Ja też nie śpiewam. Ani pod prysznicem, ani gotując, ani „Whisky moja żono” w towarzystwie. Może nie umiem, może nie mam takiego odruchu, a może wyrobionego słuchu. Może czasem coś głupio zanucę kotom albo coś dla żartu durnym głosem (a znam na pamięć całą płytę „Polovirus” zespołu Kury).
Oczywiście lubię obserwować, jak inni śpiewają i tańczą, i kiedy się tym cieszą. Mam jedno z ulubionych wspomnień, gdy podczas krótkich rozluźnień w czasie lockdownu trafiłam do Ciechocinka i wielką radość sprawiło mi przyglądanie się ulicznemu dancingowi. We wczesnym nastolęctwie zbiegiem okoliczności trafiłam na undergroundowe kasety, na których ludzie wyczyniali przedziwne rzeczy z głosami, co doprowadziło mnie do dawnej polskiej muzyki tradycyjnej, którą również pokochałam, choć wyłącznie biernie – na zajęcia wspólnego śpiewu nikt mnie nawet wołami nie zaciągnie.
Po prostu kiedy zauważam ludzi nucących na koncertach „do środka siebie”, tak, żeby towarzyszyć piosence, ale żeby nikt za bardzo nie usłyszał, albo ludzi mamroczących w kościele – czuję się wśród swoich. Należę do grona nierozśpiewanych Polaków, do tego z niepasującym może do tej właściwości wykształceniem etnologicznym. Przez to poczułam się wywołana do tablicy przez kolegę Ziemowita Szczerka, który przyczyny kolektywnego nieśpiewania, zwłaszcza tradycyjnych pieśni, dopatruje się w zawstydzeniu, w założeniu, że ktoś przekonał ludzi, że co innego jest lepsze.
Niezupełnie mogę się z tym zgodzić, choć niestety smutną prawdą jest, że zbyt wielu ludzi lubuje się w zawstydzaniu czy peszeniu innych. Ale jest też ta strona medalu, którą zaakceptować trudniej: własna wola, potrzeba i upodobanie. Możliwość, że ktoś rezygnuje z jakiegoś zwyczaju, praktyki, nie dlatego, że zasugerowali mu to inni, ale dlatego, że sam tę potrzebę stracił. „Dlaczego ta wieś nie chce być dostatecznie wiejska” – to pytanie, które pojawiało się przez wiele lat wśród badaczy, gdy okazywało się, że na wsi podoba się coś „z importu” (i zwykle zaadaptowane po swojemu). Takim zgryzem bywały obrazy z jeleniem, miejskie z ducha meble, dekoracje powojennych domów-kostek, krasnale ogrodowe, a wreszcie i muzyka.
Pokolenie mojej babci (lata 20. XX wieku), również na wsi, często znało już i lubiło nietradycyjną muzykę, mieli wszak detefony, słuchali orkiestr strażackich, które grywały szlagiery radiowe, a te, co zrobić, podobały się. Widać ten misz-masz w ręcznie pisanych śpiewnikach, które czasem można znaleźć w archiwach muzealnych. Moniuszko i kabaret sąsiaduje tam ze starą pieśnią o panu Cybulskim.
Nikt nie musiał nakazywać mojemu dziadkowi, żeby słuchał chórów rewelersów (choć on, w przeciwieństwie do mnie, nucił czasem te przeboje przy pracy). Franciszek Kotula, wspaniały i bardzo empatyczny etnolog oraz znawca folkloru ziemi rzeszowskiej, w latach 60. na marginesach wizyt u starszych gospodyń zapisywał relacje ze spotkań z ich wnuczkami. Te ostatnie same często animowały wizyty, nakłaniały babcie do podzielenia się pieśnią, bywało, że same też coś znały, ale w ich śpiewnikach przeważał już bigbit. A jeszcze lepiej, niż samej śpiewać, było przecież posłuchać, jak ktoś zagra „Beatę” czy „Zakochanego klauna” na gitarze…
Ktoś, kto potrafi grać i śpiewać – to może klucz. To są zajęcia dla zawodowców, publiczność jest od słuchania i ewentualnie śpiewania w skrytości ducha, z którym tak empatyzuję. Zresztą nikt nie chce być takim sobie (to tu pojawia się chyba wspomniany wstyd). Rzadko zdarza mi się, bym słyszała, jak śpiewa ktoś niewyszkolony i spontaniczny – musi być dzieckiem lub człowiekiem pod wpływem. Gdy zaś ktoś już „ma głos”, to zachęca się go, by przynajmniej zgłosił się do konkursu. A konkursy talentów nie są dla amatora; tam wszyscy już są dobrzy, pozostaje jedynie ścigać się w byciu coraz lepszym.
„Nie potrafisz – nie pchaj się na afisz”, to może być klucz do naszej ciszy. Lubimy słuchać, śpiewanie zostawiając lepszym (w naszym mniemaniu) od siebie. Ale przecież niechętnie też wdajemy się w głośne rozmowy, oszczędzamy na mimice i gestach; turyści zagraniczni wspominają czasem, w jakie zdumienie wprawia ich spokój w polskich autobusach i tramwajach, gdzie nie włącza się przy współpasażerach muzyki z głośnika i nie wypada gadać przez telefon. Może więc – tu jeszcze inna teza – jesteśmy też narodem ludzi cichych i prywatnych, którym dotychczas okoliczności nie pozwalały tych potrzeb realizować, a dopiero niedawno doczekaliśmy się sprzyjającego im środowiska?

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















