Dlaczego znak pokoju

Zwłaszcza w Roku Miłosierdzia ludzi wierzących powinno być stać na taki religijny gest. Tym bardziej że dyskutowana kampania nie jest wymierzona w nauczanie Kościoła.

12.09.2016

Czyta się kilka minut

Światowe Dni Młodzieży, Kraków, 29 lipca 2016 r. /  / Fot. Damian Klamka / EAST NEWS
Światowe Dni Młodzieży, Kraków, 29 lipca 2016 r. / / Fot. Damian Klamka / EAST NEWS

Niewiele w Polsce trzeba, by wzbudzić sensację. Wystarczy – jak niedawno zrobili to prezydent Duda z byłym prezydentem Wałęsą – wymienić się w kościele znakiem pokoju. Niewiele też trzeba, by wywołać kontrowersje. Ot, na przykład: rozwiesić billboardy z gestem uściśniętych dłoni – jednej z różańcem, drugiej z przepaską w kolorach tęczy – namawiając wierzących i homoseksualistów, także tych deklarujących katolicyzm, do wzajemnego szacunku.

Aby uruchomić nieprzychylne, a czasem i nienawistne komentarze, nieoparte na faktach interpretacje oraz zwyczajowe ostatnio oskarżenia o „zdradę”, wystarczy w jakiś sposób nie pasować. W akceptowalnej normie przestają się mieścić nawet oczywiste gesty.

Akcja

Kampania społeczna „Przekażmy sobie znak pokoju” – organizowana przez Grupę Polskich Chrześcijan LGBTQ „Wiara i Tęcza”, Kampanię Przeciw Homofobii i Stowarzyszenie na rzecz Osób LGBT „Tolerado” – a także udział w niej, jako patronów medialnych, kilku pism katolickich, w tym „Tygodnika” – wywołały protesty. Oprócz billboardów krytykowano opublikowane na stronie znakpokoju.com filmy, w których wzięli udział m.in. Dominika Kozłowska („Znak”), Katarzyna Jabłońska i Cezary Gawryś („Więź”), Maciej Onyszkiewicz („Kontakt”) oraz stała współpracowniczka „Tygodnika” Zuzanna Radzik. Do akcji dołączyły również teolożka Halina Bortnowska i psycholożka Natalia de Barbaro.

Spodziewaliśmy się, że kampania „Przekażmy sobie znak pokoju” wywoła dyskusję i spotka się z krytyką, zwłaszcza tych środowisk, którym z trudem przychodzi okazanie postawy szacunku i otwartości wobec osób homoseksualnych czy transpłciowych. Nie spodziewaliśmy się jednak, że duża część krytyki wyniknie z nieporozumień.

Szkoda, że nie udało się zawczasu przekonująco wyjaśnić sensu i celu kampanii. Ten brak należy szybko skorygować. Tym bardziej że akcję skrytykował publicznie kard. Stanisław Dziwisz, którego komunikat przyjmujemy z szacunkiem, także jako głos biskupa naszej archidiecezji. Zaznaczając, że „Kościół w sprawie homoseksualizmu jest cierpliwy i miłosierny dla grzeszników oraz jednoznaczny i nieprzejednany wobec grzechu”, metropolita krakowski napisał: „Z ubolewaniem stwierdzam, że w fałszowanie niezmiennej nauki Kościoła włączyły się również niektóre środowiska katolickie, których wypowiedzi i publikacje odeszły od Magisterium. Powołując się wybiórczo na wypowiedzi papieża Franciszka, przemilcza się te, w których Ojciec Święty tłumaczy, że w sprawie homoseksualizmu »powtarza tylko naukę zawartą w Katechizmie«”.

Reakcja

Kontrowersje wywołał już sam gest podania ręki jako znaku pokoju. Za wstępem do Mszału Rzymskiego przypominamy więc, że w tym liturgicznym obrzędzie „Kościół prosi o pokój i jedność dla siebie samego i dla całej ludzkiej rodziny”. Jest to zatem moment otwarcia się Kościoła na wszystkich ludzi. A sam ten gest oznacza otwarcie się na drugiego człowieka – bez względu na to kim jest, bez stawiania mu warunków wstępnych, ale też bez wymogu akceptacji wszystkiego, co robi, do czego dąży i czym żyje. Gest ten jest – jedynie i aż! – pierwszym niezbędnym krokiem na drodze do spotkania.

Tymczasem wielu uznało, że uścisk rąk (a zwłaszcza tęczowa opaska na jednej z dłoni umieszczonych na plakacie akcji) symbolizuje akceptację przez katolików wszystkiego tego, do czego dążą, o co walczą i co postulują środowiska LGBT, czyli m.in. legalizacji związków homoseksualnych. To pomyłka – ale lawina ruszyła. Niektóre konserwatywne media stwierdziły wręcz, że akcja jest organizowana przez „Tygodnik”. Wzburzenie pojawiło się po informacjach, że finansują ją „pieniądze Sorosa” – amerykańskiego miliardera, od lat wspierającego w Europie Środkowej rozmaite projekty społeczne.

