Dobra zła reforma

Sześciolatki w pierwszych klasach to dobry pomysł - tyle że nie na dziś. Do reformy nieprzygotowane są szkoły i przedszkola, a rządowi prawie nikogo nie udało się namówić do zmian.

14.10.2008

Czyta się kilka minut

/fot. KNA-Bild /
/fot. KNA-Bild /

Wysyłajcie pluszaki z dopiskiem »nasze dzieci to nie zabawki« na adres: Sz. P. Katarzyna Hall, Ministerstwo Edukacji Narodowej" - to tylko jedna z odsłon protestu rodziców przeciwko posłaniu sześciolatków do pierwszych klas podstawówek. Na fali protestu powstało kilka portali internetowych, na czele z ratujmaluchy.pl, który zebrał 30 tys. głosów przeciwnych reformie planowanej przez MEN.

Były listy, ulotki i akcje uliczne. Apele wisiały w szkołach, na samochodach i w ogródkach jordanowskich. Było (i nadal jest) efektownie. Bywało też skutecznie. W Gdańsku, gdzie radni chcieli wysłać wszystkie sześciolatki do szkolnych zerówek (mimo że niegotowe były szkoły), grupa rodziców doprowadziła nawet do rozłamu w gdańskiej Platformie Obywatelskiej: pomysł - dzięki przekonanym przez protestujących radnym PO i ich votum separatum - przepadł, zanim doszło do głosowania.

Maja Majewska-Kokoszka, mama sześciolatki, współorganizowała gdański protest: - W całym kraju będzie podobnie, bo na reformę nie ma naszej zgody. Ministerstwo, eksperymentując, chce poświęcić kilkaset tysięcy naszych dzieci. A my mówimy: lepiej poświęcić ambicje jednej pani minister.

Twórca portalu ratujmaluchy.pl Tomasz Elbanowski, którego córka chodzi do przedszkolnej zerówki, wylicza: - Dostosowane meble, odpowiednie łazienki, plac zabaw, trzy posiłki dziennie, opieka przez dziesięć godzin. A szkoła? Nawet w naszym bogatym Legionowie w świetlicach jest ścisk, a dzieciaki uczą się na dwie zmiany.

Choć atmosfera protestu jest gorąca, nawet najbardziej żarliwi przeciwnicy rządowego pomysłu przyznają: nie jesteśmy przeciwni reformie jako takiej. Nie chcemy tylko, by w nieprzygotowanych do zmian szkołach eksperymentowano na naszych dzieciach.

Podobnie brzmią opinie wielu pedagogów szkolnych i akademickich. Bezwarunkowych przeciwników przyśpieszenia obowiązku szkolnego znaleźć niełatwo.

Słuszna reforma

Dla prof. Piotra Petrykowskiego z Wydziału Nauk Pedagogicznych toruńskiego UMK rządowa reforma to jeden ze znaków świadczących o tym, że świat, ze swoim podejściem do edukacji, zmierza w złym kierunku. Ten kierunek to przygotowywanie do rywalizacji, a nie do szczęśliwego życia. - Musisz wygrać, musisz być debeściak: taka jest tendencja - komentuje. - Za kilka, kilkanaście lat będziemy mieli młode, świetnie wyedukowane i przygotowane do zawodowych karier automaty. Automaty o pustych i smutnych oczach. Szkoła dzisiaj to część świata, w którym jest coraz mniej miejsca na dzieciństwo, a coraz więcej na kursy, castingi, kółka i treningi taekwondo.

W szkole, jak przekonuje prof. Petrykowski, nie da się stworzyć warunków dogodnych dla sześciolatków. - Pierwszy przykład z brzegu: obiady. Dzieci w szkole wpadają po nie jak do fast foodu - mówi. - Tymczasem sześcioletnie dziecko powinno jeszcze mieć czas na beztroskę: na spokojny posiłek, pogrzebanie w talerzu. I na stałą opiekę. Zagońmy wszystkie sześciolatki do pierwszych klas, a będziemy mieli zalęknione, przemykające pod ścianą stworzonka.

Głos prof. Petrykowskiego jest jednak w mniejszości: nawet część protestujących popiera samą ideę przyśpieszenia szkolnej edukacji. Trudno odrzucić argumenty, o których od dawna mówi minister Katarzyna Hall: dobrze by było, gdyby dorosły, osiemnastoletni człowiek szedł na studia, a nie zaczynał trzecią klasę liceum; dobrze byłoby, gdyby na starzejące się społeczeństwo miał kto zarabiać; lepiej by było, gdyby polski system szkolnictwa zaczął sprzyjać wyrównywaniu edukacyjnych szans (wybór, jaki pozostawiają obecne przepisy rodzicom: zerówka w szkole albo w przedszkolu, jest fikcyjny, bo na wsiach przedszkoli brakuje; reforma ma wprowadzić obowiązek wychowania przedszkolnego w wieku pięciu lat).

