Nawet w Stanach, kraju nieustannej zmiany, istnieje coś takiego jak "polityczny establishment". Podczas gdy prezydenci i wybrani przez nich urzędnicy przychodzą i odchodzą, on zmienia się bardzo powoli.
Teoretycznie trudno określić, kto jest członkiem tej grupy, bo nie są to ludzie nadzwyczaj znani, nadzwyczaj dobrze wykształceni czy nadzwyczaj bogaci. Ale w praktyce to proste: wszyscy mieszkają w kilku enklawach w obrębie Waszyngtonu i przedmieść. I wszyscy należą do kilku klubów (lub stowarzyszeń, które funkcjonują jak kluby).
Zważywszy na charakter amerykańskiego społeczeństwa, nieuniknionym jest, że wielu z nich jest prawnikami, choć ledwie garstka była kiedyś na sali sądowej. A nawet jeśli wykonują zawód prawnika i nie są urzędnikami, robią to, udzielając porad politycznych lub jako lobbyści. Inni dotarli do Waszyngtonu po latach spędzonych w zawodzie przedsiębiorcy, naukowca, dziennikarza czy innym, który zwrócił na nich uwagę byłego prezydenta lub jego otoczenia, zapewniając im nominację na jakieś stanowisko - począwszy od sekretarza w jednym z ważnych departamentów rządowych, a skończywszy na zastępcy asystenta sekretarza w jednej z pomniejszych agencji. Inni jeszcze nie byli mianowani na żaden urząd, ale byli np. konsultantami wystarczająco długo i na wystarczająco wysokim szczeblu, by znać kogo trzeba i samemu być znanym. A to podstawa, bo wszyscy członkowie tego "politycznego establishmentu" - a jest ich nie więcej niż tysiąc osób - znają się nawzajem przynajmniej z widzenia albo znają kogoś, kto zna innych.
Grupa ta nigdy nie była jednolita politycznie - to zaprzeczałoby jej zadaniu, jakim jest dostarczanie koncepcji politycznych, programów rządowych i wysoko postawionych urzędników zarówno Demokratom, jak i Republikanom. W obrębie "politycznego establishmentu" zawsze istniały różnice, ale panuje tam zgoda co do spraw fundamentalnych, takich jak wolny handel czy potrzeba ponadpartyjnej polityki zagranicznej. Republikanie należący do tego establishmentu są zgodni co do tego, że Bush był zbyt aktywny w Iraku, jeśli nie również w Afganistanie. Oto czym jest naprawdę słynny amerykański "polityczny konsens": naturalne porozumienie establishmentu co do zasadniczych linii politycznych.
Przedstawiciele "politycznego establishmentu" są zgodni również co do innej zasady: że urok osobisty (charyzma) i inteligencja - nawet błyskotliwa inteligencja - nie wystarczają, aby z powodzeniem sprawować urząd prezydenta USA. Wymaga on również doświadczenia. A konkretniej: odpowiedniego kierowniczego doświadczenia.
Dlatego właśnie "polityczny establishment" przejmuje się dziś niespotykanym brakiem doświadczenia obecnych kandydatów. Żaden z nich nigdy nie kierował niczym ważnym - to niezwykłe u kandydatów na najwyższy urząd. Ani Barack Obama, ani Hillary Clinton nigdy nie byli burmistrzami, gubernatorami, szefami rządowych departamentów, nigdy nie pracowali jako przewodniczący jakiejś komisji w Kongresie, ani nawet nie prowadzili własnej firmy. Innymi słowy, Clinton i Obama nigdy niczym nie kierowali - nie mają żadnego doświadczenia w robieniu rzeczy, a jedynie w mówieniu o tym. Dotyczy to także Johna McCaina: on również nigdy niczym nie kierował, nawet w amerykańskiej marynarce wojennej, gdzie służył przez 23 lata, osiągając stopień kapitana (jego ojciec był admirałem). Zawsze pracował sam, jako pilot czy oficer wywiadu. W marynarce są stanowiska dowódcze, ale nie zajmował żadnego z nich.
Tymczasem najpewniej ktoś z tej trójki - Clinton, faworyzowany Obama czy McCain - będą musieli kierować rządem USA.
Właśnie dlatego członkowie "politycznego establishmentu" są rozczarowani funkcjonującymi raczej od niedawna (od 1968 r.) prezydenckimi prawyborami: ich konsekwencją są bowiem kandydaci "z osobowością", zamiast z programem politycznym.
Na "politycznym establishmencie" nie robi wrażenia porównywanie (się) Obamy do Johna F. Kennedy’ego. Społeczeństwo może pozostawać pod urokiem JFK, przystojnego prezydenta i jego eleganckiej żony. Ale w stolicy pamiętają, że Kennedy był zbyt niedoświadczony, by uniknąć zaangażowania w Wietnamie, i że stracił Kubę na rzecz Castro, czego negatywne konsekwencje Ameryka odczuwa do dziś. Inny prezydent bez waszyngtońskiego doświadczenia to Jimmy Carter, choć był wcześniej gubernatorem Georgii. Za jego kadencji Iran ogarnęła rewolucja, a on nie mógł się zdecydować, co zrobić - skutki trwają do dziś.
Jak widać, koszty braku doświadczenia są bardzo wysokie i establishment obawia się, że romans Amerykanów z Obamą skończy się kiepsko, jeśli to on zostanie prezydentem. Jeśli natomiast wygra McCain, perspektywy też nie będą dobre, bo McCain jest nie tylko niedoświadczony, ale i porywczy - jego wybuchy gniewu są przedmiotem anegdot.
W rezultacie nawet wielu Republikanów z "politycznego establishmentu" preferuje Hillary Clinton - być może nieznośną, ale przynajmniej z doświadczeniem ośmiu lat, kiedy przyglądała się, jak decyzje podejmuje jej mąż Bill. A jeśli okaże się, że jest już za późno, by uratować walącą się kandydaturę Clinton - to wówczas nawet Demokraci z establishmentu mogą zagłosować na McCaina, który spędził w Kongresie więcej lat niż Obama. Media, młodzież i outsiderzy oczekują ZMIANY. Establishment chce DOŚWIADCZENIA.
Przełożyła Patrycja Bukalska
EDWARD N. LUTTWAK jest politologiem, doradcą w Centrum Badań Strategicznych i Międzynarodowych (CSIS) w Waszyngtonie. Stale współpracuje z "TP".
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















