To nie przypadek, że islandzki noblista Halldór Laxness swą pierwszą powieść historyczną zaczął pisać akurat podczas II wojny światowej. I że akcja „Dzwonu Islandii” zawiązuje się właśnie u progu XVIII w., gdy ojczyzna pisarza była igraszką w rękach mocarstw, a jej mieszkańcy cierpieli głód i poniżenie. Nie ma tu jednak mowy o klasycznym „krzepieniu serc”. Bohaterowie Laxnessa wrzuceni są w rzeczywistość przypominającą raczej sen idioty niż świat, który może być polem szlachetnej rozgrywki dobra ze złem.
„Dzwon Islandii”: między Szekspirem a Monty Pythonem
Odmalowując ten wydrążony pejzaż, autor czerpie z rozmaitych tradycji – po fragmentach gęstej prozy historycznej nadchodzi zwykle karnawał, rozluźnienie rygoru narracyjnego, a całość skręca w stronę łotrzykowskiej groteski. To właśnie sprawne skoki między rejestrami sprawiają, że podczas czytania mamy wrażenie ciągłego natarcia na granice literatury. Poniewierając nieszczęsnych (i niezbyt szlachetnych) bohaterów, narrator prawie nigdy nie pozwala nam być pewnymi, czy wypada się jeszcze śmiać. Czy to wciąż pijackie przygody wesołego włóczęgi czy już moralitet? Czy spękany dzwon to tylko Islandia pod duńskim butem, a może wkraczamy już na jałową ziemię dwudziestowiecznej Europy?
Poza tym trylogia Laxnessa zachwyca wartką akcją i humorem. Znajdziemy w niej jakiś przedziwny, straceńczy optymizm, a także dialogi, które wskrzeszają ducha szekspirowskich komedii, jak i absurdy zapowiadające najlepsze z kawałków Monty Pythona. Trudno o ciekawsze połączenie.
Halldór Laxness, DZWON ISLANDII, przeł. Jacek Godek, Wydawnictwo ArtRage
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