- Szkolnych zerówek nie da się porównać do tych w przedszkolach - potwierdza Marta Kowalska, krakowska pedagog-logopeda, która od lat odwiedza szkoły i rozmawia z nauczycielami. - Przedszkole przygotowuje do nauki. Przez osiem godzin są zróżnicowane zajęcia: tańce, rytmika, basen, warsztaty, zabawy. Tymczasem dzieci, które po raz pierwszy z edukacją stykają się w szkolnej zerówce, często miewają problemy adaptacyjne.

- Polska nie kończy się w Warszawie. Jest ściana wschodnia, jest wieś, są miejsca, gdzie nie ma przedszkoli - dodaje prof. Edyta Gruszczyk-Kolczyńska z Akademii Pedagogiki Specjalnej w Warszawie. - Ministerialna reforma ma szansę to zmienić.

Ale prawdziwe kontrowersje wokół rządowych pomysłów pojawiają się tam, gdzie kończą się ogólne postulaty, a zaczynają szczegółowe rozwiązania. Wie o tym najlepiej sama prof. Gruszczyk-Kolczyńska, która stała na czele zespołu opracowującego nowe - towarzyszące reformie - podstawy programowe dla wychowania przedszkolnego i edukacji wczesnoszkolnej.

Podstawy programowe

Wobec nowych standardów od razu pojawiły się zarzuty: przenoszą wymagania stawiane dziś siedmiolatkom na sześciolatki, które nie są w stanie im sprostać.

Prof. Gruszczyk-Kolczyńska dziwi się tym zarzutom: - Z badań wynika, że u dzieci siedmioletnich różnice w rozwoju umysłowym wynoszą w przeliczeniu cztery lata rozwojowe. Oznacza to, że w każdej grupie siedmiolatków jest sporo dzieci funkcjonujących w sposób zbliżony do przeciętnych pięciolatków i tyle samo na poziomie dziewięciolatków.

Reforma to nie tylko nowe podstawy: - U wszystkich dzieci, które niebawem rozpoczną naukę, na pół roku przed jej rozpoczęciem zostanie przeprowadzona analiza dojrzałości do nauki szkolnej - dodaje prof. Gruszczyk-Kolczyńska. - Uniknie się w ten sposób naznaczania słabiej funkcjonujących dzieci i skazywania ich na niepowodzenia.

Jak zapewnia prof. Gruszczyk-Kolczyńska, dla dzieci, które nie reprezentują pełnej dojrzałości, zostaną zorganizowane zajęcia korekcyjno-wyrównawcze. Jeżeli w czerwcu dojrzałości nie osiągną, ich rodzicom zaproponuje się odroczenie obowiązku szkolnego.

Nowe podstawy mają też, zdaniem pani profesor, inne zalety, takie jak precyzyjne wytyczne, kiedy i czego uczyć. - Są skonkretyzowane - mówi - z czego może wynikać wrażenie, że są bardziej wymagające.

Nie przekonuje to krytyków reformy. Dorota Dziamska, dyrektor poradni pedagogicznej, metodyk nauczania początkowego, od kilkunastu lat szkoląca nauczycieli, mówi nawet o "tresurze dzieci", do jakiej ma zmusić nauczycieli nowa ustawa. - To zmiany nieetyczne, bo zaburzają harmonijny, zrównoważony rozwój dziecka - ocenia. - Podstawy programowe są niedostosowane do możliwości dzieci.

Dorota Dziamska największe mankamenty widzi w podstawach programowych dotyczących języka polskiego. - Pod koniec pierwszej klasy dzieci mają znać alfabet i pisać zdania z pamięci, w dodatku zgodnie z zasadami kaligrafii. To założenie nierealistyczne!

Prof. Gruszczyk-Kolczyńska odpowiada: - Przecież dzisiejsze sześciolatki w większości już czytają! Po co uczyć ich tego drugi raz? Przedszkole będzie przygotowywało do nauki pisania i czytania, a pierwsza klasa będzie uczyć.

