Tak. Oto do kandydowania w wyborach prezydenckich bezwzględnie wyznaczylibyśmy M. Błaszczaka. Gdyby nas poproszono i gdybyśmy zasiadali w prezydium komitetu politycznego PiS, ostro polemizowalibyśmy z opinią, że lepszy będzie K. Nawrocki.
Czy upieranie się przy kandydaturze M. Błaszczaka ma jednak sens, skoro – powiadają – jest on politykiem niewybieralnym? Jest on niewysoki, bez języków, bez powalającej urody i pozbawiony charyzmy. Ma bardzo dziwny uśmiech, trochę jak Mona Lisa, a to niedobrze. Człowiek z takim zestawem cech nie ma rzekomo żadnych szans w starciu z R. Trzaskowskim, który jest – jak słyszymy – wybieralny, ponoć wysoki, z językami, rzekomo przystojny, a na dodatek uśmiecha się jednoznacznie i wyraźnie. Czy jest charyzmatyczny? Zobaczymy.
Skąd zatem nasze, teraz teoretyczne, ale ciągłe i mocne, poparcie dla M. Błaszczaka? Uważamy, że jest on politykiem łagodnym. Pozbawionym zdolności do mówienia o innych nieładnie, jest on zupełnie niezdolny do formułowania raniących złośliwości pod adresem bliźniego swego. Jest dość prostolinijny, nie sposób o nim powiedzieć, że kiedykolwiek kogoś, za przeproszeniem, „zaorał”, kogoś takoż niemiło zaskoczył, komuś dojadł bądź dopiekł. Nie przypominamy sobie, a przyglądamy się M. Błaszczakowi najmniej od dwu dekad, by człowiek ten kogokolwiek skrzywdził, np. w telewizji, na żywo. Owszem, próbował, ale zawsze, gdy dawał się ponosić swym ciężkim do zauważenia emocjom, zgromadzeni w studio z niepokojem patrzyli, czy aby on sam sobie nie zrobi krzywdy, sobie nie dokuczy, sobie złośliwości nie palnie, czy aby samego siebie znienacka na wizji nie „zaorze”, choć byłaby to orka na ugorze.
Taki to człowiek. I byłby dobrym kandydatem, a może i prezydentem Polski, gdyby to wszystko zostało docenione przez prezydium komitetu politycznego PiS. Bo stało się, jak wiemy, inaczej, bo pojawił się parametr wyborczy, któremu M. Błaszczak nie sprostał. Tu musimy się jednak zastanowić, czy aby określenie „nie sprostał” jest w ogóle na miejscu. No więc, jest nie na miejscu. Tym parametrem czy też warunkiem, którego M. Błaszczak nie spełnił, jest niezależność. Otóż M. Błaszczak nigdy nie chciał być niezależny od b. Gospodarza, od prezydium komitetu politycznego PiS, od PiS w ogóle i w szczególe – po prostu bycie zależnym było, jest i zawsze będzie dlań sprawą honorową, zależność jest jego znakiem czy, jak kto woli, herbem. Nazwanie M. Błaszczaka „kandydatem niezależnym” stawiałoby go po prostu w „nieszczerym świetle” – takie oto określenie znaleźliśmy niedawno w progresywnym medium dla ekointeligencji i natychmiast uznaliśmy, że „nieszczerego światła” jako żywo bardzo brakowało w polszczyźnie.
Sumując: M. Błaszczak odpadł w przedbiegach, bowiem b. Gospodarz dał się przekonać, że kandydat jego, a więc i PiS-u w wyborach prezydenckich musi być absolutnie niezależny. I oto takim kandydatem – jak już wiemy – jest K. Nawrocki. Sprawiło nam dużą przyjemność czytanie zapewnień o niezależności K. Nawrockiego wyrażanych na serio, na piśmie i oralnie przez członków jego komitetu wyborczego, mimo że wiele jego posad i funkcji to nominacje ściśle partyjne – co przecież jest wiadome powszechnie i nie podlega dyskusji.
Kampania K. Nawrockiego opiera się, jak widzimy, na dwu filarach. Pierwszy to niezależność, która przejdzie do historii, drugim zaś jest deklaracja, że ów zakończy tzw. wojnę polsko-polską. To gruba sprawa. Zaiste, nie bardzo wiadomo, jak to zakończenie i pokój po wojnie miałyby w niezależnym wykonaniu K. Nawrockiego wyglądać. Strach się bać i oby ten strach miał tylko wielkie oczy.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