Fakty są następujące. W prośbie o patronat nad akcją, którą „Tygodnik” otrzymał na początku czerwca, a więc na długo przed Światowymi Dniami Młodzieży (o „celowym działaniu służącym zamazaniu pamięci o wielkim dobru” tej imprezy pisze kard. Dziwisz), organizatorzy wyraźnie zaznaczyli, że jej celem „nie jest zgłaszanie postulatów dotyczących zmian politycznych lub doktrynalnych” – to na pewno warunek konieczny, by ludzie związani z Kościołem katolickim mogli się zaangażować w jakiekolwiek działania razem ze środowiskami LGBT. „»Przekażmy sobie znak pokoju« ma na celu przypomnienie, że z wartości chrześcijańskich wypływa konieczność postawy szacunku, otwarcia i życzliwego dialogu wobec wszystkich ludzi, także homoseksualnych i transpłciowych” – napisali organizatorzy, którzy w ten sam sposób piszą o akcji i dziś. Zwrócili też uwagę, że również wśród katolików są osoby homoseksualne i transpłciowe – przykładem jest grupa „Wiara i Tęcza”. Oraz że – niezależnie od gorących debat, które toczą się w Kościele i społeczeństwie – ludzie wierzący w coraz większym stopniu dostrzegają problem wykluczenia osób homoseksualnych i widzą potrzebę pozytywnych działań na rzecz zmiany tej sytuacji. „Z drugiej strony – pisali organizatorzy, i tę deklarację uznaliśmy z kolei za wyciągnięcie do nas ręki – w środowiskach LGBT narasta zrozumienie, że droga do osiągnięcia pełnego uczestnictwa w rzeczywistości społecznej prowadzi przez dialog z ludźmi wierzącymi”.

Kampania „Przekażmy sobie znak pokoju” chce zatem przede wszystkim wyjść naprzeciw tej rodzącej się potrzebie spotkania. Ważny jest też obecny kontekst: w ostatnim czasie w Polsce nasilają się postawy odrzucenia, niechęci, a nawet nienawiści wobec licznych grup społecznych.

Uznaliśmy więc, że to propozycja, której nie powinno się zignorować. Dla ludzi wierzących ważny jest też inny kontekst. Przeżywamy Rok Miłosierdzia. Kiedy wspierać taką akcję – jeśli nie teraz?

Deficyt współczucia

Najzagorzalszym krytykom proponujemy zastanowienie się, co oznaczałoby odrzucenie przez nas ręki wyciągniętej przez środowiska LGBT.

Jakie dalekosiężne konsekwencje miałaby taka decyzja? Czy nie byłby to wyraźny sygnał zamknięcia na wiele lat granic wspólnoty ludzi wierzących – sygnał dany ze strony środowisk, które odczytują swoje powołanie jako trwanie z Ewangelią także na pograniczach?

Takie łatwe odwrócenie się plecami jest oczywiste wyłącznie dla tych, którzy a priori zakładają złą wolę u wszystkich ludzi zrzeszonych w organizacjach LGBT. Programową nieufność „Tygodnik” postrzega jako postawę niechrześcijańską. Szczególnie że osoby podpisane pod prośbą o patronat nie były dla nas anonimowe. To konkretni ludzie zaangażowali się w ten projekt i to w nich głównie pozostawi on swój ślad. Liczymy na to, że dobry.

Chcemy być wciąż miejscem spotkania, gdzie mający kłopot ze zrozumieniem nauczania Kościoła w tej kwestii widzą przestrzeń do debaty. Debaty, której uniknąć się nie da; podobnie jak nie da się zamieść pod dywan problemów, z którymi mierzą się w Polsce deklarujący homoseksualizm katolicy. Podobnie, jak nie da się uciec od innych, nie tylko tych związanych z religią, wyzwań zmieniającego się świata. O nich właśnie kilka tygodni temu mówił w Krakowie papież.

W dyskusjach publicznych w Polsce brakuje ostatnio delikatności, współczucia, chęci zrozumienia intencji drugiej strony i znalezienia odpowiedniego języka. Nam tymczasem trudno jest wyrzec się inspiracji nauką i gestami Franciszka. Kardynał Dziwisz pisze, że w kampanii słowa papieża zostały zmanipulowane, gdyż cytuje się papieża wybiórczo i nigdzie też nie zostało przedstawione nauczanie Kościoła o złu moralnym aktów homoseksualnych i stanowczym sprzeciwie wobec legalizacji związków homoseksualnych.

