Chilijczycy wybrali prezydenta. Skąd prawicowy zwrot w Ameryce Łacińskiej

Zwycięstwo Joségo Antonia Kasta w Chile to kolejny sukces prawicy w regionie. Co sprawia, że Ameryka Łacińska tak wyraźnie przesuwa się w tym kierunku?
Czyta się kilka minut
José Antonio Kast, prezydent elekt Chile podczas wizyty w Argentynie. Buenos Aires, 16 grudnia 2025 roku. // Fot. Tomas Cuesta / Bloomberg / Getty Images
José Antonio Kast, prezydent elekt Chile podczas wizyty w Argentynie. Buenos Aires, 16 grudnia 2025 roku. // Fot. Tomas Cuesta / Bloomberg / Getty Images

Skończył 60 lat, nie jest więc nowicjuszem w chilijskiej polityce. Przeciwnie: jest w niej obecny od końca lat 80. XX stulecia. W tamtym czasie w Chile toczyła się dyskusja o tym, jak pokojowo zakończyć dyktaturę Augusta Pinocheta – generała, który w 1973 r. obalił lewicowy rząd i odtąd rządził twardą ręką.

Był on wtedy zwolennikiem przedłużenia dyktatury. Nie przebił się z tym poglądem – Chile stało się krajem demokratycznym. Potem przez kolejne lata działał w Niezależnej Unii Demokratycznej (ultraprawicowej partii związanej ze środowiskami wokół Pinocheta), a parę lat temu stanął na czele własnej formacji, Partii Republikańskiej.

Prywatnie ma dziewięcioro dzieci, ironiczne poczucie humoru i niezmienną wiarę w neoliberalizm – całkowicie wolny rynek, bez zbędnych ingerencji rządowych.

José Antonio Kast, wybrany w grudniu 2025 r. w głosowaniu powszechnym na prezydenta – bo o nim mowa – nie ukrywa, że sympatykiem Pinocheta pozostaje do dziś.

Ultraprawicowiec José Kast zdecydowanie wygrał wybory w Chile

Pierwszymi politykami, którzy w powyborczy wieczór pospieszyli mu z gratulacjami, byli sekretarz stanu USA Marco Rubio i prezydent sąsiedniej Argentyny Javier Milei. Jednak José Antonio Kast przyznaje, że znacznie bliżej mu do Giorgii Meloni niż do Donalda Trumpa czy Javiera Milei.

Z szefową rządu Włoch łączy go bez wątpienia jedno: podobnie jak ona, podczas kampanii Kast skwapliwie unikał wątków historycznych i światopoglądowych – aby nie zrazić do siebie umiarkowanych wyborców. Strategia okazała się udana: w drugiej turze lider chilijskiej ultraprawicy pokonał swoją lewicową kontrkandydatkę Jeannette Jarę, uzyskując 58,16 proc. poparcia. Poparło go ponad 7 mln Chilijczyków.

W ten sposób Kast został prezydentem wyłonionym największą liczbą głosów w dziejach chilijskiej demokracji. Co więcej, jako pierwszy dotąd polityk w Chile zwyciężył te wybory we wszystkich regionach kraju – od pustynnej północy po Patagonię i Antarktydę.

Antysystemowa rewolucja w krajach Ameryki Łacińskiej

Chile to kolejny kraj Ameryki Łacińskiej, gdzie władzę przejęła prawica lub skrajna prawica. W ostatnich latach stało się tak w Argentynie, Boliwii, Ekwadorze, Kostaryce, Panamie, Paragwaju, Peru i Salwadorze. Teraz dołączył Honduras: 27 stycznia władzę objął tam 67-letni Nasry Asfura, przedsiębiorca i lider ultraprawicowej Partii Narodowej, wspierany przez Trumpa.

Przyczyny sukcesów polityków prawicowych lub ultraprawicowych są różne, zależą od specyfiki każdego kraju. Mają jednak wspólny fundament. Jaki? O to zapytałam Emmanuelle Barozet, francuską profesorkę socjologii związaną z Universidad de Chile i Centrum Badań nad Konfliktami i Spójnością Społeczną (COES) w Santiago.

