wierzył - z wyjątkiem państw naszego regionu - że groźba zostanie zrealizowana. Widziano w tym brutalny, charakterystyczny dla obszaru byłego imperium sowieckiego środek nacisku towarzyszący negocjacjom. Stało się inaczej.
Z błogosławieństwem Kremla i w świetle kamer Gazprom odciął Ukrainie gaz, wprawiając w zdumienie zachodnią prasę i polityków. Ci ostatni powinni być zażenowani sytuacją, która kolejny raz dowiodła, że Rosja nie jest partnerem przewidywalnym. W normalnych stosunkach handlowych takie zachowanie spowodowałoby zerwanie wszelkich umów z nierzetelnym kontrahentem. W tym przypadku nie ma jednak mowy o normalnych stosunkach, o czym wiedzą i z czego korzystają rosyjscy decydenci.
Zawarty po kilku dniach kompromis - utworzenie rosyjsko-ukraińskiej spółki i dokooptowanie do niej pośrednika, w zamian za rozsądną podwyżkę cen gazu - jest rozwiązaniem nieczytelnym. A w każdym razie każe przypuszczać, że polityczna cena porozumienia może być wyższa, niż się to obecnie wydaje. Z punktu widzenia członków UE najważniejsze jest jednak, że udało się uniknąć konieczności włączenia się w spór, a zatem zajęcia stanowiska, którego zajmować nikt nie chciał.
Czy zatem byliśmy świadkami czterech dni, które wstrząsnęły Europą? Wiele wskazuje na to, że tak.
Polityka to proces, w którym - z wyjątkiem takich sytuacji jak 11 września - zmiany zachodzą wolno. Rok temu Ukraińcy wypełnili formalną niepodległość swego państwa polityczną treścią. Poniekąd wbrew sobie zwrócili się przeciw Rosji i w stronę Europy, która z ociąganiem fakt ten uznała. Teraz Rosja postanowiła wziąć - nieudany, jak się okazało - odwet.
Wnioski wydają się oczywiste: wspólna europejska polityka zagraniczna jest fikcją, a Rosja demonstracyjnie wykorzystuje szanse, które stwarza jej pobłażliwość największych państw Unii. Fakt, że Kreml posunął się tak daleko w roku swego przewodnictwa w grupie G8, nadaje sytuacji szczególną wymowę. Nie ulega bowiem wątpliwości, że polityka europejskich "mocarstw" zachęca Rosję do działań, które w cywilizowanym świecie uchodzą za bandyckie. Przypadek kanclerza Schrödera jest ekstremalnym przykładem, do czego prowadzi "putinowskie ukąszenie". Dowodzi też, że zakłamanie w polityce nie ma granic; nie stanowi ich nawet bezpieczeństwo własnego państwa. Polityka niemiecka na długo straciła nie tylko twarz, ale i wiarygodność.
Z drugiej strony, jeśli spojrzeć na "wojnę gazową" z perspektywy minionych lat, to pozycja Rosji względem świata Zachodu systematycznie się pogarsza. "Zakręcając kurek" Ukrainie - i stwarzając ryzyko ograniczenia dostaw odbiorcom z Europy Zachodniej - prezydent Putin strzelił politycznego "samobója". Bo mimo miłych gestów ze strony możnych państw Zachodu, Rosja staje się coraz bardziej politycznym i gospodarczym pariasem, a jej działania proces ten jedynie przyspieszają.
Po pierwsze, politycy rosyjscy pokazali, że gaz i ropa są dla nich tym, czym kiedyś była Armia Czerwona dla ZSRR: narzędziem politycznej ekspansji i szantażu. Oczywiście trudno przypuszczać, że nikt o tym wcześniej nie wiedział. Ale czym innym są zarzuty przewrażliwionych mieszkańców Europy Środkowej, a czym innym dowód w postaci uroczystej transmisji telewizyjnej "zakręcania kurka". W ten sposób Rosja osiąga efekty odwrotne do zamierzonych: konsoliduje zamiast rozbijać i zraża zamiast zjednywać sojuszników w państwach ościennych. W ten sposób wepchnięto całą Europę Środkową i kraje bałtyckie w objęcia NATO i USA; w podobny sposób "stracono" rok temu Gruzję i Ukrainę.