Rzeczywiście, na stronie akcji „Przekażmy sobie znak pokoju” nie ma przytoczonego tego nauczania. Jak się wydaje, jest ono powszechnie znane. Natomiast w praktyce przypominanie doktryny często nie służy wspieraniu wierzących homoseksualistów w ich chrześcijańskim powołaniu – raczej stawia im się w ten sposób z pozycji „sprawiedliwych” warunki przynależności do wspólnoty. Osoby nieheteroseksualne nierzadko czują się stygmatyzowane doktryną i wykluczane z Kościoła. Czy za każdym razem przy deklarowaniu szacunku dla nich trzeba stanowczo odcinać się od aktów homoseksualnych i pragnień życia w trwałym związku?

Odrzućmy teorie spiskowe

Łatwo i chyba zbyt bezrefleksyjnie czynią to osoby wierzące, których kwestia homoseksualizmu bezpośrednio nie dotyka. Trudność dostrzegają natomiast katolicy, którzy przyjaźnią się z osobami homoseksualnymi (jako świadectwa przede wszystkim wskazujące na tę właśnie trudność, a nie działanie przeciwko doktrynie, postrzegamy wypowiedzi naszych koleżanek i kolegów w spotach prezentowanych na stronie akcji). Trudno oddzielać akceptację człowieka od nieakceptacji jego czynów i pragnień w przypadku rodziców czy rodzeństwa osób homoseksualnych. Cieszy nas, że biskupi zgromadzeni na synodzie obok przypomnienia nauczania Kościoła na temat homoseksualizmu spróbowali spojrzeć na problem także oczami rodziców takich osób („Amoris laetitia”, nr 250).

Środowiska konserwatywne (ale także redaktor naczelny Katolickiej Agencji Informacyjnej Marcin Przeciszewski) szybko odnalazły rzekome drugie dno w kampanii „Przekażmy sobie znak pokoju”. „Historia pokazuje, że analogiczne kampanie w innych krajach zmierzały do tego, aby najpierw wpoić do świadomości społecznej przekonanie, że osoby homoseksualne poddawane są dyskryminacji i wykluczeniu, a następnie – wykorzystując dobre intencje osób nieznających rzeczywistej sytuacji i praw, z jakich mogą faktycznie korzystać osoby homoseksualne – domagać się zmiany systemów prawnych, a przede wszystkim legalizacji związków homoseksualnych, a także zrównania ich z małżeństwami. W konsekwencji ma to doprowadzić do relatywizacji pozycji rodziny w społeczeństwie, co oznacza uderzenie w podstawy naszej cywilizacji” – czytamy w nocie KAI z 7 września.

Nie godzimy się patrzeć na rzeczywistość społeczną przez pryzmat spiskowych teorii, nie podzielamy też aż tak dużego pesymizmu co do społecznej natury człowieka (całe społeczeństwa wodzone są za nos przez grupę lobbingową, która przy pomocy jednej „sentymentalnej kampanii” potrafi przewracać porządek społeczny). Można by tę argumentację zignorować, gdyby nie fakt, że podobne argumenty służą usprawiedliwianiu przemocy i dyskryminacji, skoro w kampaniach antydyskryminacyjnych widzi ona jedynie narzędzie społecznej manipulacji.

Jeśli twierdzimy, że osoby homoseksualne nie spotykają się z dyskryminacją we wspólnocie Kościoła, to za co przepraszali je biskupi grupy niemieckojęzycznej w swojej relacji podczas ostatniego synodu w 2015 r.? „W fałszywie rozumianym wysiłku, mającym akcentować naukę Kościoła – napisali wyraźnie – dochodziło często w duszpasterstwie do postaw twardych i niemiłosiernych, które sprowadzały cierpienie” m.in. na osoby zorientowane homoseksualnie (relacja ta została przyjęta jednogłośnie, a zatem także przez prefekta Kongregacji Nauki Wiary kard. Gerharda Müllera).

Co się mówi

Warto też przyjrzeć się językowi niektórych księży mówiących o homoseksualistach – to również on sprawia, że ludzie ci czują coraz pilniejszą potrzebę dialogu.

Zapytany przez portal wPolityce.pl o akcję „Przekażmy sobie znak pokoju”, teolog ks. prof. Paweł Bortkiewicz opowiada o „kodziarskim pseudochrześcijaństwie”, „homoświecie” i „strategii neolewicy”. Z kolei ks. prof. Dariusz Oko – znany m.in. z twierdzenia, że „na tysiąc pedofili, którzy siedzą w więzieniach, około 400 to są ludzie o skłonnościach homoseksualnych” – ponownie wraca do swoich obliczeń. „Zdrada jest możliwa. Judasz na 12 apostołów to jest 8,3 proc. Na 30 tys. księży w Polsce to jest już 2,5 tys.” – tak mówił w minionym tygodniu sugerując, że akcja – i udział w niej środowisk katolickich – to część „homoideologicznej ekspansji”, którą, co powtarzał w przeszłości, homoseksualiści mieli uzgodnić jeszcze w latach 80. w Stanach Zjednoczonych. „Pan Soros i jemu podobni, ci redaktorzy, wyznają ideologię panseksualizmu, według której seks jest najważniejszy” – opowiadał w minionym tygodniu ks. Oko – i było to jedno z najłagodniejszych stwierdzeń na ten temat.

