Gdy idzie o jego reakcję, zaskoczenia nie było. „To sfałszowany proces prowadzony przez skorumpowanego sędziego” – wypalił Donald Trump, stojąc przed budynkiem sądu stanowego na nowojorskim Manhattanie, niedługo po ogłoszeniu werdyktu.
Przysięgli – w liczbie dwanaściorga: pięć kobiet i siedmiu mężczyzn – uznali go winnym fałszowania dokumentów biznesowych w celu zatajenia płatności za milczenie dla aktorki porno Stormy Daniels. Kobieta, która twierdzi, że miała z nim romans, mogła mu zaszkodzić na finiszu kampanii prezydenckiej w 2016 r.
Werdykt, który wejdzie do historii
O wymiarze kary zdecyduje 11 lipca prowadzący postępowanie sędzia Juan Merchan. Trumpowi grozi do czterech lat więzienia. Jednak bardziej prawdopodobna jest kara grzywny lub wyrok w zawieszeniu. Prawnicy byłego prezydenta zapowiadają apelację.
W świetle amerykańskiego prawa Trump może dalej ubiegać się o Biały Dom i mobilizować swój elektorat. I już to robi. Kilka minut po ogłoszeniu werdyktu jego sztabowcy zrobili z niego „więźnia politycznego” i zaapelowali o wpłaty na kampanię. Następnego dnia, w piątkowe przedpołudnie 31 maja, Trump zorganizował konferencję prasową w nowojorskim wieżowcu Trump Tower, czyli tam, gdzie w 2015 r. ogłosił swój start w ówczesnej kampanii prezydenckiej.
Historyczny werdykt sądowy – jak dotąd żaden prezydent USA nie został uznany za winnego w procesie karnym – wykorzystuje też Joe Biden: zbiera środki na kampanię i zagrzewa wyborców do głosowania w listopadzie, gdyż, jak przekonuje, „to jedyny sposób, by nie dopuścić Trumpa do Białego Domu”.
Co teraz zrobią umiarkowani Republikanie i wyborcy niezależni?
W spolaryzowanej Ameryce werdykt nowojorskich przysięgłych raczej nie wpłynie na preferencje wyborcze większości elektoratu.
Sympatycy i politycy Demokratów uważają, że Trumpa spotkała zasłużona kara za lata machlojek i nadużyć, z kolei zatwardziali Republikanie postrzegają werdykt jako przejaw prześladowania politycznego. Taką narrację podkręca wierchuszka Partii Republikańskiej, sugerująca, że za sznurki w całej tej sądowej sprawie pociągają Demokraci.
Kluczowi w tej układance mogą być m.in. umiarkowani Republikanie i niezależni wyborcy (tj. tacy, którzy nie są stałym elektoratem jednej czy drugiej partii), którzy już podczas prawyborów sygnalizowali, że nie zagłosują na Trumpa, jeśli ten zostanie skazany. Z kolei według sondażu NPR/PBS z końca maja, mniej chętni do poparcia kandydata z wyrokiem mogą być Amerykanie o innym kolorze skóry niż biały, jak też ci poniżej 45. roku życia oraz ci gorzej zarabiający.
Najpierw wymiar kary, zaraz potem nominacja
Nastroje po werdykcie badają amerykańskie media. Przykładowo Matthew Labkovski, 26-letni student medycyny z południowej Florydy, mówi telewizji ABC News, że po skazaniu Trumpa rozważa dwie opcje: głosowanie na Bidena lub rezygnację z pójścia na wybory.
Jednak optymizm tych, którzy liczą, że Trump stracił właśnie szanse na wygraną w listopadzie, studzi amerykański konsultant polityczny Doug Schoen. „Bycie skazanym za przestępstwo nie jest chlubną sprawą, ale dla wyborców w listopadzie będą liczyły się głównie inflacja, kryzys migracyjny na pograniczu z Meksykiem, rywalizacja z Chinami i Rosją oraz to, jak dużo będziemy wydawać na pomoc Izraelowi i Ukrainie” – ocenia ekspert cytowany przez BBC.
Jedno w tym wyrównanym wyścigu jest pewne: w połowie lipca, zaledwie kilka dni po planowanym ogłoszeniu wymiaru kary, Trump otrzyma nominację Partii Republikańskiej na jej kandydata w wyborach prezydenckich.
Jak sam przekonywał w czwartek po wyjściu z sądu: „Prawdziwy werdykt Amerykanie wydadzą 5 listopada”. Trudno nie zgodzić się z tym, że to wyborcy będą kolejnym sędzią w jego sprawie.
Autorka jest dziennikarką „Press”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