Barozet: – Oczywiście można to tłumaczyć tzw. efektem Trumpa, który inspiruje innych populistycznych liderów. Jego powrót do Białego Domu dał dodatkowy impuls światowej prawicy. Ale nie jest to jedyne wytłumaczenie.

– W wielu państwach widzimy naturalny dla demokracji przechył wahadła w przeciwną stronę – uważa Barozet. – Po dłuższym bądź krótszym okresie rządów lewicy następuje moment rozczarowania lub przesytu, więc władza trafia w ręce opozycji.

Ale jest tu coś jeszcze. Barozet: – To ilustracja zjawiska, które widać na całym świecie: bunt, gniew czy społeczne niezadowolenie coraz częściej są przejmowane przez prawicowe ruchy. Paradoksalnie to lewica wydaje się mieć dziś rys konserwatywny: stoi po stronie politycznych reguł gry i społecznych zdobyczy. Prawica zaś przejmuje retorykę rewolucyjną, antysystemową.

Argentyna: Javier Milei i jego polityka „piły łańcuchowej”

Modelowy przypadek to Argentyna. W 2023 r. do głosowania na Javiera Milei skłoniła Argentyńczyków inflacja, kryzys i zmęczenie rządami tzw. kirchnerystów. Tak określa się centrolewicowy ruch, którego twarzami było małżeństwo Néstora i Cristiny Kirchner. Kolejno sprawowali oni urząd prezydenta w latach 2003-2015. Wprawdzie potem nastał prezydent z centroprawicy, ale kolejnym był znów kirchnerysta: Alberto Ángel Fernández, zaufany Néstora i Cristiny.

Milei, wcześniej ekscentryczny ekonomista i gość talk shows, prezentował się jako polityczny outsider. Krytykował establishment i zapowiadał „rozprawę z kastą rządzącą”. Wpisał się w bunt i antysystemowość, o których mówi Barozet. Wielu Argentyńczykom, zdesperowanym i zniechęconym, jawił się jako recepta na problemy kraju.

Dziś, po dwóch latach urzędowania Milei, ciężko uznać jego libertariańską rewolucję za sukces. Rządowi udało się zbić inflację, ale radykalne obcięcie wydatków państwa i likwidacja wielu programów społecznych przyniosły zapaść w finansowaniu edukacji i publicznej służby zdrowia, spadek zatrudnienia i pogorszenie sytuacji finansowej emerytów.

Polityka „piły łańcuchowej” – tak ją nazwano, gdyż Milei chętnie korzystał z tego rekwizytu – najmocniej uderzyła w najbiedniejsze warstwy. Choć pod koniec 2025 r. wskaźniki zaczęły się nieco poprawiać, w szczytowym momencie reform Milei poziom ubóstwa przekroczył aż 52 procent.

Boliwia: Rodrigo Paz i jego „kapitalizm dla wszystkich”

Do równie gwałtownej rewolucji nie dojdzie najpewniej w sąsiedniej Boliwii. Choć i tutaj – po dwóch dekadach rządów Ruchu na Rzecz Socjalizmu – społeczeństwo zapragnęło radykalnej zmiany. Na fali najgłębszego od ponad 40 lat kryzysu i społecznej frustracji, której wyrazem były w ubiegłym roku potężne protesty, wybory 19 października 2025 r. wygrał polityk centroprawicy, 57-letni Rodrigo Paz.

Ten urodzony w Hiszpanii syn Jaimego Paza Zamory (prezydenta Boliwii z lat 90. XX w.) ma spokojniejszy i pojednawczy styl oraz bardziej umiarkowane poglądy na ekonomię niż Milei. Ale tak jak on zyskał zaufanie, kreując się na kogoś spoza elit.

Wygrał nieoczekiwanie. Gdy stawał do wyborów, sondaże dawały mu 2 procent. Jego popularność gwałtownie wzrosła, gdy kandydatem na swojego wiceprezydenta ogłosił Edmana Larę, byłego policjanta, który zdobył popularność na haśle walki z korupcją.

