Reklama

„Chłopaki, chodźmy na tory"

„Chłopaki, chodźmy na tory"

30.06.2006
Czyta się kilka minut
25 czerwca 1976 r. pierwsza zmiana załogi "Ursusa przerwała pracę. Najpierw poszli pod budynek dyrekcji. Kiedy nikt nie chciał z nimi rozmawiać, jeden z nich rzucił hasło: "Idziemy na tory, zatrzymamy pociąg i będziemy czekać. Chcieli czekać, aż ktoś z Komitetu Centralnego PZPR do nich przyjedzie.
Sylwester Frąc dzisiaj: przy pomniku upamiętniającym protest roku 1976, obok zakładów "Ursusa" /fot. P. Dzięciołowski - Fapapress
P

Przez pierwsze dwie godziny porannej zmiany praca na Wydziale Transportu przebiegała normalnie. O tym, że coś się dzieje, pracownicy dowiedzieli się około ósmej rano, kiedy robotnicy z innych wydziałów zaczęli gromadzić się na placu, wzburzeni wiadomościami o podwyżce cen żywności.

"Zatrzymano 172 osoby"

- Wziąłem wózek akumulatorowy i pojechałem zobaczyć - opowiada Sylwester Frąc, wtedy mechanik silników (ze specjalizacją silniki wysokoprężne), pracownik Wydziału Transportu. - Na zewnątrz koledzy od razu powiedzieli mi, że "Ursus" strajkuje. Wróciłem na nasz wydział i mówię do mistrza: "Ludzie nie pracują, my też powinniśmy strajkować". Odpowiedział, że powinniśmy pracować, ale że zrobimy, co zechcemy.

Z hali wyszli około dziewiątej, jeszcze przed przerwą śniadaniową. Kilkanaście minut później przed głównym biurem stało kilka tysięcy osób. Chcieli, żeby wyszedł do nich ktoś z dyrekcji, ale nikt nie chciał z nimi rozmawiać. Pierwszy sekretarz Podstawowej Organizacji Partyjnej PZPR dostał w twarz od pracownicy, w kierunku budynku poleciały kamienie, stłuczono pierwszą szybę.

Ktoś z tłumu (dziś nikt nie pamięta już, kto) rzucił hasło, że trzeba pójść na tory i zatrzymać pociągi, bo w ten sposób zwróci się uwagę władz na protest. Większość poszła, część została na terenie zakładu.

- Uważaliśmy ich wtedy za tchórzy - mówi Frąc, który w kierunku torów szedł w pierwszym szeregu.

"Akcja protestacyjna przebiegała spontanicznie" - informował zredagowany przez późniejszych członków Komitetu Obrony Robotników komunikat o przebiegu wydarzeń w fabryce ciągników "Ursus" w dniu 25 czerwca 1976 r., dostarczony Episkopatowi dwa miesiące później, pod koniec sierpnia, kiedy większość tych, którzy szli w pierwszym rzędzie, przebywała już w więzieniach.

Komunikat odnotował incydenty: zatrzymanie kilku międzynarodowych pociągów, rozkręcenie szyn, nieudaną próbę rozcięcia szyn palnikiem, rozdanie cukru i jajek z zatrzymanych samochodów. Oraz opis kilkunastu przypadków (w rzeczywistości było ich więcej) brutalnych pobić. Dane MSW (z notatki sporządzonej w Głównym Inspektoracie Ministra cztery lata później, w styczniu 1981 r.) informowały lapidarnie: w związku z zajściami w "Ursusie" zatrzymano 172 osoby. O pobiciach na komisariatach nie było ani słowa.

- To rozcinanie torów palnikiem to był mój pomysł - uśmiecha się Frąc. - Butle z tlenem przywiozłem z Markiem Majewskim, kolegą z "Ursusa". Przecinał spawacz z odlewni, ale okazało się, że ma za mały palnik. Pojechaliśmy starym fordem Marka po pełną butlę i większy palnik, ale w tym samym czasie kilku innych chłopaków rozkręciło tory i maszynista zjechał lokomotywą. Nikt jej nie spychał, jak to później usłyszałem w sądzie. To przecież niemożliwe, żeby kilkunastu nawet silnych chłopów zepchnęło lokomotywę!

Frąc i koledzy nie zdawali sobie sprawy, że ich działania przez cały czas były dokumentowane. Widzieli latający nad nimi helikopter z widocznym teleobiektywem, ale nie zauważyli mężczyzn robiących im zdjęcia z bezpiecznej odległości. Bo od wczesnych godzin popołudniowych po drugiej stronie torów obserwowali ich ubrani po cywilnemu pracownicy MO i SB. Uderzyli po godzinie 20.

