Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Czarno-białe życie

Czarno-białe życie

02.11.2011
Czyta się kilka minut
Kim był Roger Casement, bohater nowej powieści Maria Vargasa Llosy?
W

Wszystkiemu, co robił, oddawał się z przesadnym wręcz zaangażowaniem. Nie dostrzegał niuansów ani szarości. Tymczasem jego życie pełne było dramatycznych napięć i nie wszystko da się rozpatrywać w tak umiłowanych przez niego kategoriach czerni i bieli.

W 1890 r. Joseph Conrad (wtedy jeszcze Józef Korzeniowski, kapitan łodzi parowej na rzece Kongo, w służbie belgijskiej kompanii) pisał do przyjaciela: "Zawarłem znajomość z panem Rogerem Casementem, co w każdej okoliczności uważałbym za wielką przyjemność (...). Myśli, wypowiada się dobrze, ogromnie inteligentny i bardzo sympatyczny". Panowie Korzeniowski i Casement, poddani Korony Brytyjskiej, spędzili razem dziesięć dni, w czasie których Irlandczyk pomógł przejrzeć na oczy idealistycznie nastawionemu Polakowi i dostrzec, co naprawdę dzieje się w Kongu, rzekomo największym przedsięwzięciu filantropijnym w dziejach świata.

W tej prywatnej posiadłości króla Belgów Leopolda II miała się dokonać (wedle słów samego monarchy) "krucjata godna wieku postępu", której zadaniem było "otworzenie dla cywilizacji jedynej części globu, do której jeszcze nie dotarła". Posiadłość nosiła obłudną nazwę Wolnego Państwa Konga (État indépendant du Congo, EIC), ale z czasem skrót rozszyfrowywano jako Esclavage, Ivoire, Caoutchouc - Niewolnictwo, Kość słoniowa, Kauczuk. Tym bowiem było w istocie Kongo - wielkim obozem niewolniczej pracy, którego jedynym celem było pozyskanie jak największej ilości surowców.

Kiedy jakaś wioska nie dostarczała wymaganej (i wyśrubowanej) ilości kauczuku, żołnierze "służb porządkowych", Force Publique, dla przykładu zabijali wszystkich jej mieszkańców. Na porządku dziennym były gwałty oraz przetrzymywanie kobiet i dzieci w charakterze zakładników. Niemal wszyscy mężczyźni harowali w lesie, nie było więc komu pracować w polu i szerzył się głód, który sprawiał, że przywleczone przez Europejczyków choroby, jak ospa, jeszcze szybciej dziesiątkowały Kongijczyków. Ich liczba systematycznie spadała, a wraz z nimi - liczba rąk do pracy, co sprawiało, że ucisk i terror tylko się wzmagały. Symbolami Leopoldowego reżimu stały się bicze ze skóry hipopotama, zwane chicotte, a przede wszystkim - kosze odrąbanych dłoni. Żołnierze mieli je odcinać zabitym tubylcom na dowód tego, że nie zmarnowali naboju; aby jednak "zgadzały się rachunki", w praktyce często ucinali dłonie żywym.

Roger Casement, który wkrótce po spotkaniu Conrada podjął pracę w brytyjskiej służbie konsularnej, na polecenie zwierzchników, zaniepokojonych doniesieniami od misjonarzy, sporządził szczegółowy raport na temat sytuacji panującej w Kongu. Jego publikacja w 1903 r. wywołała niebywałe poruszenie na całym świecie. Edmund Dene Morel, z pomocą Casementa, założył Towarzystwo na rzecz Reform w Kongu, które stało się pierwszym w historii masowym ruchem na rzecz praw człowieka, cieszącym się wsparciem wielu ówczesnych sław i działającym zarówno w Europie, jak i w Stanach Zjednoczonych. Międzynarodowy nacisk w Waszyngtonie, Londynie i Brukseli sprawił, że w 1908 r. Leopold musiał oddać (a właściwie sprzedać) swój folwark państwu belgijskiemu. Kiedy zmarł kilka lat później, wciąż był jednym z najbogatszych ludzi na świecie. Niemałą część majątku, który kosztował życie dziesięciu milionów (sic!) Kongijczyków, Leopold wydał na wille na Lazurowym Wybrzeżu oraz paryskie kreacje dla swojej kochanki, młodszej odeń o pół wieku prostytutki. Jakby tego było mało - to właśnie ją poślubił na łożu śmierci i to jej, a nie rodzinie czy państwu, zapisał resztę bajecznej fortuny.

W 1910 r., rząd brytyjski wysłał Casementa z podobną misją. Miał zweryfikować wieści na temat okrucieństw popełnianych przez zbierającą kauczuk w rejonie Putumayo Peruwiańską Kompanię Amazońską, nominalnie brytyjską spółkę należącą do Julio Cesara Arany. Tamtejsza rzeczywistość okazała się powtórką z Konga. Raport Casementa doprowadził do upadku kompanii, choć nie ona jedyna terroryzowała tamtejszych Indian - dekadę wcześniej w tym samym rejonie Peru działał inny kauczukowy baron Carlos Fitzcarrald, pierwowzór Herzogowskiego "Fitzcarraldo".

