W miniony weekend w Ameryce roiło się od flag z hasłami poparcia dla byłego prezydenta – po tym, jak na wiecu w Butler w Pensylwanii 20-letni Thomas Matthew Crooks ranił Trumpa w ucho, strzelając do niego z dachu budynku oddalonego o ok. 120 m. Grupa sympatyków już kilka godzin po zamachu zebrała się przed florydzką rezydencją Trumpa, gdzie odmówiła modlitwę za jego zdrowie, a także m.in. w pobliżu słynnego wieżowca Trump Tower na nowojorskiej Piątej Alei. Inni okazywali solidarność w sieci. Tak jak Brian Perkin z facebookowej grupy „Niezależni wyborcy w Stanach Zjednoczonych”: „Cieszę się, że Trump nie został poważnie ranny i że mózg zamachowca rozbryzgał się na dachu” – pisał, odnosząc się do faktu, że napastnik został przez służby zabity na miejscu.
NIEZNISZCZALNY | Tych kilka sekund, które zmieniły dynamikę kampanii, były prezydent wykorzystał koncertowo. Cały świat obiegły zdjęcia i nagrania pokazujące, jak tuż po zamachu unosi rękę z zaciśniętą pięścią i krzyczy do zgromadzonych „Walczcie!”. Przekaz tego obrazu jest tylko jeden: Trump to lider, który nie podda się nawet w obliczu zamachu na jego życie. Taką narrację szybko zaczęli promować Republikanie i najbliżsi polityka: udostępniając w sieci zdjęcia z pensylwańskiego wiecu, nazywali go „wojownikiem” i „niezniszczalnym”. „Jestem pewien, że to wydarzenie jeszcze mocniej zagrzeje go do walki i uratowania naszego kraju” – przekonywał kongresmen z Indiany Jim Banks przed konwencją Republikanów w Milwaukee, podczas której Trump otrzyma nominację partyjną w wyścigu o Biały Dom.
Były prezydent, zanim jeszcze tam się pojawił, kreował się na męża stanu: tuż po zamachu wezwał Amerykanów do jedności i sygnalizował, że właśnie ten wątek będzie kluczowy podczas jego wystąpienia na konwencji. Polityk w showmeńskim stylu wypisywał też na platformie Truth Social, że się nie ugnie i nie opóźni terminu przyjazdu na konwencję, bo „nie można pozwolić” żadnemu potencjalnemu zamachowcowi, by ingerował w jego grafik.
TEORIE SPISKU | Jednoczący ton, wyraźnie skierowany do niezależnych wyborców i bardziej umiarkowanych Republikanów, których Trump potrzebuje do zwycięstwa, kłócił się z retoryką jego sojuszników. Ci skupili się na mobilizacji twardego elektoratu, po raz kolejny robiąc z Trumpa ofiarę prześladowań politycznych. Vivek Ramaswamy, były rywal w republikańskich prawyborach, insynuował, że zamach jest dość naturalną sekwencją zdarzeń – po tym, jak próbowano wyeliminować Trumpa z życia politycznego poprzez serię pozwów i postępowań karnych. Niektórzy Republikanie za pensylwański zamach winią kampanijną retorykę Bidena: sugerują, że to on i Demokraci przez miesiące robili z Trumpa „faszystę, którego należy powstrzymać za wszelką cenę”.
Oponenci sięgają też po niefortunną wypowiedź Bidena sprzed kilku dni: podczas rozmowy telefonicznej z darczyńcami wypalił, że najwyższa pora, by odwrócić uwagę od jego porażki podczas czerwcowej debaty i umieścić Trumpa w „środku tarczy”. „Joe Biden to zlecił” – wypisuje teraz na platformie X kongresmen z Georgii Mike Collins, nawołując prokuraturę do postawienia Bidenowi zarzutów.
Choć na razie jest za wcześnie, by ocenić, czy pensylwańskie wydarzenia pomogą Trumpowi powrócić do Białego Domu, z pewnością zmobilizują jego elektorat i wpływowych darczyńców. Kluczowym elementem w tej układance są jednak przede wszystkim niezależni i niezdecydowani wyborcy, których odstraszać może język nienawiści i rozsiewanie teorii spiskowych, jakoby to Biden stał za zamachem. Wreszcie, jak dowiodła czerwcowa debata, nagłe zwroty akcji w spolaryzowanej Ameryce mogą nie mieć długofalowego przełożenia na dynamikę wyścigu. Tuż po fatalnym wystąpieniu Bidena sondażowa przewaga Trumpa urosła do 6 pkt. proc. Dziś w ogólnokrajowym zestawieniach to trzykrotnie niższy wynik.
SZANSA DLA BIDENA | Wydarzenia ostatnich dni odwrócą uwagę od problemów Bidena: z roli prezydenta walczącego o swoją polityczną przyszłość powrócił do roli lidera nawołującego do jedności i stawienia czoła kolejnemu kryzysowi w USA. W telewizyjnym wystąpieniu potępił przemoc na pensylwańskim wiecu i wstrzymał emisję zakontraktowanych wcześniej reklam atakujących Trumpa. Prezydent odwołał także zaplanowany na poniedziałek wiec w Teksasie. Jak twierdzi telewizja NBC News, która rozmawiała nieoficjalnie z kilkoma politykami Partii Demokratycznej, przynajmniej na razie ucichną apele, by prezydent zrezygnował z wyścigu.
Prowadzenie kampanii w takich warunkach nie będzie jednak łatwe: zbyt brutalne ataki na świeżo postrzelonego rywala i sugerowanie, że jest on zagrożeniem dla amerykańskiej demokracji, mogą być źle odebrane przez elektorat. Z drugiej strony, chaos ostatnich dni może pomóc zmobilizować wyborców wokół bidenowskiej narracji o jedności – tymi samymi kartami grał w wyścigu prezydenckim w 2020 r.
Równie dobrze jednak te prognozy można będzie wyrzucić do kosza. Do wyborów pozostały niecałe cztery miesiące i kampanię zdominują jeszcze inne ważne wydarzenia w USA. Zamach na Trumpa – najpoważniejsza próba takiego zabójstwa od czasu postrzelenia republikańskiego prezydenta Ronalda Reagana w 1981 roku – może być tylko krótkim przystankiem w tej brudnej walce o Biały Dom.
Autorka jest dziennikarką „Press”
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