Chile ma za sobą intensywny czas polityczno-społecznych przełomów, a w nowy rok weszło z dużą niepewnością, ale też nadzieją. Oraz z nowym, najmłodszym w swej historii, prezydentem. Wygrana Paza przypieczętowała klęskę lewicy. 

Od dawna podzielona, traci ona poparcie w głównym dotąd elektoracie, jakim byli rdzenni Boliwijczycy i mieszkańcy wsi. Hasła Paza, obiecującego „kapitalizm dla wszystkich”, zmniejszenie wydatków publicznych, obniżenie podatków i ponowne otwarcie kraju dla inwestorów z USA przekonały 54,53 proc. głosujących. 

Zwłaszcza nową klasę średnią, która wyrosła przez ostatnie dekady. Wraz z nią urosły nowe społeczne tożsamości, pragnienia i aspiracje.

Już nie tylko historia: nowe podziały w społeczeństwie Chile

Wracając do Chile: hasłem, które często wracało tu podczas kampanii prezydenckiej, było clivaje – to hiszpańskie słowo oznacza kruchość, łamliwość. W geologii jest używane dla określenia podatności skał na wewnętrzne pęknięcia; skłonność do złamań, po których kolejne fragmenty układają się liniowo obok siebie.

David Altman, politolog z Pontificia Universidad Católica w Santiago, używa tego terminu dla opisania polaryzacji. Twierdzi, że o ile wcześniej Chilijczyków dzielił stosunek do Pinocheta, o tyle w ostatnich latach doszło do zmiany: na tamte historyczne podziały zaczęły się nakładać kolejne konflikty i pęknięcia.

Nową osią podziału stał się jego zdaniem stosunek do estallido social, protestów przeciw nierównościom i elitom politycznym, które wybuchły w 2019 r. i okazały się największymi manifestacjami w chilijskiej historii.

Jak pisze Altman na portalu El Mostrador, oś polaryzacji rozpina się dziś „między pragnieniem budowy czegoś nowego [refundación] a przywiązaniem do dawnego porządku [restauración]. Dla zwolenników zmian protesty z 2019 r. były uzasadnioną erupcją niezadowolenia. Tymczasem dla obozu restauratorskiego stanowiły przykład zburzenia porządku publicznego, groźnego w skutkach chaosu i rozpadu dotychczasowego świata”.

W Chile o wyniku wyborów zdecydował temat bezpieczeństwa

Bez względu na to, na ile ten podział opisuje rzeczywistość Chile, jedno jest pewne: zaważył on na tonie debaty publicznej ostatnich lat i wyniku grudniowych wyborów.

Nie byłoby zwycięstwa Kasta bez wydarzeń z 2019 r. To wtedy zaczął on budować największą popularność, a dla wielu: wiarygodność. Wyrósł na jednego z głównych krytyków ówczesnego prezydenta Sebastiána Piñery, zarzucając mu zbyt łagodną reakcję na protesty i domagając się pacyfikacji demonstrantów.

W kolejnych latach hasło „przywracania porządku” zapisało się na dobre w słowniku i programie Kasta. Zapowiedź surowej walki z przestępczością i utworzenia „rządu nadzwyczajnego” (gobierno de emergencia) na trudne czasy, który „posprzątałby” po rządach lewicy, stanowiła filar jego kampanii – i trafiła w społeczne oczekiwania.

Symbolicznym gestem było tu spotkanie Kasta z Gustavem Villatoro, ministrem bezpieczeństwa Salwadoru. Prezydent tego kraju, Nayib Bukele, jest regularnie oskarżany o łamanie praw człowieka i autorytarne zapędy. Zarazem jest chwalony za rozprawienie się z pospolitym bandytyzmem.

Nayib Bukele: twardy idol z Salwadoru

Bukele stał się istotnym punktem odniesienia, niemal idolem dla wielu prawicowych polityków w Ameryce Łacińskiej.

Inspirując się niektórymi jego metodami, Kast obiecywał zaostrzenie kar za przestępczość zorganizowaną, rozszerzenie uprawnień policji (m.in. do użycia broni) i zbudowanie kilku więzień pod specjalnym nadzorem – na wzór słynnego salwadorskiego megawięzienia: Centrum Odosobnienia Terroryzmu w Tecoluca.