Małgorzata Barańska, od 22 lat nauczycielka klas 1-3: - Za szybko. W podstawie programowej jest mowa o czytaniu lektur. Jak dzieci mają je czytać, skoro dopiero czytania się uczą? Te wymagania wyprodukują klientów poradni psychologicznych!

Małgorzata Barańska wylicza nierealistyczne, jej zdaniem, wymagania dotyczące matematyki. - Weźmy orientację w schemacie ciała. Dziecko w tym wieku nie może wiedzieć, że jak się odwróci, to prawo jest gdzie indziej niż było - przekonuje. - Poza tym wymaga się takich rzeczy jak wskazanie lewego górnego rogu. To polecenie złożone, dla dziecka w tym wieku za trudne. Pomiar długości linijką też jest w tym wieku niemożliwy.

- Badam dzieci pod względem tych i innych umiejętności od 16 lat. Zarzuty w stosunku do podstaw programowych to efekt braku wiedzy krytykujących - odpowiada prof. Gruszczyk-Kolczyńska. - Sprawdziłam to, analizując szkolne losy dzieci, i gwarantuję, że dadzą radę.

Niegotowe szkoły

Znacznie więcej wątpliwości dotyczy pytania, czy nową reformę uniosą szkoły.

Głosów pochodzących od zaniepokojonych rodziców, takich jak ten na portalu ForumRodzicow.pl, są tysiące: "Jestem pracującą mamą drobniutkiej i uroczej pięciolatki. Ze zgrozą myślę o zbliżającym się roku 2009. Mam kilka pytań do tych, którzy wpadli na ten genialny pomysł. Kto uchroni moje dziecko przed agresją szerzącą się wśród starszych uczniów? Kto dopilnuje, żeby zjadła cały obiad? Kto zadba, żeby nie oddaliła się na przerwie zbyt daleko od nieogrodzonej szkoły? Kto przytuli, kiedy po bardzo wielu godzinach spędzonych na krześle zatęskni za pracującymi rodzicami? I najważniejsze: kto wytłumaczy jej, dlaczego jakiś urzędas zmusił ją, by idąc przerażona pełnym starszych uczniów korytarzem, szukała drogi do toalety?".

MEN uspokaja: rewolucji nie będzie, bo sprzyja nam niż demograficzny, który złagodzi napływ nowego rocznika do szkół (w 2009 roku liczba sześciolatków będzie najniższa od wielu lat, również mniejsza od następnych roczników). - To najlepszy moment, żeby wprowadzić reformę - mówi wiceminister edukacji Zbigniew Marciniak.

Rewolucji ma też zapobiec stopniowy charakter wprowadzanych zmian. W roku 2009/10 do szkół będą mogły iść - tylko za zgodą rodziców - najstarsze sześciolatki (te urodzone między styczniem a kwietniem 2003 roku). W kolejnym roku do pierwszych klas, oprócz siedmiolatków, pójdą - również za zgodą rodziców - sześciolatki urodzone między styczniem a sierpniem 2004 r., a w 2011 roku - wszystkie dzieci urodzone w 2005 roku.

Obowiązek wysłania sześciolatków do pierwszej klasy i dzieci pięcioletnich do przedszkoli ma wejść w życie dopiero 1 września 2012 roku. Jeśli reforma przejdzie, zostaną trzy lata na przygotowania. Na reformę MEN przeznaczył 347 mln zł, z czego na przebudowę infrastruktury - 150 mln.

Tomasz Elbanowski nie ma wątpliwości: - Za mało! Wychodzi kilkanaście tysięcy na szkołę. To nie wystarczy na pomalowanie ścian, a co dopiero na przebudowę toalet i rozbudowę pomieszczeń!

Wiceminister Zbigniew Marciniak z MEN odpowiada: - W 9 na 14 tys. szkół sześciolatki już są. I te szkoły poczyniły już inwestycje. Poza tym, najczęściej nie ma konieczności budowania nowych sal. Nie jest też tak, że trzeba wybudować tysiące malutkich pisuarków, bo do szkoły przychodzą sześcioletni chłopcy. Mogą korzystać z toalet, które są.

Statystyki i prognozy nie zmieniają smutnego faktu, że setki szkół są na przyjęcie większej liczby najmłodszych dzieci nieprzygotowane. Pokazały to, na przykładzie stolicy, badania zespołu prof. Elżbiety Putkiewicz (wykładowcy pedagogiki na UW): dwie trzecie warszawskich szkół nie ma wystarczającej liczby sal; inne problemy to brak świetlic, stołówek i placów zabaw.

