie, więc piętnowanie za jej pomocą dawnych zbrodni czy misja podnoszenia świadomości społecznej daje kiepskie pamflety czy powieści z tezą. A teksty, które autorom przynoszą katharsis, niekoniecznie nadają się do publikacji.

„Prawdziwa literatura” to, zdaniem krytyków (na przykład wspomnianego Claude’a Grimala), spokojna i chłodna praca na języku. Triumf estetyki nad etyką. Zachwycamy się więc „Lolitą”, bo Humbert Humbert tak wspaniale opisuje chuć do małej dziewczynki. I wolimy czytać kunsztowne akapity Nabokova: „Natychmiast, obłędnie, niezdarnie, bezwstydnie, boleśnie zakochaliśmy się w sobie; należy dodać, że i beznadziejnie, bo tę frenetyczną żądzę posiadania dałoby się ukoić jedynie wtedy, gdybyśmy dosłownie wessali i wchłonęli nawzajem każdą cząstkę swych dusz i ciał” (przeł. Michał Kłobukowski). Niż nie zawsze zręczne zdania Kouchner: „Ojczym wchodził do pokoju brata. Słyszałam kroki w przedpokoju i wiedziałam, że idzie do niego. W milczeniu – tak to sobie wyobrażałam. Że prosił mojego brata – chyba, żeby go dotykał, żeby go ssał. Czekałam. Czekałam, aż wyjdzie z pokoju, rozsiewając nieznane zapachy, które od razu znienawidziłam. Później zaglądał do mnie. Do mojego nowego pokoju, który oddzielał pokój Victora od sypialni rodziców. Do pokoju-rogatki. Do pokoju będącego przymusowym świadkiem. Przez długie lata” (przeł. Magdalena Kamińska-Maurugeon).

To jeden pogląd. Na drugim końcu spektrum etyka-estetyka jest przekonanie, że dobra literatura jest autentyczna, niesie surowe mięso doświadczenia (nawet przetworzonego na fikcję) i zamiast kwiecistych metafor serwuje nam nagą prawdę w prostych słowach. To szkoła płaskiego stylu spod znaku Annie Ernaux. „Nie mam prawa szukać przede wszystkim efektów artystycznych ani dążyć do stworzenia czegoś »wciągającego« czy »wzruszającego«. (…) Żadnej poetyckości we wspomnieniach” – pisała noblistka.

Inna rzecz, że prostota prostocie nierówna i między innymi z lektury dzienników Ernaux wiemy, jak misternie konstruuje ona swoją płaskość. Relacje z nurtu #MeToo postrzega się zwykle w kategoriach pisania automatycznego, świadectw przelewanych na papier w gorączce emocji, która miałaby wyjaśniać (i usprawiedliwiać) powtórzenia, niespójności i niedociągnięcia. Jak rozedrgany film z katastrofy – zbyt staranny montaż pozbawiłby go siły rażenia, więc dobrze, kiedy się chwieje.

Tak właśnie zdaniem recenzenta „Echo” Pierre’a de Gasqueta pisze Kouchner: „Czy medialna bomba Camille Kouchner nadal jest obiektem literackim? Tak, krzyk Camille to mocny tekst, wykrojony skalpelem. Niemal art brut, graniczący z literackim graffiti. Nierówny, pełen dysonansów, ale szczery. Bo to właśnie jest kluczowe kryterium przeciwko wszelkiej maści fałszerzom literatury konfesyjnej”.

„Familia grande” i rzeczy nie do pomyślenia

Czemu piszę o walorach literackich tych książek? Dlaczego obficie przywołuję cudze recenzje? Bo z ukazującą się właśnie w Polsce „Familią grande” mam duży problem. A nawet dwa.