Po drugie, Putin pokazał swą słabość. To paradoks towarzyszący polityce rosyjskiej od początku lat 90. Ilekroć chciano udowodnić siłę, sięgano po środki, których użycie we współczesnej polityce dowodzi słabości. Tak było z "rozstrzelaniem" parlamentu przez Jelcyna (które uwiarygodniło obawy państw aspirujących wówczas do NATO), z rozpoczęciem wojny w Czeczenii, z tragedią Dubrowki i Biesłanu. Przejawem rosyjskiej słabości jest też ubogie instrumentarium polityczne, a w ślad za tym - szybkie sięganie po rozwiązania ostateczne. Krótki proces decyzyjny sprzyja wprawdzie szybkości działań, ale i nieprzemyślanym decyzjom. Kompromis i ratowanie twarzy przychodzą z trudem, bo przystawiając pistolet do głowy, można tylko strzelić - albo przyznać się do pomyłki.
O ile więc Rosja przedstawia kompromis z Ukrainą jako dowód skuteczności swej polityki, to w rzeczywistości - bez względu na cele przyświecające Kremlowi (przejęcie kontroli nad ukraińskimi gazociągami, podkopanie pozycji prezydenta Juszczenki) - cała operacja pokazała, że Gazprom jest zależny od swych odbiorców w takim samym stopniu, jak oni od jego dostaw. Prawdziwym zwycięzcą jest "ukraiński Kopciuszek", który po raz drugi na przestrzeni roku dowiódł swej odpowiedzialności wobec Europy i własnych obywateli.
Tak długo, jak rozszerzenie Unii było jedynie projektem, na podobne zachowania Rosji patrzono przez palce. Po 1 maja 2004 r. sytuacja uległa zmianie. "Starzy" członkowie są w większości nieśmiali w swej krytyce Rosji, jednak ze względu na presję "nowych" nie mogą dłużej unikać zajmowania stanowiska w sprawach, w których stroną sporu jest Kreml. W sytuacjach napięć, gdy stawką jest prestiż Unii, a czas odgrywa kolosalną rolę, działanie jest nieuniknione. W tym sensie polityka Rosji staje się - paradoksalnie - impulsem do wspólnej polityki zagranicznej, której prawdziwym motorem nie jest idea, ale presja wydarzeń. W latach 90. tę rolę pełniły wojny na Bałkanach, w XXI w. przejmą ją problemy obszaru postsowieckiego. Ten proces już widać w polityce UE w sprawie Naddniestrza czy Gruzji. W zetknięciu z XIX-wieczną koncepcją polityki rosyjskiej, oparta na sile biurokracji "miękkość" działania Unii jest atutem. Problemy, które raz pojawią się w zasięgu prac instytucji unijnych, łatwo z nich nie znikną. Logika biurokracji wyklucza działania szybkie i zdecydowane, ale sprzyja konsekwentnemu drążeniu spraw przez wiele lat.
Odmieniana ostatnimi dniami przez wszystkie przypadki "dywersyfikacja" źródeł dostaw ropy i gazu dla Europy nie dokona się więc przez napiętnowanie Rosji, ale w wyniku umiejętnego wprowadzenia pojęcia "dywersyfikacji" do prac unijnej biurokracji. Bowiem dla "starych" członków - inaczej niż dla państw naszego regionu - ryzyko wynikające z uzależnienia od Rosji nie wiąże się z obawami o suwerenność, lecz o bezpieczeństwo ekonomiczne. Dla Francuzów czy Włochów emocje nie odgrywają tu żadnej roli, a liczy się tylko cena i pewność dostaw.
Zamiar "nowych" członków - połączenia polityki energetycznej ze wspólną polityką zagraniczną - może być zatem problemem w rozmowach na forum Unii, gdzie te dwa obszary funkcjonowały dotąd oddzielnie. W kontekście całej sprawy wydawać by się mogło, że był to błąd. Jednak takie ujęcie problemu było - i poniekąd jest nadal - więcej niż zasadne. W końcu to od samych państw zależy, kto i na jakich warunkach sprzedaje im gaz czy ropę. Szukanie winnych obecnego stanu rzeczy należy zatem zacząć od przyznania się do własnych, narodowych błędów. Stosunek do budowy gazociągu bałtyckiego będzie pierwszym sprawdzianem przeprowadzonego rachunku sumienia.
OLAF OSICA jest analitykiem Centrum Europejskiego Natolin (www.natolin.edu.pl), stale współpracuje z "TP".
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