Z wilczym biletem

Sylwester Frąc: - Po 20.00 po przemówieniu premiera Jaroszewicza, odwołującego ogłoszoną dzień wcześniej podwyżkę, zaczęliśmy się rozchodzić. Niektórzy trochę pijani, bo przez te godziny zaopatrywaliśmy się w alkohol w pobliskim sklepiku, ale bez żadnych awantur. Nie spostrzegłem, kiedy koło mnie zatrzymał się samochód warszawa. Dwóch facetów w cywilu wciągnęło mnie do środka, położyli z tyłu na podłodze między sobą i zaczęli bić. Zawieźli mnie na komisariat. Po 48 godzinach zwolnili. Wracając do "Ursusa" kolejką, chowałem twarz w dłoniach, bo wstydziłem się śladów pobicia.

Następnego dnia Frąc dowiedział się, że już nie pracuje w fabryce. Stracił przepustkę i miejsce w hotelu robotniczym. To samo spotkało większość kolegów, z którymi trzy dni wcześniej szedł zatrzymać pociągi na torach. Z kombinatu "Ursus" zwolniono wtedy przynajmniej 300 osób. Kilka dni później dyrektor warszawskiego Urzędu Zatrudnienia wydał ustne polecenie, zakazujące rozpatrywania spraw wyrzuconych z pracy po 25 czerwca. Polecił też, by nie rejestrowano ich nawet jako osób poszukujących pracy. Dla wielu z nich będzie oznaczać to niemożność znalezienia jakiejkolwiek pracy, poza dorywczą.

W ten sposób w ciągu kilku dni zwolniono z "Ursusa" wszystkie osoby wskazane przez milicję i SB. 27 czerwca esbecy udostępnili w domu zakładowym w "Ursusie" zestaw zdjęć zrobionych 25 czerwca. Wyszukiwali kolejnych uczestników demonstracji. Rozpoznanych aresztowano na 48 godzin, a potem karano kolegium lub wszczynano śledztwo.

Administracja zakładu starała się iść ludziom na rękę, podając jako przyczynę zwolnienia "niestawienie się do pracy", co nie zamykało możliwości znalezienia zatrudnienia poza "Ursusem". W następnym tygodniu część ze zwolnionych ponownie przyjęto do pracy - aby, po kolejnych dwóch tygodniach, znowu zwolnić. Około 10 lipca podstawą zwolnienia staje się już "samowolne porzucenie miejsca pracy".

Ale najgorsze Sylwester Frąc miał jeszcze przed sobą: - Wiedziałem, że tych kolegów, których pozwalniali i pobili, zaczynają znowu ciągać. Wiedziałem, że po mnie pewnie też przyjdą, postanowiłem gdzieś się przechować, ukryć, i wyjechałem do kuzyna na wieś, pomagałem mu w budowie domu. Po dwóch tygodniach pod dom podjechała czarna wołga, wysiadło dwóch cywilów. No i mnie wzięli. Najpierw na komendę do Jaktorowa, potem Grodzisk i Warszawa, Pałac Mostowskich [siedziba MO i SB - red.]. Przesłuchania: gdzie byłeś, co robiłeś. No i poszedłem siedzieć.

Marek Majewski, który wraz z Frącem przywiózł butlę i palnik do przecięcia torów, dostał pałką w twarz. Jego brat, Ireneusz, zawiózł go do szpitala przy ulicy Lindleya w Warszawie, gdzie założono mu szynę na pękniętą szczękę i usunięto wybite zęby. Spodziewając się dalszego ciągu, nie wrócili do domu, lecz ukryli się w domku letniskowym w Michałowicach. Znaleziono ich tam po pięciu dniach. Pobito po raz kolejny. Aresztowano. Tym razem na dłużej.

Proces za zamkniętymi drzwiami

W notatce "w sprawie polityki karnej wobec sprawców zakłóceń porządku publicznego w Radomiu i Płocku", sporządzonej przez Wydział Administracyjny KC PZPR we wrześniu 1976 r., czytamy: "Szczególnie agresywni uczestnicy tych wydarzeń byli zatrzymywani przez organa milicji oraz pociągani przez prokuraturę i sądy do odpowiedzialności karnej. Sądy skazywały na karę pozbawienia wolności tylko te osoby, które brały czynny udział w grabieży sklepów i innych obiektów publicznych, paleniu samochodów, niszczeniu urządzeń kolejowych i napaściach na funkcjonariuszy publicznych. Nie było przypadków skazań za udział w strajkach czy też uczestnictwo w zbiegowiskach ulicznych".

Marek Majewski dostał jeden z najwyższych wyroków za "Ursus": cztery lata. Kiedy siedział, jego brat pisał podania i skargi: do redaktora "Trybuny Ludu" Michała Misiornego (autora kilku agresywnych tekstów przeciw, jak wtedy pisano w partyjnej prasie, "ursuskim i radomskim warchołom"), do sejmowej komisji spraw wewnętrznych i wymiaru sprawiedliwości, do prokuratora generalnego.

