Zaraz będzie Wniebowzięcie, więc się zastanawiam, co i skąd my właściwie o Maryi wiemy. Na przykład skąd wiemy o zwiastowaniu? Oczywiście – powiecie – z Ewangelii. Skąd – pytamy dalej – wiedzieli autorzy Ewangelii o wydarzeniach, których świadkiem mógł być tylko Pan Bóg i Maryja? Można odpowiedzieć, że przecież chodzi o objawienie, ale wielu z nas to nie zadowoli. Jest jednak odpowiedź dla krytycznego umysłu łatwiejsza do przyjęcia: wszystko to wiadomo z jej własnych opowieści. Ewangelie zapisały, co ona sama opowiedziała.
Ale ten jej dialog z archaniołem Gabrielem... nie, to nie mogło wyglądać tak, jak na licznych obrazach przedstawiających zwiastowanie, nie mogło wyglądać nawet tak, jak czytamy. Myślę, że Bóg w jakiś sposób jej objawił swój zamiar i że jej odpowiedzi Bogu w istocie były takie, jak zapisano w Ewangelii, ale przecież nie dosłownie. Zapisano tak, jak sobie to wyobrażali wtedy ludzie pobożni. Przeżycie wewnętrzne, dialog z Bogiem (bo przecież był to dialog z Bogiem, nie tylko z aniołem) jest trudny do opowiedzenia, więc – jakoś – go opowiedziano.
Albo opis narodzenia Jezusa... Pomijając kłopoty z datą spisu ludności i sposobem jego organizowania, pełen jest opowieści, o których śpiewamy w kolędach, ale nie traktujemy poważnie. Nie ma rady, tak się wtedy pisało. Bez tekstów pieśni chórów anielskich ich opis byłby niepełny i niewiarygodny. Te fragmenty Ewangelii są niewątpliwie upiększone przez autorów zgodnie z panującym wtedy gustem i stylem.
Zresztą, Matka Jezusa początkowo nie była obiektem szczególnej uwagi. Tym cenniejsze są wzmianki o Niej w Ewangeliach, niejako marginalne i uboczne. W dalszym ciągu Ewangelii, gdzie mowa o dorosłym życiu Jezusa, zjawia się rzadko i opisy przychodzącej z zaniepokojonymi krewnymi czy stojącej pod krzyżem w godzinach męki i – potem – obecnej w wieczerniku nie przysparzają problemów. Niepokoi raczej jej nieobecność w serii spotkań po Zmartwychwstaniu, lecz ten brak tylko przemawia za rzetelnością relacji.
Chociaż kult Matki Jezusa jest tak stary jak chrześcijaństwo, to chrześcijanie byli z tym ostrożni. Łatwo było o przesadę czy wypaczenia, o czym pisali już w IV wieku, a pewnie zresztą i wcześniej, autorzy strzegący ortodoksyjnej wiary. Rozwijana zaś w naszych czasach mariologia mnóstwo powiedziała o Matce Chrystusa.
To wszystko jest ważne i godne uwagi. W oddawaniu Jej czci łatwo jednak sprowadzić to, co jest tajemnicą wiary, do wymiaru czysto ludzkiego. Tymczasem cała nauka o Jej wolności od grzechu pierworodnego, o szczególnym wybraństwie, rzutowanie na Jej postać wszystkich marzeń o idealnych matkach, prowadzi do pobożności bardziej na naszą miarę, wzorowanej na naszych doświadczeniach, pragnieniach i nierzadko zamykającej nas na tajemnicę. Matka Boska jest Matką Boską, my jesteśmy nami i swoją świętość każdy buduje na własnym doświadczeniu.
Jest też maryjna religijność. Mam wrażenie, że jest ona – odruchowo – bardziej pokorna od teologii i pseudoteologii. W pobożności maryjnej po prostu, jak w starożytnej modlitwie „Pod Twoją obronę”, uciekamy się do Matki Jezusa także w sprawach niekoniecznie pierwszej wagi, jak gospodarze w Kanie Galilejskiej, którym wina zabrakło. Czyli po prostu prosimy, żeby coś dla nas zrobiła. Ona zaś rozumie to i wstawia się za nami. Takie jest moje doświadczenie, którym się tu nieśmiało dzielę.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