Maja Majewska-Kokoszka: - Nie interesują mnie dane o niżu i prognozy ministerstwa. Jako rodzic patrzę na drugą stronę swojej ulicy i widzę, że moja szkoła nie jest gotowa. W dodatku nie mam gwarancji, że będzie, bo w projekcie zmian jest słowo "powinna": powinny być toalety, powinien być plac zabaw A to znaczy, że tego wszystkiego nie da się wyegzekwować.

Ważnym elementem reformy jest też obowiązek edukacji przedszkolnej dla pięciolatków. Tymczasem w Polsce dramatycznie brakuje przedszkoli. - A będzie jeszcze gorzej - przewiduje Tomasz Elbanowski. - Bo jeśli nałożymy na pięciolatki obowiązek chodzenia do przedszkola, może zabraknąć miejsca dla dzieci młodszych.

Niekorzystny klimat

Źle reformie rokuje też - stworzony wspólnymi siłami: ministerstwa i strony społecznej - zły klimat wokół zmian. Protestujący mówią: ministerstwo nas lekceważy. - W maju zostawiliśmy podczas konferencji list, którego pani minister nawet nie wzięła - mówi Elbanowski.

Protestujący nie są dłużni: odmawiają kompetencji autorom założeń do reformy. Strona rządowa - choć deklaruje na każdym kroku, że rozmawia ze wszystkimi - również pod pretekstem braku kompetencji odmawia spotkań z ekspertami reprezentującymi rodziców.

- Na posiedzeniu sejmowej komisji minister Marciniak obiecał nam spotkanie i dyskusję. Do spotkania nie doszło - skarży się Dorota Dziamska.

Do tego dochodzą coraz bardziej emocjonalne reakcje rodziców, które wykorzystują chcący ugrać sondażowe punkty politycy. Przeciwne reformie jest Prawo i Sprawiedliwość, które jeszcze niedawno pomysł wysłania sześciolatków do szkół miało wpisany w program wyborczy. - Co innego pomysły i dyskusja w klubie, co innego projekt ustawy - broni nowego stanowiska klubu PiS poseł Tadeusz Cymański.

Poseł Andrzej Smirnow (PO), przewodniczący sejmowej komisji edukacji, apeluje: - Nie nadawajmy kolejnej reformie wymiaru politycznego.

Jednak polityczne szachy zapewne reformy nie ominą: ustawę, która jeszcze pod koniec października może znaleźć się w Sejmie (na przegłosowanie ma szanse pod koniec roku), zawetuje prawdopodobnie prezydent, a przeciwna zmianom lewica nie będzie skora do odrzucenia weta. Posłanka Krystyna Łybacka, która jako minister wprowadziła w 2003 roku obowiązkowe zerówki, mówi o reformie tak: - Nie można sześciolatków posadzić w ławkach i kazać im siedzieć. Reforma jest źle przygotowana.

Żeby przygotować zmiany lepiej, potrzeba więcej czasu. Dlatego - jak radzi wielu akademików - realizację reformy lepiej rozciągnąć na dłużej niż trzy lata. W tym czasie można skupić się na rzeczy bodaj najważniejszej: rozbudowie przedszkoli, głównie wiejskich. Tak by będący podstawą postulatu wyrównywania szans obowiązek edukacji przedszkolnej nie stał się fikcją. Dotychczas, nawet wypowiedzi rządzących świadczą o tym, że reforma ma być wprowadzana "na kredyt".

Andrzej Smirnow (PO): - Szkoły na przyjęcie sześciolatków są rzeczywiście niegotowe, ale niegotowe są też dzisiaj na przyjęcie siedmiolatków.

Minister Zbigniew Marciniak: - Nasze prognozy, co będzie za trzy lata, są optymistyczne. W sprawie przedszkoli mamy silne wsparcie Unii Europejskiej, przez ten czas możemy wybudować przedszkola.

Podobne deklaracje ułatwiają zadanie przeciwnikom reformy.

Maja Majewska-Kokoszka: - Skoro ministerstwo mówi, że trzeba trzech lat na przygotowanie szkół, to przyznaje, że nie są gotowe. To zupełnie jakby puścić dobre samochody na niewykończoną autostradę.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarz działu krajowego „Tygodnika Powszechnego”, specjalizuje się w tematyce społecznej i edukacyjnej. Jest laureatem Nagrody im. Barbary N. Łopieńskiej i – wraz z Bartkiem Dobrochem – nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Trzykrotny laureat… więcej

Artykuł pochodzi z numeru TP 42/2008