Na jednym z pism, wysłanych na początku 1977 r., napisał: "do wiadomości: KOR".

Pierwszy proces robotników z "Ursusa" rozpoczął się już 17 lipca 1976 r., dwa tygodnie po zorganizowanych w całej Polsce "wiecach poparcia" dla polityki partii i rządu i potępieniu "warchołów" z Radomia i "Ursusa". Korytarze sądu wojewódzkiego w Warszawie były wyjątkowo przepełnione. - Nie wpuszczono nas na salę, w której odbywał się proces robotników "Ursusa", ale pamiętam korytarz i wystraszone twarze ludzi, ich rodzin - wspomina dziś Henryk Wujec.

Wujec był jedną z kilkudziesięciu osób, które przyszły do sądu. Jan Józef Lipski, Andrzej Kijowski, Jan Lityński, Antoni Macierewicz, Grażyna Kuroń, Małgorzata Łukasiewicz, Ludwik Dorn.

Wujec: - Wtedy, na tym korytarzu, po raz pierwszy zaczęliśmy z nimi rozmawiać. Byli biedni, przerażeni, bezradni wobec machiny aparatu represji i PRL-owskiej sprawiedliwości.

O przebiegu pierwszego dnia procesu dowiedzieli się od Marty Miklaszewskiej, dziennikarki, żony adwokata Jana Olszewskiego, której jako jedynej z ich grona udało się dostać na salę. Opowiedziała im, jak robotnik Mirosław Chmielewski, oskarżony o przecięcie linii kolejowej i zatrzymanie pociągu, złożył przed sądem obszerne zeznanie o pobiciu go w śledztwie. Sąd nie wziął tego faktu pod uwagę, skazując go na pięć lat więzienia (Sąd Najwyższy pod koniec września obniżył mu karę do roku więzienia w zawieszeniu na trzy lata). Jego matka czekała na korytarzu przed salą sądową.

"Straciłem tylko trzy zęby"

Pierwszymi, którzy dotarli do rodzin aresztowanych z "Ursusa", byli harcerze z "Gromady Włóczęgów" przy szczepie w Liceum im. Reytana, kierowani przez Antoniego Macierewicza i Piotra Naimskiego. Próbowali docierać do rodzin aresztowanych, pokonywać ich strach i nieufność, rozeznać potrzeby, pytać, jakiej potrzebują pomocy.

Wujec pojechał do "Ursusa" na początku sierpnia. Potem bywał tam wielokrotnie: - Widziałem straszną biedę i nieporadność ludzką. Zobaczyłem też, że ci robotnicy, którzy pracowali na jednym wydziale, często obok siebie, nie wiedzieli nic o swoich rodzinach: gdzie mieszkają, jak do nich trafić. W dodatku widzieli, że nikt poza nami nie interesuje się ich losem, nie mogli liczyć na nikogo. Nawet na swojego proboszcza.

Z tych wyjazdów powstaje kartoteka: mapa zasięgu represji i potrzeb. Pod koniec września, już po utworzeniu Komitetu Obrony Robotników, znajdowały się w niej nazwiska 126 robotników z "Ursusa". Wśród nich 19 skazanych przez sądy, 13 przebywających w areszcie śledczym, 59 skazanych przez kolegia, 32 usuniętych z pracy. Pod opieką KOR znajdowało się 67 rodzin.

W kartotece KOR znalazło się nazwisko Eugeniusza Kamińskiego, pracownika wydziału kół zębatych. W relacji opublikowanej w czerwcu 1981 r. w "Tygodniku Solidarność" opowiadał: "W śledztwie nic mi nie udowodnili. Po 48 godzinach o jedenastej w nocy kolegium na Żoliborzu: trzy kobiety i mężczyzna, przewodniczący. Kazali tylko podpisać. 5 tysięcy złotych grzywny [średnie zarobki w "Ursusie" wynosiły wówczas około 3,5 tys. złotych - red.]. Oczywiście wyrzucili mnie z roboty. Po trzech tygodniach przyjechało czterech, zabrali mnie na 48 godzin do Pałacu Mostowskich, potem na Rakowiecką. Tym razem mnie nie bili. Po trzech tygodniach śledczy powiedział, że zostałem ułaskawiony. »Uciekłeś, sk...synu, diabłu spod ogona« - powiedział mi. »W sumie nie było tak źle. Straciłem tylko trzy zęby«".

"Okazać wspaniałomyślność"

Osoby, którym podobnie jak Kamińskiemu, nie udało się udowodnić zarzutów przed sądem, stopniowo zwalniano.