Casement, powszechnie uważany za bohatera, był wówczas u szczytu sławy - w 1911 r. król Jerzy V nadał mu tytuł szlachecki. Odebrał mu go zaledwie pięć lat później, a Casement, znienawidzony w Anglii jako zdrajca i zboczeniec, zawisł na szubienicy. Conrad, który nie ukrywał, że "Jądro ciemności" zawdzięcza bardzo wiele Casementowi, odmówił podpisania wniosku o jego ułaskawienie.

***

Roger Casement ciągle popadał z jednej skrajności w drugą. Za młodu zafascynowany Afryką i europejskim kolonializmem, później stał się jego najzagorzalszym wrogiem i dopatrywał się go wszędzie, pragnąc dać wszystkim narodom prawo do samostanowienia. Choć przez większość życia do kwestii niepodległości Irlandii odnosił się dość obojętnie, w pewnym momencie uznał, że Irlandczycy są "białymi Indianami", a on sam jest jednym z nich. Przyjął wówczas wiarę katolicką, choć urodził się w rodzinie protestanckiej i przez większość życia miał do religii obojętny stosunek. Choć nieustannie narzekał na trywialność pracy w brytyjskiej służbie konsularnej i pragnął uznania swoich zasług, kiedy wreszcie otrzymał za nią najwyższe możliwe wyróżnienie, tytuł szlachecki, wymówił się od ceremonii (ale nie od tytułu!) chorobą, nie chcąc przyjmować odznaczenia od głowy brytyjskiej monarchii - w służbie której przepracował dwadzieścia lat.

Wszystkiemu, co robił, oddawał się z przesadnym wręcz zaangażowaniem. Kiedy badał zbrodnie - kazał się zakuwać w dyby; kiedy odnalazł w sobie Irlandczyka - zaczął się uczyć języka gaelickiego. Jego poświęcenie zdawało się niekiedy balansować jeśli nie na granicy szaleństwa, to na pewno na granicy autodestrukcji. Pragnienie męczeństwa słychać w jego listach jeszcze w czasach, kiedy przygotowywał raport na temat Konga: "Nic nie przysłużyłoby się lepiej sprawie [reformy Konga] niż bycie powieszonym przez tamtejszych diabłów", pisał w 1906 r. Walka o niepodległość Irlandii dała mu wreszcie szansę na realizację tego marzenia.

Po wybuchu I wojny światowej próbował (bez większego powodzenia) zorganizować w Niemczech brygadę Irlandzkich Ochotników złożoną z brytyjskich jeńców wojennych. Snuł plany walki z Anglikami u boku Egipcjan pod połączoną "zieloną flagą Irlandii i zieloną flagą Proroka". Kiedy w kwietniu 1916 r., na kilka godzin przed wybuchem powstania wielkanocnego, niemiecka łódź podwodna wysadziła go u wybrzeży Irlandii, jedną z pierwszych rzeczy, jaką zanotował w dzienniku, było to, że"czuje zapach fiołków i śpiew skowronków". Na pytanie kapitana U-Boota, czy mu czegoś nie brakuje, odparł, że tylko pogrzebowego całunu. Kiedy pojmano go kilka godzin później, w kieszeni miał bilet na pociąg z Berlina do Wilhelmshaven, gdzie mieściła się baza U-Bootów. Nawet nie zadał sobie trudu pozbycia się dowodu swojej zdrady.

Jak większość ludzi w tamtych czasach, oprócz prowadzenia obfitej korespondencji, Casement spisywał także dzienniki - i to właśnie one są kluczem do zrozumienia targających nim emocji. Dzienniki powstawały bowiem w dwóch (co najmniej) wersjach. Pierwsze, nazwane później "Białymi", były przeznaczone do publikacji i dotyczyły działalności publicznej, która przyniosła mu honory i powszechny szacunek. Były dziennikami sir Rogera Casementa, zbawcy Kongijczyków oraz Indian Putumayo, który poświęcił życie osobiste swojej misji. Drugie, "Czarne", były dziennikami homoseksualisty, którego tropiki uwalniały od sztywnych okowów wiktoriańskiej moralności i który, nie mogąc lub nie chcąc stworzyć żadnego związku, realizował się w niezliczonych przypadkowych kontaktach z ciemnoskórymi chłopakami i mężczyznami. Wpisy w "Czarnych Dziennikach" uderzają brakiem emocji (nie licząc sporadycznych "och" i "ach") oraz technicznością - Casement szczególnie dużo uwagi poświęca rozmiarom penisów swoich kochanków ("ogromny, bardzo twardy, co najmniej 9 cali"), skrupulatnie odnotowuje także, ile kosztowała go dana przyjemność ("Agostinho, dużo całowania. 4 dolary"). Czasem uderza ich kompulsywność - zapisywał nie tylko, z kim uprawiał seks, ale też kto mu się spodobał ("Widziałem młodego, czarnoskórego żołnierza, jak wychodził z baraków z erekcją w białych spodniach - sięgał połowy ud! Na pewno miał ze stopę").