Po pierwsze, oględnie mówiąc, nie uważam jej za dobrą książkę. Ważną? Owszem. Potrzebną? Niewątpliwie. Ale dobrą? Raczej nie. Choć jest krótka (184 strony), umęczyłam się przy niej ogromnie. I to nie tylko dlatego, że traktuje o bolesnych sprawach. „Ponurego tygrysa”, książkę równie mroczną i jeszcze bardziej osobistą, pochłonęłam błyskawicznie. Tam jednak język służył narracji i faktycznie był prosty i mocny.

Zdania Kouchner często sprowadzają się do niekończących się wyliczeń i równoważników: „Po odejściu Évelyne ojciec bardzo szybko się podźwignął. Nowa żona, nowe role. Nowe życie, znacznie bardziej mieszczańskie. Czapkowanie, wkrótce także ministerstwa. Później opowiedział mi: teatr Odeon, wrześniowy wieczór, spotkanie kolektywu, spotkanie polityczne, spotkanie gwiazd”. Od czasu do czasu rzeczownikowe staccato przełamują dość zmanierowane figury stylistyczne: „Dni mijały, jeden za drugim, rozpaczliwie powoli. Nie byłam w stanie oddychać. Krztusiłam się melasą masy przygnębionych przyjaciół”.

Dosyć wydumana jest też organizująca przenośnia „poczucie winy jest jak wąż”, którą autorka ciągnie od połowy książki, czasem trochę gubiąc się w metaforyce: „Poczucie winy jest jak wąż. Czekamy, aż podniesie łeb pod wpływem pewnych bodźców, ale nigdy nie wiemy, kiedy podpełznie i nas sparaliżuje. Karczuje własną drogę, przeciera szlaki. Poczucie winy wsiąkło we mnie jak trucizna i wkrótce zajęło całą przestrzeń w moim mózgu i sercu. Poczucie winy przesuwa się z przedmiotu na przedmiot. Zakłada różne maski i sprawia, że żałujemy wszystkiego i niczego. Moje poczucie winy nie ma jednego wieku. Urodziny obchodzi w tym samym czasie co ja. Poczucie winy jest moim sobowtórem. Nowym bliźniakiem”.

Można by się jeszcze długo wyzłośliwiać, cytując nieudolne porównania i sztucznie brzmiące dialogi, wahania rejestru i banalne konstatacje. Ograniczę się do przywołania Claude’a Grimala, który sprawę ujął celnie i zwięźle: „Literatura ma sens tylko wtedy, gdy ujmuje w słowa to, co nie do pomyślenia. W tym przypadku, niestety, to, co nie do pomyślenia, faktycznie się wydarzyło, ale słów zabrakło”.

Drugi problem polega na tym, że o ile we Francji książka miała efekt bomby o ogromnej sile rażenia i zgniotła wielkie osobistości, w Polsce nie spadnie z hukiem. No bo kto, oprócz romanistów i garstki frankofilów, zna osoby dramatu? Złego ojczyma, czyli Olivera Duhamela, politologa, wykładowcę uniwersyteckiego i słynnego konstytucjonalistę, który przed 2021 r. kształtował prawo, kształcił prawników i nadzorował Sciences Po, a po publikacji książki swojej pasierbicy zrezygnował ze wszystkich funkcji (przynajmniej z tych, z których go nie odwołano) i całkiem wycofał się z życia publicznego. Nieobecnego ojca, czyli Bernarda Kouchnera, którego w mojej bańce kojarzyła tylko siostra (bo założył organizację Lekarze bez Granic)? Ekscentryczną matkę, politolożkę i pisarkę, Évelyne Pisier, która romansowała z Fidelem Castro? Obojętną macochę, czyli dziennikarkę Christine Ockrent? Niestabilną emocjonalnie ciotkę Marie-France Pisier, aktorkę i muzę?