Obietnice Kasta trafiły na podatny grunt. Choć Chile nadal jest jednym ze spokojniejszych państw regionu, to dla wielu mieszkańców wzrost przestępczości stał się w ostatnich latach zauważalnym problemem.

Jak wskazuje raport Narodowego Badania Bezpieczeństwa w Obszarach Miejskich (ENUSC), aż 87,7 proc. respondentów przyznało, że czuje niepokój w związku z narastającym brakiem bezpieczeństwa. Z kolei wedle sondaży chilijskiego oddziału Ipsos co trzeci mieszkaniec chce, by władze potraktowały walkę z przestępczością jako priorytet. Oceniając tym samym, że działania rządzącego dotąd Gabriela Borica z lewicy nie były pod tym względem wystarczające.

Gang z Wenezueli destabilizuje kontynent

Strach wśród Chilijczyków budzi zwłaszcza taka przestępczość, której wcześniej nie było w ich kraju – jak handel ludźmi, przemyt narkotyków na dużą skalę, porwania i drastyczne zabójstwa. Za większością z nich stoi wenezuelski gang Tren de Aragua, który w ostatniej dekadzie stał się największą grupą przestępczą w Ameryce Południowej.

Jednym z najgłośniejszych przykładów jego brutalnej działalności na terenie Chile było porwanie i zamordowanie Ronalda Ojedy – wenezuelskiego emigranta i przeciwnika Nicolása Maduro, który znalazł azyl w Chile. Śledztwo wskazuje, że był to mord na zlecenie z Caracas.

Od kilku lat gang ten destabilizuje także inne kraje, przede wszystkim Peru i Kolumbię. Stał się też jednym z powodów wzrostu antyimigranckich nastrojów, także w Chile.

Członkowie wenezulskiego gangu Tren de Aragua w ośrodku dla terrorystów w Tecoluca. Zdjęcie udostępnione przez biuro prasowe prezydenta Salwadoru, marzec 2025 r. // EL SALVADOR'S PRESIDENCY PRESS OFFICE / AFP / East News

– Niechęć wobec migrantów zawsze była w Chile, kraju dość zamkniętym i nieprzyzwyczajonym do większej liczby przyjezdnych, silna – opowiada mi Paola Palacios, Afrokolumbijka mieszkająca od siedmiu lat w Santiago. Jest założycielką fundacji Kilombo Negrocentricxs, która promuje kulturę o korzeniach afro, i współpracowniczką organizacji zrzeszającej migrantów La Coordinadora Nacional de Inmigrantes.

– Jako czarnoskóra osoba mówiąca z innym, „obcym” akcentem, często to czułam – dodaje Palacios. – Jednak w ostatnich latach to się nasiliło. Wszyscy zaczęliśmy być wrzucani do jednego worka. Bez względu na to, co tu robimy: czy studiujemy, czy pracujemy, czy mamy rodziny, jesteśmy coraz częściej traktowani jak potencjalne zagrożenie.

Deportacje od pierwsze dnia: Kast idzie śladem Trumpa

Jak wszędzie na świecie, także w Chile antyimigranckie nastroje stały się pożywką dla populistycznych haseł. Podczas kampanii Kast zapowiadał militaryzację granic i budowę specjalnych fortyfikacji – trzymetrowych rowów i pięciometrowych ogrodzeń pod napięciem – w najbardziej newralgicznych punktach pogranicza Chile z Peru i Boliwią.

„Chile nie może przyzwyczajać się do strachu, nie może przyzwyczajać się do ognia. Chile znów będzie wolne od przestępczości” – mówił Kast w wystąpieniu po ogłoszeniu wyniku wyborów. Po czym powtórzył inną obietnicę: że gdy obejmie urząd prezydenta, od pierwszego dnia zacznie deportacje z Chile wszystkich nielegalnych imigrantów.

Czy to zrealizuje? O tym Chile dowie się 11 marca, w dzień inauguracji Kasta.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 05/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Jak prawicowa rewolucja zmienia latynoski świat