Samo dokumentowanie seksualnych przygód nie było niespotykane - dość przypomnieć wybitnego ekonomistę, Johna Maynarda Keynesa, który również skrzętnie odnotowywał w dzienniku (i jak przystało na umysł ścisły - kategoryzował) swoje homoseksualne romanse. Dlaczego jednak Roger Casement, niemogący przecież narzekać na brak wrogów (Leopold II, peruwiańscy baronowie kauczukowi, a wreszcie rząd Wielkiej Brytanii) trzymał materiały, które mogły go tak łatwo skompromitować? Podczas gdy Keynes stosował kod, Casement o wszystkim pisał wprost, w dodatku dość dosadnym językiem. To, między innymi, zrodziło przekonanie (wciąż żywione przez niektórych irlandzkich patriotów), że "Czarne Dzienniki" były fałszerstwem brytyjskiego wywiadu. Prawda wydaje się jednak znacznie ciekawsza - zapewne podświadomie Casement pragnął zostać przyłapany, aby z jednej strony nie musieć się dłużej ukrywać, a z drugiej zostać ukaranym za coś, co - jak sam uważał - było grzechem. Dopiero pod sam koniec życia - zgodnie ze skłonnością do popadania z jednej w skrajności w drugą - doszedł do wniosku (jeśli wierzyć zeznaniom jego adwokata), że homoseksualizm nie powinien być powodem do wstydu, gdyż jest oznaką geniuszu.

Zdrada Casementa była wstrząsem dla jego przyjaciół. Sir Arthur Conan Doyle, przyjaciel Casementa z Towarzystwa na rzecz Reform w Kongu, tłumaczył ją długim pobytem Casementa w tropikach. Innymi słowy - to właśnie dzicz Afryki czy Amazonii, Conradowskie "jądro ciemności" miało zamieszać w głowie porządnemu obywatelowi. "Czarne Dzienniki", które wywołały nie mniejszy szok, zdawały się tylko potwierdzać diagnozę Conan Doyle’a. Niektórzy argumentują, że taki właśnie był prawdziwy powód ich ujawnienia. Miały ułatwić uznanie Casementa za niespełna rozumu, co pozwoliłoby uniknąć cokolwiek niezręcznej sytuacji, w której świeżo uszlachcony przez króla Jerzego V bohater Imperium w imieniu tego samego monarchy zostaje skazany na śmierć.

Prawdopodobniejsze jest jednak wyjaśnienie zgoła odwrotne: dzienniki ujawniono po to, by zohydzić Casementa do cna, nie tylko jako zdrajcę, ale jako zboczeńca. Stosunki seksualne między mężczyznami były w Wielkiej Brytanii przestępstwem aż do 1967 r., a ledwie dwadzieścia lat przed procesem Casementa Oscar Wilde został skazany na dwa lata ciężkich robót za "poważną obrazę moralności" i osadzony w tym samym londyńskim więzieniu Pentonville. W oczach mu współczesnych, skłonność Casementa do oddawania się młodzieńcom o czarnej skórze była dowodem na najwyższą perwersję, która miała zniechęcić wszystkich do stawania w jego obronie. W sierpniu 1916 r. został powieszony.

***

Roger Casement nie dostrzegał niuansów ani szarości. Tymczasem jego życie - tak prywatne, jak i publiczne - pełne było dramatycznych napięć i nie wszystko da się rozpatrywać w tak umiłowanych przez niego kategoriach czerni i bieli.

Choć to rzeczywiście dzięki niemu świat ujrzał raport na temat zbrodni w Kongu, nie byłoby to możliwe dzięki działaniom dwóch amerykańskich misjonarzy, George’a Washingtona Williamsa oraz Williama Henry’ego Shepparda, którzy już pod koniec XIX wieku w listach do gazet po obu stronach Atlantyku opisywali straszliwe zbrodnie popełniane w Wolnym Państwie Konga. Ich doniesienia spotykały się jednak przeważnie z niedowierzaniem, a zorganizowana przez Leopolda II potężna akcja public relations na jakiś czas zatkała usta krytykom. Obaj misjonarze byli bowiem czarni - Casement był biały.

Choć Wielka Brytania rzeczywiście gnębiła Irlandczyków, a kolonializm brytyjski nie był wcale tak łagodny i dobroczynny, jak zwykło się uważać, to jednak kres ludobójstwu w Kongu i zbrodniom w Amazonii w dużej mierze przyniosły właśnie wysiłki dyplomatyczne Londynu. Casementowi udało się zwrócić uwagę świata na kauczukowy terror Leopolda wyłącznie dlatego, że miał za sobą autorytet Zjednoczonego Królestwa, najpotężniejszego mocarstwa kolonialnego na ziemi.

Choć rzeczywiście brzydził się niewolnictwem, to jednak ciała Afrykanów i Indian traktował jak towar, który on, biały, mógł kupować do woli. Czy płacenie nastoletnim Brazylijczykom kilku funtów za seksualną usługę nie stawiało Casementa w szeregu z kolonizatorami (i dzisiejszymi seks-

turystami)? Czy sam nie był elementem tego samego, znienawidzonego systemu, który przez niemal całe swoje życie starał się zniszczyć?

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]