Olivier Duhamel (drugi z prawej) z prezydentem Francji Nicolasem Sarkozym (pierwszy z lewej) i byłym byłym ministrem kultury Jackiem Langiem (drugi od lewej) w Pałacu Elizejskim. Paryż, 18 lipca 2007 r. // Fot. Philippe Wojazer / Reuters / Forum

Zakaz noszenia majtek

Zdaniem tłumaczki książka pokazuje uniwersalne mechanizmy wyparcia i zmowy milczenia, ból noszonego przez lata ciężaru i kryzys rodzinny. Może więc tożsamość dramatis personae nie ma aż takiego znaczenia? A „Familię grande” da się czytać jako opowieść o zbrodni bez kary i solidarności plemiennej?

Tylko że z tą rodziną trudno się identyfikować, bo bardzo daleko jej do przeciętności. Klan Duhamel-Kouchner-Pisier to lewicowe elity, pokolenie ’68, które próbowało zmieniać świat, a w życiu prywatnym odrzucało mieszczańskie konwenanse (ważnym wątkiem w „Familii grande” jest stanowczy i wielokrotnie powtarzany zakaz noszenia majtek). Wszyscy spędzali wakacje w willi Duhamela w Sanary-sur-Mer na Lazurowym Wybrzeżu, w wielkiej komunie, którą sami nazywali „falansterem”. Słońce, długie polityczne dyskusje i jeszcze dłuższe popołudnia, dzieci, które biegają samopas, kobiety, które opalają się topless, i panowie, którzy całują dziewczynki prosto w usta.

Dorośli przypominają Gombrowiczowskich Młodziaków: nastoletnia Camille nieustannie słyszy, że powinna jak najszybciej pozbyć się dziewictwa, bo tylko głupie mieszczki chronią swój wianek: „Marie-France [ciotka] martwiła się moim dziewictwem, uczyła mnie, jak być kobietą: tampony, kondomy, styl”. Wtórowała jej matka dziewczynki: „Ja, rozumiesz, uprawiałam seks jako dwunastolatka. Seks to wolność. Na co ty czekasz?”. Wszystko wolno, nic nie trzeba. Wolność, wolność ponad wszystko. Czemu takie podejście bywa zgubne, dowiedzieliśmy się już z „Dryfując do Betlejem” Joan Didion, która pokazała ciemną stronę słonecznej, hipisowskiej Kalifornii. Spadkobiercy paryskiego Maja ’68 nie okazali się lepsi.

Boję się, że zamiast ukazywać uniwersalne mechanizmy psychologiczne, w Polsce książka zostanie odczytana jako kolejny dowód na francuską perwersję i wyuzdanie. Że wcale nie uwolni słowa, wzmacniając za to przekonanie, że „takie rzeczy” wydarzają się tylko w libertyńskiej Francji. Albo że to pieśń przeszłości, czasów słusznie minionych, kiedy pisarz Gabriel Matzneff chełpił się w telewizji podbojami szesnastolatek, seks z nieletnimi uważając za „wyzwolenie dla obu stron”. O tym, czym dla dziecka jest takie „wyzwolenie”, napisała Vanessa Springora w głośnej, wydanej w 2020 roku książce „Le Consentement” („Świadoma zgoda”).

Ale może się mylę. Może będzie tak, jak pisze w posłowiu tłumaczka: „Książki takie jak »Familia grande« przyczyniają się do rozbicia tych immunitetów [immunitetów ludzi z przywilejami i koneksjami]. Pokazują, że do nadużyć może dojść w każdym środowisku. Ale powodują również zmianę świadomości społecznej. To, co dawniej spotykało się z przyzwoleniem lub obojętnością, teraz – nareszcie – zaczyna być uznawane za niedopuszczalne. I dlatego mają znaczenie”.

Camille Kouchner, Familia grande. Wołowiec, 2025 r. // Wydawnictwo Czarne

Camille Kouchner, FAMILIA GRANDE, przekład i posłowie Magdalena Kamińska-Maurugeon, Czarne, Wołowiec 2025

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 0.00 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 31/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Dobra książka