W sierpniu 1976 r. wypuszczono 45 z 75 aresztowanych, przetrzymywanych dotąd w zakładzie karnym w Białołęce (w czasie aresztowania, w drodze na posterunek MO w "Ursusie" i na jego terenie wszyscy zostali pobici, niektórzy dotkliwie). Wskutek listów poparcia dla aresztowanych, pism rodzin do KC PZPR, a także nacisku międzynarodowej opinii publicznej, w tym włoskiej partii komunistycznej (po liście Jacka Kuronia do jej sekretarza, Enrico Berlinguera), Edward Gierek powoli zmieniał swoje stanowisko w kwestii polityki wobec tych osób.

"Przeprowadziłem w tej sprawie wiele rozmów i przeczytałem niemało listów od aresztowanych i ich rodzin. Wszystkie okoliczności, które poznałem, skłaniają mnie do poglądu, że powinniśmy wobec tych ludzi wykazać wspaniałomyślność. Co sądzisz o moim stanowisku?" - pytał Gierek w notatce do przewodniczącego Rady Państwa PRL Henryka Jabłońskiego, sporządzonej 24 września 1976 r., w dzień po upowszechnieniu informacji o powstaniu KOR.

3 lutego 1977 r. Rada Państwa, działając na wniosek pierwszego sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka, zleciła komisji ułaskawień przy prokuraturze i organom sprawiedliwości przygotowanie wniosków o darowanie, warunkowe skrócenie lub zawieszenie kary skazanym za udział w "zajściach" 25 czerwca 1976 r.

To wtedy, wczesną wiosną 1977 r., więzienia opuściła większość skazanych w procesach. W maju 1977 r. w więzieniach przebywało jeszcze pięciu skazanych robotników: trzech z Radomia i dwóch z "Ursusa".

"Ursuskie" biografie

Sylwester Frąc wyszedł z więzienia przed Bożym Narodzeniem 1976 r., Marek Majewski kilka miesięcy później. Nigdy więcej się nie spotkali. Frąc znalazł zatrudnienie w Zjednoczonych Przedsiębiorstwach Rozrywkowych jako pracownik techniczny w cyrku. W 1979 r. udało mu się wyjechać do Niemiec. Wrócił. Znów wyjechał. Nie zapisał się do "Solidarności", choć większość dawnych kolegów wstąpiła do związku. Dziś ma duży dom pod Warszawą i własną firmę. - Niczego mi nie brakuje, żyję dostatnio - mówi.

Emil Broniarek 30 lat temu był robotnikiem na Wydziale Montażu. Może miał więcej szczęścia niż inni, może nie było go na zdjęciach robionych przez SB. Dziś próbuje zbierać relacje sprzed 30 lat, docierać do ludzi. - Ten nie żyje, on jest chory, ten żyje w biedzie, a on nie chce rozmawiać - mówi o dawnych kolegach z "Ursusa".

Kilka lat temu zmarł Majewski, który wraz z Frącem rozcinał szyny kolejowe. Nie żyje też jego brat Ireneusz, który pisał listy do władz.

Właściwie żaden z aresztowanych robotników "Ursusa" po wyjściu z więzienia nie związał się z opozycją. Inaczej było w Radomiu: Leopold Gierek, tam aresztowany, znalazł się potem w komitecie redakcyjnym wydawanego poza cenzurą pisma "Robotnik".

- Wiele razy zastanawiałem się nad tym, dlaczego tak się stało - mówi Wujec. - Jedną z przyczyn mógł być fakt, że my, ludzie z Warszawy, byliśmy dla robotników z "Ursusa" i ich rodzin kimś z innego świata. Oni dostali za swoje, odsiedzieli, byli wdzięczni za pomoc, ale chcieli jednak żyć swoim życiem. Myślę, że większość z nich i ich rodzin, kiedy po pewnym czasie SB zorientowała się, że jeździmy do ich domów z pieniędzmi, znajdujemy im adwokatów i oferujemy im pomoc, była poddawana presji i szantażowi. Być może zmuszano ich do informowania o tym, kto przyjeżdża, a oni chcąc być lojalni wobec nas nie podejmowali prób kontaktów z nami, nie chcąc donosić. Pamiętam kilka takich spotkań, już w 1977 r. Rozmów, które wyraźnie się nie kleiły.

Bramy fabryki w "Ursusie", którą 25 czerwca 1976 r. przekraczała pierwsza zmiana kilkanaście minut przed szóstą, już nie ma. Nie zmienił się za to plac i stróżówka. W "Ursusie" straszą opustoszałe hale, choć fabryka nadal produkuje ciągniki.

Jedna z najpotężniejszych hal została przebudowana na studio telewizyjne. To w nim stacja TVN realizowała "Taniec z gwiazdami".

Cytowane w tekście dokumenty znajdują się w archiwum Ośrodka "Karta" i w wydanym przez IPN zbiorze "Czerwiec 1976 w materiałach archiwalnych" (opr. Jerzy Eisler, Warszawa 2001).

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]