Fiksację księdza Oko i jemu podobnych duchownych na punkcie walki z domniemaną „homoideologią” „Tygodnika” najłatwiej byłoby po prostu zlekceważyć. Kłopot w tym, że w klimacie postprawdy, która w Polsce przekroczyła właśnie granice polityki (zwiastunem tego było zaszczepienie u wielu rodaków fobii antymuzułmańskich), każdy, nawet najbardziej absurdalny argument nabiera mocy kształtowania trwałych postaw. Dla osób i środowisk, które – jak „Tygodnik” – wierzą, że dyskusja powinna być oparta na faktach, jest to nie lada wyzwanie.

Nie mówimy więc o abstrakcyjnym kontekście. To właśnie dlatego, że w polskim Kościele podobne do powyższych stwierdzenia padają czasem na podatny grunt, posługujemy się – i będziemy to nadal robić – słowami empatii, współczucia i zrozumienia. To ryzykowne – jak widać, coraz bardziej – ale tylko w ten sposób można budować pomost.

„Tygodnik” wychodzi na obrzeża – to część jego misji. W przeszłości drukowaliśmy reportaże i teksty interwencyjne przedstawiające dylematy homoseksualistów chcących pozostać w Kościele. Ale nie tylko: sprzeciwialiśmy się tabu lub stereotypom, jakimi w naszym społeczeństwie bywają objęte także inne grupy. Wychodziliśmy do nich – dwa tygodnie temu opublikowaliśmy rozmowę z działaczem Młodzieży Wszechpolskiej – ponieważ aby coś krytykować, trzeba najpierw to usłyszeć. „Łatwiej samemu kreślić złowrogi obraz przeciwnika, niż się z nim spierać twarzą w twarz, gdy, o zgrozo, przemawia ludzkim głosem”, pisał przed tygodniem w edytorialu ks. Adam Boniecki.

Najpierw szacunek 

Wracając do kwestii homoseksualistów w Kościele: w akcji „Przekażmy sobie znak pokoju” nie chodzi o promowanie żadnych wzorców. Chodzi o uwrażliwienie na sytuację – bez apelu o zmianę nauczania Kościoła. Po pierwszych gorących dniach kampanii widać, że domaga się ona kolejnych działań, przede wszystkim debaty o tym, co konkretnie oznacza „odnosić się z szacunkiem do drugiego”. Porozmawiać należy też o tym, czy sytuacji wierzących osób homoseksualnych żyjących w stałych związkach nie da się precyzyjniej zobaczyć w świetle gestów Franciszka, który – nie zmieniając doktryny – pokazuje, czym jest szacunek dla każdego człowieka.

Ryzyko jest wpisane w gest przekazania pokoju. Są tacy, którzy w zaangażowaniu „Tygodnika” widzą swoiście postrzeganą naiwność. My jednak wierzymy, że „naiwność” ta z czasem będzie owocować. Nie oczekujemy oczywiście, że organizacje LGBT porzucą teraz swoje postulaty. Nie sądzimy też, by środowiska te spodziewały się od Kościoła w Polsce zmiany dotychczasowego nauczania (Kościół w Polsce musiałby zerwać więź z Rzymem!).

Akcja odniesie sukces, jeśli po jednej i drugiej stronie przybędzie osób, które będą potrafiły siebie z większą uwagą słuchać, które o sobie wzajemnie będą myślały z mniejszym lękiem i które staną się bardziej wrażliwe na przypadki dyskryminacji – bez względu na to, w których środowiskach się one pojawią. ©℗


CZYTAJ TAKŻE:

Szymon Hołownia: Patrzę na ten plakat i cieszę się, że nie mamy w ręku młotka ani nawet kropidła. Mamy różaniec, na którym będziemy się za naszych homoseksualnych braci modlić.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Kierownik działu Wiara w „Tygodniku Powszechnym”. Ur. 1966 r., absolwent Wydziału Mechanicznego AGH, studiował filozofię na Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie i teologię w Kolegium Filozoficzno-Teologicznym Dominikanów. Opracowanymi razem z… więcej
Marcin Żyła jest dziennikarzem, od stycznia 2016 do października 2023 r. był zastępcą redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego”. Od początku europejskiego kryzysu migracyjnego w 2014 r. zajmuje się głównie tematyką związaną z uchodźcami i migrantami. W „… więcej

Artykuł pochodzi z numeru TP 38/2016